DIABEŁ W ŚNIEŻNEJ ZADYMCE

zbrodnia i kara

Noc, początek grudnia, śnieżna zadymka, gospodarstwo na odludziu pod Bisztynkiem. Jakiś młody człowiek dobija się do drzwi. Ma skaleczoną głowę, gada od rzeczy. Mówi, że to diabeł kazał mu zabić. Obecni patrzyli na niego, jak na wariata – jaki diabeł, gdzie, kogo? Sprawca zabójstwa, Paweł S. był po dopalaczach. Właśnie usłyszał wyrok.

Gdy tamtej zakrwawiony nocy, 3 grudnia 2016 roku, zapukał do obcych ludzi, ktoś przytomnie pomyślał, że skoro mowa o zabijaniu i jest krew, należy szukać ofiary. Zanim padający coraz gęściej śnieg przykryje ślady.

Przed dobre pół godziny, to gubiąc, to znajdując krwawy trop, pan Waldek przedzierał się przez chaszcze, zanim na leśnej dróżce znalazł leżącą dziewczynę. Jej blond włosy były pozlepiane krwią, była nieprzytomna, ale mężczyźnie wydawało się, że jeszcze żyje. Wezwał pomoc. Żeby karetka mogła dotrzeć na miejsce, musiał wyjść na szosę Bisztynek-Sątopy, bo inaczej by nie trafili. To trwało.

Gdy karetka z napędem na cztery koła wreszcie przebiła się przez las, wykrwawiona i wyziębiona do ostateczności dziewczyna już nie dawała oznak życia. Ratownicy natychmiast wzięli się do reanimacji. Przez moment wydawało się, że jest szansa, zaczęła się ruszać. Z Bartoszyc wezwano dodatkowo karetkę specjalistyczną, z lekarzem. Także strażaków z wozem technicznym, na wypadek, gdyby pojazdy ratunkowe zakopały się w błocie i kilkunastocentymetrowym już śniegu.

W sidłach szatana

W tym czasie policja pilnowała przebywającego ciągle w gospodarstwie na kolonii „diabła”. Ustalono, że nazywa się Paweł S., ma 25 lat i jest z Bisztynka. Więcej trudno było z niego wyciągnąć. Mężczyzna bredził, że prześladowała go jakaś kobieta, że była podobna do jego dziewczyny, lecz jego dziewczyna to raczej nie była, że uciekał, że chyba wówczas zahaczył głową o jakieś gałęzie i się pokrwawił, ale w sumie niewiele pamięta. Diabeł nadal miał go na widłach. Paweł S. momentami był spokojny, ale gdy próbowali dowiedzieć się od niego, co się naprawdę wydarzyło, tracił kontrolę nad sobą. Wariował, zwłaszcza kiedy pytali o dziewczynę, nie mówiąc przy tym, co z nią jest.

Dziewczyna miała na imię Dominika. Miała 19 lat, skończyła szkołę odzieżową. Za kilka dni powinna zgłosić się do pracy w Bartoszycach. Zawieźli ją tam karetką na sygnale. Reanimowali ją w lesie, reanimowali w karetce, próbowali przywrócić do życia także w bartoszyckim szpitalu, bez skutku. Po kilku godzinach walki, lekarzom opadły ręce. Nastolatka doznała rozległych ran głowy po przynajmniej kilkunastu uderzeniach kijem, lub czymś w tym rodzaju. Utraciła wiele krwi, ale przyczyną jej śmierci było także wyziębienie organizmu. To była pierwsza tamtej zimy noc z większym mrozem.

Z Pawłem S., przez wiele godzin trudno się było dogadać. Przyznał, że i on, i jego dziewczyna zażyli tego dnia dopalacze. W jego pokoju rzeczywiście policja znalazła potem kilka opakowań po jakichś dziwnych proszkach. Ustalono też, że wcześniej chłopak często miewał po nich zwidy. Podobno tego dnia uważał, że nawet w domu ktoś go nagrywa kamerą, śledzi z ukrycia. Jeszcze przed południem razem z Dominiką coś wciągnęli, ale jego dalej nosiło. Powiedział, że musi się uspokoić. Ubrał się i poszedł do lasu. Pobiegła za nim. Chciała go wyrwać z sideł szatana. Od dawna z nim walczyła. Z Pawłem S. byli jakieś pół roku i już parę razy dochodziło do rękoczynów. Jeszcze dzień wcześniej, na pytanie kiedy wróci do domu, Dominika miała powiedzieć, że jeśli jeszcze raz się ze swoim chłopakiem pokłóci, to wróci choćby jutro. Nie zdążyła. Śnieg pozacierał większość śladów, ale pierwszą krew policja odkryła ze dwieście metrów od miejsca, gdzie potem znaleziono dziewczynę. Pewnie uciekała, a on – diabeł – ją gonił i okładał kijem aż upadła.

Dominika W. była jedynaczką, lecz w domu na wsi, gdzie mieszkała, nikt jej nie hołubił. Już na zdjęciu na swoim profilu w mediach społecznościowych wyglądała jak duch. Grzeczna dziewczynka, taki blond-aniołek, mówili o niej w szkole. Uczyła się średnio, jedyne sukcesy odnosiła w biegach przełajowych.

Z kolei Paweł S. był dobrze zapowiadającym się futbolistą. Wysłany nawet został do Olsztyna do gimnazjum o piłkarskim profilu. Miejsca długo tam nie zagrzał. W Reducie Bisztynek kariery na stoperze też nie zrobił. Może brakowało mu silnej ręki, bo ojciec wcześnie go osierocił. Brakowało mu też wyższych autorytetów. Miał 17 lat, kiedy 3 maja 2008 wraz z kolegą zrobił awanturę proboszczowi parafii p.w. św. Macieja Apostoła w Bisztynku, żądając natychmiastowego wypisania z kościoła katolickiego. Ksiądz zignorował gówniarza-apostatę, a wówczas Paweł S. podpalił biało-czerwone flagi wywieszone na plebanii. Miał za to sprawę sądową i kilkadziesiąt godzin na społeczny użytek musiał odpracować. Może właśnie wtedy zawarł pakt z diabłem?

Wiedział co robi

Kilka miesięcy temu, stając przed Sądem Okręgowym w Olsztynie, nie wyglądał szczególnie rogato. Odstawiony od używek, odkarmiony na aresztanckim chlebie prezentował się wręcz kwitnąco, choć początkowo, nim się oswoił z życiem za kratkami, był nawet bliski samobójstwa. Teraz żył. O Dominice prawie zapomniał.

Prokurator uparcie oskarżał go jednak o jej zabójstwo, a Paweł S. nie mógł bez końca mówić, że niczego nie pamięta i odmawia wyjaśnień. Zwalić wszystkiego na diabła też się nie dało. Psychiatrzy długo badali oskarżonego i choć zgodzili się, że zwidy rzeczywiście mogły go męczyć, uznali, że tamtej nocy był zdolny rozpoznać znaczenie własnych czynów. Nie do końca jednak pojmował, ile złego uczynił.

Jego obrońca zaczął go pod koniec procesu przedstawiać jako samotnego, zagubionego, mającego całe życie pod górkę człowieka. A gdy powiedział, że oskarżony naprawdę kochał Dominikę i obraz tego, co między nimi wydarzyło się w śnieżnej zadymce, towarzyszyć będzie mu przez resztę życia, Paweł S. rozpłakał się.

Uzyskał tyle, że wydając 23 października 2018 roku wyrok, Sąd Okręgowy w Olsztynie skazał go nie na 25 lat, jak chciał prokurator, lecz na 15 lat pozbawienia wolności. Sąd w wyroku zmienił kwalifikację czynu, przyjmując, że zamiar zabójstwa nie był bezpośredni, a tylko ewentualny. Że nawet jeśli potem sprawca mówił, że nie chciał Dominiki zabić, to fakt, że zostawił ją ranną, krwawiącą i nieprzytomną na mrozie, świadczy o tym, że tak naprawdę godził się na jej śmierć. I to on jest zabójcą, a nie diabeł i dopalacze. Wyrok nie jest prawomocny.

Sąd nakazał, że karę więzienia Paweł S. ma odbywać w zakładzie, gdzie jest możliwa terapia od uzależnień. Pytanie, czy można tam leczyć również opętanie?

– Przyjmujcie Jezusa Chrystusa, a nie dopalacze – apelował ksiądz do młodzieży tłumnie obecnej na pogrzebie Dominiki.

Stanisław Brzozowski

fot.policja

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz