Uprowadzona w drodze do domu

24 stycznia 1995 roku w Simoradzu koło Cieszyna rozpoczynały się roztopy. Temperatura oscylowała w okolicach zera. Drogi gruntowe były pełne kałuż i błota, a łąki powoli zamieniały się w bagna. Tylko lód na stawach trzymał się całkiem solidnie i nie poddawał się pierwszym
podrygom ocieplenia. W miejscowej szkole światła paliły się do późna, a dzieci wesoło bawiły się przy dźwiękach muzyki. Przed godziną 20 opuściły mury szkoły. Tego dnia prawie wszyscy uczniowie simoradzkiej podstawówki dotarli do swoich domów. Wszyscy, poza 10-letnią Anią Jałowiczor.

Mniej więcej w tej samej chwili, gdy uczniowie kończą zabawę, jedna z mieszkanek Simoradza wychodzi z domu i udaje się do swojej znajomej mieszkającej przy ulicy Krętej. Nazwa ulicy doskonale oddaje jej zawiłość. Kobieta dociera do domu sąsiadki. Stoją na drodze w pobliżu miejscowej szkoły. Nagle widzą, jak w ich stronę gna rozpędzony jasny samochód, Łada lub Fiat 125 p. Skręca w lewo i jedzie w dół ulicą Kręta. Chwilę później, pierwsza z kobiet wraca do domu tą samą drogą, którą chwilę wcześniej jechało pędzące auto. Nie mija minuta, gdy słyszy w oddali krzyk dziecka, trzaśnięcie drzwiami i pisk opon odjeżdżającego w pośpiechu samochodu. Kobieta nie zdawała sobie wówczas sprawy, że prawdopodobnie była jedynym świadkiem uprowadzenia 10-letniej Ani Jałowiczo

Idąc ulicą w stronę domu, po wyjściu z jednego z zakrętów, z odległości około 150 metrów widzi stojący na rozdrożu ulic samochód. Jest przekonana, że to ten sam pojazd, który niedawno mijał ją gdy stała przy bramie swojej znajomej. Nieopodal stała latarnia, a na wzrok nie może narzekać. Samochód stoi tyłem do niej, ale kobieta doskonale widzi jego prawy bok. Zbliża się do niego i w pewnej chwili do jej uszu dochodzi głośny krzyk, jakby przeraźliwy pisk dziecka. W tym momencie tylne drzwi pojazdu zatrzaskują się, samochód gwałtownie wycofuje i dynamicznie rusza do przodu w kierunku drogi łączącej Skoczów z Dębowcem.

 Nowe życie

 W Simoradzu Ania mieszkała od niedawna. Nowe otoczenie, dzieci znane dotąd wyłącznie z widzenia lub wcale. Dziewczynka bywała tu wcześniej. Odwiedzała dziadków i ciocię. Niektóre twarze widziane na szkolnym korytarzu 1 września 1994 roku zdarzyło jej się wcześniej zobaczyć. Jak się czuła, gdy przestąpiła próg nowej szkoły po raz pierwszy? Była podekscytowana, czy raczej wystraszona?

Ania miała o dwa lata młodszego brata, Dominika. On również trafił do klasy z dziećmi, których wcześniej nie znał. Można sobie tylko wyobrazić, jak wchodząc do lekcyjnych klas czuli na sobie wzrok zaciekawionych rówieśników. Na szczęście oboje byli sympatycznymi malcami, którzy łatwo nawiązują nowe znajomości. Pośród uczniowskiej gawiedzi mieli także kuzynki i kuzynów. Po kilku dniach stres i zdenerwowanie odeszły w niepamięć. Pozostała tylko tęsknota za rodzicami.

Ania i Dominik zamieszkali z babcią na przełomie sierpnia i września 1994 roku. Nie było innego wyjścia. Rodzice dzieci, państwo Krystyna i Bolesław Jałowiczorowie pragnęli zapewnić im jak najlepsze warunki życia. Podjęli więc bardzo trudną decyzję o tym, że wspólnie wyjadą za granicę, gdzie zarobią na kupno mieszkania. Wcześniej wynajmowali lokal.

Pan Bolesław już od kilku lat mieszkał we Francji. Rzadko bywał w domu, dzieci bardzo za nim tęskniły. Ta rozłąka była niezwykle trudna dla całej rodziny. Z tego względu rodzice podjęli decyzję o tym, że pani Krystyna dołączy do męża i dzięki temu szybciej uzbierają potrzebną kwotę. Dzieci miały w tym czasie zamieszkać z rodzicami pana Bolesława i być pod ich opieką. Simoradz zdawał się być wówczas najbezpieczniejszym miejscem na świecie.

  W Andrychowie 

Dotychczasowe życie państwa Jałowiczor toczyło się w Andrychowie, niewielkim miasteczku w powiecie wadowickim. Andrychów położony jest 60 kilometrów na południowy-zachód od Krakowa i 70 kilometrów na południowy-wschód od Katowic. To tu przed laty zdecydowali się osiedlić państwo Jałowiczorowie. Zamieszkali w bloku przy ulicy Lenartowicza. Zajmowali niewielkie, ale przytulne mieszkanko na pierwszym piętrze. Z okna pokoju dzieci widać było znajdujący się za blokiem plac zabaw.

– Ania była moją szkolną koleżanką – wspomina Ewelina Gałuszka. – Mieszkałyśmy w tym samym bloku, ja piętro wyżej. Codziennie bawiłyśmy się razem. Ania była wyjątkowym dzieckiem: bardzo wrażliwa i delikatna, nigdy nie wdawała się w konflikty z rówieśnikami i ciągle się uśmiechała.
Ania przyszła na świat 9 października 1984 roku w Wadowicach, jej brat Dominik był od niej 2 lata młodszy. Pan Bolesław pracował jako taksówkarz, ale rodzice marzyli o tym, by zapewnić swoim dzieciom jak najlepsze warunki życia, dlatego podjęli decyzję o kupnie własnego mieszkania. Był to jednak wydatek, na który nie mogli sobie pozwolić, dlatego pan Bolesław porzucił pracę taksówkarza i wyjechał do Francji, gdzie ciężko pracował, by zdobyć pieniądze na zakup. Pani Krystyna opiekowała się dziećmi, a jednocześnie pracowała. Była animatorką kreskówek. Spod jej ręki wychodziły najbardziej znane animacje dla dzieci, a nawet bohaterowie pierwszych gier komputerowych.
Ania i Dominik spędzali spokojne dzieciństwo w domu pełnym miłości. Żyli w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Tęsknili za tatą, ale – na tyle na ile dziecięcy umysł pozwalał – zdawali sobie sprawę, że wszystko, co robią rodzice, jest dla ich dobra.

– Mieliśmy wiele koleżanek i kolegów – wspomina Dominik Jałowiczor. – Ania miała ich więcej, niż ja. Ale jako rodzeństwo byliśmy ze sobą bardzo blisko, dlatego zazwyczaj bawiliśmy się razem w dużej grupie dzieciaków z osiedla. Często chodziliśmy na plac zabaw, a w deszczowe dni odwiedzaliśmy się wzajemnie z koleżankami i kolegami z bloku.

Zdolna i wyjątkowa

 W 1991 roku Ania rozpoczęła naukę w Publicznej Szkole Podstawowej nr 5 w Andrychowie, mieszczącej się kilkaset metrów od jej domu. Każdego dnia mama odprowadzała ją na zajęcia, a po szkole dziewczynka opowiadała o tym, co się wydarzyło, czego się nauczyła i jakie zawarła znajomości.

– Kiedy poszłyśmy do pierwszej klasy, Ania była moją pierwszą koleżanką – wspomina Magdalena Foltyn. – Nasza wychowawczyni posadziła nas przy jednej ławce. Myślę, że było tak dlatego, że obie byłyśmy niskie i po prostu pasowałyśmy do siebie wzrostem.
W szkole zapamiętano Anię jako sympatyczną i ciepłą koleżankę, która zawsze chętnie pomagała innym dzieciom, lubiła się z nimi bawić i nigdy nie sprawiała żadnych problemów. Była przy tym niezwykle ostrożna. Pani Ewelina Gałuszka przypomina sobie sytuacje, w których zdarzało się, że dzieci miały ochotę coś spsocić. Ania nie brała udziału w takich zabawach, niechętnie podchodziła również do aktywności, które wiązały się z jakimś ryzykiem – zabawa nad rzeką czy wspinaczka na drzewo z całą pewnością nie pasowały do charakteru dziewczynki.

Anna Jałowiczor lubiła rysować. Talent odziedziczyła po mamie. Uczniowie i nauczyciele przekonali się również, że dziewczynka jest uzdolniona muzycznie, kiedy odegrała rolę Maryi w szkolnych jasełkach i odśpiewała jedną z kolęd a capella. Ten występ wspominany jest w Andrychowie do dziś.

 „Narzeczony” z podstawówki

W powiecie bielskim znajduje się miejscowość Porąbka. Niewielka wieść nad rzeką Sołą, ze wszech stron otulona górami i lasami. Do tego urokliwego miejsca dzieci z Andrychowała wybrały się na kilkudniową wycieczkę, tak zwaną zieloną szkołę. W wyjeździe brały udział nie tylko dzieci z klasy Ani, ale i inni uczniowie. Jednym z uczestników wyjazdu był Marcin Kachel, rówieśnik Ani, uczeń równoległej klasy.
– Anię poznałem na zielonej szkole – wspomina po latach pan Marcin. – Ja chodziłem do klasy „D”, ona do „C”. Od razu bardzo ją polubiłem. Na stołówce w pensjonacie siedzieliśmy przy sąsiadujących ze sobą stołach, plecami do siebie. Pamiętam, że Ania tęskniła za mamą i czasami płakała, bo nie lubiła niektórych dań. Do dziś mam w pamięci to, jak odwracałem się do niej, kiedy była smutna i głaskałem ją po włosach, pocieszałem ją. Wówczas się uśmiechała.
Dzieci bardzo się polubiły, a pan Marcin wspomina dziś Anię jako swoją pierwszą miłość.
– Pewnego dnia w czasie wyjazdu zauważyłem, że w sklepiku koło naszego pensjonatu są w sprzedaży pierścionki – przypomina sobie Marcin Kachel. – Gdy tylko je zobaczyłem, od razu pomyślałem o Ani. Kupiłem dla niej najpiękniejszy pierścionek i podarowałem jej w chwili, kiedy byliśmy na osobności. Do dziś pamiętam, jak wówczas się uśmiechnęła. Kiedy później Ania zaginęła, moi koledzy z klasy przybiegli do mnie i powiedzieli, że moja dziewczyna została uprowadzona.

 Simoradz

We wrześniu 1994 roku Ania i Dominik rozpoczęli naukę w szkole w Simoradzu w gminie Dębowiec. Zamieszkali z dziadkami. Babcia pracowała w miejscowej szkole jako woźna. Dom babci znajdował się w odległości kilometra od placówki. Zazwyczaj dzieci chodziły do szkoły razem, czasami były dowożone samochodem.

W grudniu do Polski przyjechał pan Bolesław. Spędził z dziećmi święta Bożego Narodzenia, a następnie, już po nowym roku, udał się z powrotem do pracy.

Dokładnie miesiąc po wigilii, we wtorek 24 stycznia 1995 roku, Ania i Dominik udali się rano do szkoły na lekcje. Po obiedzie Ania zaczęła szykować się na bal karnawałowy organizowany w miejscowej podstawówce dla uczniów starszych klas. Zastanawiała się, w co mogłaby się ubrać. Mama zawsze stroiła ją w piękne sukienki, robiła wymyśle fryzury, a we włosy wpinała kolorowe kokardy. Tego dnia nikt dziewczynki w ten sposób nie ubrał. 10-latka wyszła na bal w półgolfie i getrach, które ciocia zacerowała jej na chwilę przed zabawą.

Trudno dziś powiedzieć, jak Ania bawiła się na imprezie, ponieważ jej koleżanki i koledzy podają zupełnie sprzeczne informacje. Jedni twierdzą, że Ania bawiła się doskonale i przez cały czas trwania zabawy miała dobry humor. Inni natomiast zeznali, że była znudzona, kilkukrotnie pytała nauczycieli o godzinę i wyglądała przez okno, jakby na kogoś czekała. Ktoś powiedział nawet, że dziewczynka z nerwów przygryzała łańcuszek, co absolutnie nie mogło mieć miejsca, ponieważ Ania nawet nie posiadała łańcuszka. Przez lata motyw z łańcuszkiem pojawiał się w wielu publikacjach na temat zaginięcia dziewczynki.


Uprowadzenie

Ania wyszła ze szkoły o godzinie 19.50. Towarzyszył jej szkolny kolega o imieniu Jacek. Na-przeciwko szkoły znajdowała się tymczasowo wydeptana ścieżka, którą ludzie przechodzili, by skrócić sobie drogę. Ania i Jacek poszli tą dróżką w dół. Doszli do jej końca i stanęli w miejscu, gdzie łączyła się ona z ulicą Krętą. Wówczas Ania powiedziała, że dalej pójdzie sama. Chłopiec nie naciskał. Wrócił do swoich kolegów i udał się do domu. Ania miała do pokonania kilkaset metrów.

– Obok miejsca, w którym rozstała się z Jackiem znajdował się staw przedzielony groblą – tłumaczy Dominik Jałowiczor. – Siostra mogła przejść tą groblą lub okrążyć stawy. W obu przypadkach doszłaby do tego samego miejsca, czyli do skrzyżowania ulicy Krętej z ulicą Zacisze. Tu również miała dwie opcje do wyboru, ponieważ obie te drogi prowadzą do domu babci, z tym że Kręta była ulicą asfaltową, natomiast Zacisze gruntową. Tę drugą wybieraliśmy zazwyczaj, kiedy było sucho i można było przejść bezpiecznie. W dniu zaginięcia Ani były roztopy i nie potrafię jednoznacznie stwierdzić którędy zdecydowałaby się pójść.
Tego wieczora Ania nie pojawiła się w domu. O godzinie 22.15 pani Maria Jałowiczor zgłosiła zaginięcie wnuczki na komisariacie policji w Skoczowie. Podała jej rysopis, ostatnie miejsce pobytu i inne szczegóły mogące pomóc policjantom w odnalezieniu zaginionej dziewczynki. Policjanci szybko zjawili się na miejscu, jednak nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Nie było telefonów komórkowych, Internetu, dlatego nie można było sprawdzić żadnej aktywności ze strony dziewczynki, nie można było zlokalizować miejsca jej pobytu. Dziecko wyszło ze szkoły i zniknęło bez śladu.

Co widzieli świadkowie?

Policjanci dotarli do świadków, którzy mogli dysponować wiedzą, która pomogłaby w odnalezieniu dziewczynki. Dotarto do kobiety, która widziała pędzący samochód (Ładę lub Fiata 125p w jasnym kolorze). Zgłosił się również inny świadek, który około godziny 20 widział dokładnie taki sam samochód. Pędził w górę ulicą Krętą w kierunku Głównej, po czym skręcił w stronę Dębowca. W obu przypadkach opis pojazdu jest zbieżny, ponadto świadkowie widzieli ten pojazd w odstępie czasowym nie dłuższym niż kilkadziesiąt sekund, co daje stuprocentową pewność, że oboje widzieli to samo auto: samochód porywaczy Ani.

Swoje pierwsze kroki śledczy skierowali do Andrychowa, z którego 10-latka kilka miesięcy wcześniej przeprowadziła się do Simoradza. Rozmawiali z jej koleżankami, z dziadkami ze strony ma-my, jednak ten trop donikąd ich nie doprowadził.
Do miejscowości sprowadzono ekipy poszukiwawcze. W działaniach policyjnych brało udział 400 osób, głównie służb mundurowych, ale również mieszkańców, których wieść o porwaniu dziewczynki całkowicie sparaliżowała. Przeczesywano pola, lasy, łąki i stawy, których w Simoradzu i okolicy nie brakowało. Rozmawiano z sąsiadami, jednak z całą pewnością nie sprawdzono wszystkich posesji we wsi, ponieważ stanowiłoby to pewne nadużycie prawa. Pozostaje jednak pytanie: czy takie działania policji nie powinny spotkać się z całkowitym zrozumieniem i poparciem mieszkańców? W Simoradzu na pewno by się spotkało. Na pewno tych mieszkańców, którzy nie mieli z uprowadzeniem nic wspólnego. Czy mieszkają tam ludzie, którzy taki związek mieli?
Przesłuchiwano dzieci i nauczycieli ze szkoły podstawowej. Nikt nie potrafił odpowiedzieć na pytanie kto i dlaczego zabrał Anię.


Zwłoki w stawie

Helena N. mieszkała kilkadziesiąt kilometrów od Simoradza. Czasami odwiedzała mieszkającego tam brata. 23 stycznia 1995 roku wsiadła wraz z córką do autobusu PKS, który jechał wolno od wsi do wsi, zatrzymując się na każdym przystanku. Po godzinie dojechał do Simoradza. Na przystanku wysiadła z niego tylko córka Heleny, natomiast kobieta kontynuowała swoją podróż do następnej miejscowości, czyli do Dębowca. Tam Helena planowała załatwić pewne sprawy urzędowe, ale jej plan się nie powiódł. Rozczarowana kobieta udała się do sklepu, gdzie zakupiła alkohol, a następnie udała się w kierunku Simoradza. Tę trasę prawdopodobnie przeszła pieszo. Do domu brata, w którym czekała na nią córka, nigdy nie dotarła.Następnego dnia uprowadzono Anię, a 25 stycznia (dzień po uprowadzeniu Ani, 2 dni po zaginięciu Heleny), przy jednym ze stawów w Simoradzu znaleziono torebkę należącą do kobiety i dopiero wówczas rodzina zgłosiła formalnie jej zaginięcie. 31 stycznia 1995 r. ciało Heleny znaleziono w simoradzkim stawie. Przyczyną jej śmierci było utonięcie. W chwili śmierci była pod znacznym wpływem alkoholu. Sprawę potraktowano jako nieszczęśliwy wypadek i zamknięto. Ot, pijana kobieta poślizgnęła się i wpadła do wody – stwierdzono.
– Nie znam dobrze historii Simoradza, ale nie słyszałem, by w przeszłości dochodziło tu do innych równie tragicznych zdarzeń. Muszę przyznać, że trudno uwierzyć w tej sytuacji w przypadek. Czy to możliwe, by w ciągu dwóch dni w tak niewielkiej miejscowości zaginęły dwie osoby i sprawy te nie były ze sobą powiązane? – zastanawia się Dominik. – Dodajmy, że jedna z zaginionych wówczas osób nie żyje, a mojej siostry nie możemy znaleźć od 27 lat. Od lat chodzi mi po głowie taka myśl, że być może porywacze czekali na Anię już poprzedniego dnia, 23 stycznia, ale Helena N., która zupełnie przypadkowo znalazła się w tym miejscu w jakiś sposób udaremniła porwanie, za co została wepchnięta do wody? – rozważa Dominik.

Portrety pamięciowe

Bardzo szybko w lokalnych mediach pojawiły się informacje o zaginięciu Ani. Również w ogólnopolskich znaleźć można było wzmianki o uprowadzonej dziewczynce. Policjanci poszukiwali przede wszystkim mężczyzn z portretów pamięciowych, które sporządzono na podstawie zeznań dzieci z miejscowej podstawówki.

Kilka dni przed uprowadzeniem Ani w okolicach simoradzkiej szkoły zjawiło się dwóch dziwnie zachowujących się mężczyzn. Zaparkowali swój samochód przed budynkiem szkoły i rozglądali się, jakby na kogoś czekali. W pewnym momencie zaczepili kilkuletnią uczennicę. Powrócili w tę okolicę za dzień czy dwa i byli wówczas bardzo nachalni wobec kolejnych dziewczynek. Przestraszyły się ich do tego stopnia, że pędem pognały do domu. Roztrzęsione dzieci opowiedziały o wszystkim rodzicom. Niestety, zdarzeń tych nie zgłoszono wcześniej policji. Dopiero po uprowadzeniu Ani rodzice dziewczynek uświadomili sobie, że być może ich dzieci uniknęły losu swojej koleżanki. Na podstawie tego, jak uczennice zapamiętały mężczyzn, sporządzono w miarę dokładne portrety pamięciowe. Są one na tyle szczegółowe, że powinny pozwolić na zidentyfikowanie przedstawionych na nich mężczyzn.

W tej sprawie jest jeszcze jeden istotny szczegół. Otóż mężczyźni ci, podobnie jak porywacze Anny Jałowiczor, poruszali się jasnym samochodem, prawdopodobnie Ładą lub Fiatem 125p. Można zatem zadać sobie pytanie: czy ludzie ci czekali na Anię już kilka dni wcześniej? A może ich celem nie była Ania, tylko „jakakolwiek” dziewczynka? Można wówczas przypuszczać, że sprawcy byli motywowani seksualnie.

Porwanie dla okupu

 Z pewnych względów można również przypuszczać, że było to porwanie dla okupu. Z uwagi na to, że samochód porywaczy posiadał bielskie tablice rejestracyjne (z ówczesnego województwa bielskiego, w granicach którego leżał Simoradz), istnienie podejrzenie, że sprawcy wywodzą się z najbliższej okolicy miejsca uprowadzenia dziewczynki i znali sytuację materialną rodziny.

– Być może z jakiegoś źródła dowiedzieli się, że rodzice pracują zagranicą i mogą dysponować większą sumą pieniędzy – przypuszcza Dominik. – Prawdopodobnie założyli, że rodzice byliby w stanie zapłacić za Anię okup, jednak minęło już niemal 27 lat, a nikt nigdy nie zażądał okupu.
Jeśli założyć, że w przypadku Ani mamy do czynienia z porwaniem dla okupu, nie ma wątpliwości, że ktoś przekazał porywaczom bardzo istotne informacje dotyczące Ani: którędy wraca ze szkoły i jakim majątkiem dysponuje rodzina. Przestępcy wiedzieli również, że Ania będzie na szkolnej zabawie. Musieli znać jej miejsce zamieszkania, by wiedzieć, w którym miejscu na nią czekać. Nie będzie zatem przesadą wysnucie wniosku, że ktoś w lokalnej społeczności pomógł sprawcom. I tego wspólnika należy szukał w Simoradzu, a być może nawet w samej szkole, do której dziewczynka uczęszczała. Zastanawiające jest natomiast to, dlaczego nigdy nie zażądali za Anię pieniędzy. Być może jednak wydarzyło się coś, co utrudniło im podjęcie tego działania.

Łada albo Fiat

Niezwykle istotnym elementem mogącym naprowadzić policję na sprawców porwania jest pojazd, którym się poruszali. Świadkowie opisali samochód jako „dużego” Fiata lub Ładę w kolorze zbliżonym do beżowego. Przytłumione światło przydrożnej latarni nie pozwoliło ze stuprocentową pewnością określić barwy pojazdu, stąd określa się, że mógł on być biały, beżowy lub szary. W samochodzie znajdowały się co najmniej dwie osoby zaangażowane w uprowadzenie, z których kierowca na pewno był mężczyzną. Samochód nie posiadał żadnych cech szczególnych, które by go wyróżniały, nic nie rzucało się w oczy, a przynajmniej nie zauważono takich cech przy wieczornym świetle. Samochód posiadał czarne tablice rejestracyjne o numerach z byłego województwa bielskiego. Niestety, żaden ze świadków nie zapamiętał pełnych numerów, jedynie ich fragmenty. Warto też zastanowić się, czy przestępcy posłużyli się w trakcie uprowadzenia prawdziwymi tablicami rejestracyjnymi przypisanymi do pojazdu, z którego korzystali, czy jednak tablice były fałszywe lub pochodziły z innego pojazdu?

 Ponadto, można mieć wątpliwości, czy przestępcy posłużyliby się w trakcie uprowadzenia własnym samochodem. I tu opcji jest wiele. Być może do przestępstwa posłużyli się własnym autem i na własnych tablicach rejestracyjnych, ale równie dobrze mogli w tym celu ukraść samochód lub pożyczyć go od kogoś. Pojazd mógł być własnością innej osoby, która w dobrej wierze użyczyła go np. swoim znajomym. Mamy rok 1995. Produkty rodzimej motoryzacji odchodzą w niełaskę. Na ulicach oglądamy coraz więcej samochodów sprowadzanych z Zachodu. Istnieje prawdopodobieństwo, że samochód stał w jednym z licznych w tamtych latach komisów samochodowych i był wykorzystany przez sprytnych przestępców, a może nawet zakupiony. Wtedy mogli użyć nawet oryginalnych tablic rejestracyjnych, a po zdarzeniu pojazd po prostu zniszczyć.

Można przypuszczać, że wielu posiadaczy Fiatów 125p lub Ład przypominających pojazd, którym uprowadzono Anię, mogło podejrzewać, że do uprowadzenia dziewczynki ktoś posłużył się ich samochodem, ale nigdy nie zgłosili policji swoich podejrzeń. Przypuszczalnie bali się i przez wszystkie te lata milczeli z obawy przed zemstą lub by chronić kogoś bliskiego, kto mógł brać udział w porwaniu, a może posiadać o nim wiedzę. Podobne odczucia mogą mieć również osoby, które na krótko przed uprowadzeniem dziewczynki sprzedali podobne auto lub oddali w komis. Na przykład w styczniu 1995 roku lub w poprzedzających miesiącach. Jeśli takie podejrzenia pojawią się w czyjejś głowie, powinien podzielić się nimi z policją.

Ostatnie urodziny w życiu

24 stycznia 1995 roku miał być dla Dominika wesołym dniem. Obchodził wówczas dziewiąte urodziny. Łatwo domyślić się, że były to ostatnie urodziny w jego życiu, które przyniosły mu jakąkolwiek radość. Każde kolejne, kojarzyły się z bólem i cierpieniem, ponieważ były rocznicą uprowadzenia jego siostry. Z każdym rokiem ten dzień stawał się coraz smutniejszy. Lata mijały, a Ania wciąż nie stanęła w progu rodzinnego domu. Dominik natomiast, nigdy już nie świętował swoich urodzin.

Zaginięcie dziewczynki miało ogromny wpływ również na jej koleżanki i kolegów z Andrychowa, którzy są dziś dorosłymi ludźmi, rodzicami, ale nigdy nie pogodzili się z uprowadzeniem Ani. Własne dzieci często wychowują w atmosferze strachu, bo co, jeśli ich dzieci spotka to samo, co przydarzyło się ich szkolnej koleżance? Każdy z nich ma nadzieję, że pewnego dnia Ania wróci do domu i dowiedzą się, gdzie była przez te wszystkie lata. Podobne marzenie o powrocie siostry wciąż nosi w sercu Dominik. Każdego dnia wspomina ją i odczuwa jej brak. Z tego względu nigdy nie przestanie szukać Ani, a w tych poszukiwaniach towarzyszą mu ogromne pokłady nadziei, że koszmar, który rozpoczął się w dniu jego 9 urodzin wreszcie się skończy.

Anna Strzelczyk

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz