Rollercoaster z Jankiem/ Rollercoaster z Jankiem pseudonim Asio

Kiedy zadzwonił do mnie Maciej Małecki z tą tragiczną informacją, doznałem zupełnej pustki w głowie. Docierając po chwili do emocji, poczułem ogromny smutek i zaskoczenie. To niemożliwe! Przecież „Janek” jest niezniszczalny, nie cofa się przed niczym, nie uznaje kompromisów…

Takiego go właśnie poznałem w 1998 roku, tuż przed wyborami samorządowymi. Kiedy zaś przyjął mnie do tworzonego w raczkującym samorządzie powiatowym Wydziału Promocji i Rozwoju rozpoczął się prawdziwy rollercoaster. Bo i jak nazwać te kilka lat współpracy z szalonym Januszem? Dziesiątki projektów realizowanych i setki pomysłów w głowie. Pierwsze imprezy promujące powiat, koncerty, pikniki, rajdy, sponsorzy, wydawnictwa, słynne „Wieści ze Starostwa”, delegacje rosyjskich samorządowców, poszukiwania inwestorów (w tamtych czasach słowo wytrych),  uroczystości itd. Niby nic szczególnego, ale z moim dyrektorem nie było nic spokojnie i nic zwyczajnie. Energia rozsadzała każdy dzień pracy.   W tym nieszablonowym zespole pracował, jeszcze wcześniej ode mnie, Maciej Małecki. Niezwykle ekspresyjne i nietuzinkowe kampanie wyborcze też nie pozostawały obojętne dla rozwoju mojej „osobowości społecznej”. Wspomnieć li tylko „walki plakatowe”, składanie gazetek wyborczych, czy estradowe konwencje wyborcze. Po godzinach zaś Janusz spełniał swoje marzenia, w które i ja przez krótki czas byłem wplątany. Zawsze chciał być wydawcą, bo przecież jego naturalnym środowiskiem od młodzieńczych lat było słowo. Konsekwentnie, często pod górę, bezkompromisowo tworzył swoją agencję wydawniczo-koncertową. Marzenie zrealizował i wiem, że był szczęśliwy, spełniony zawodowo. Byłem przy tworzeniu ,,Expressu Sochaczewskiego”, kilka rzeczy pisałem na łamach tego tygodnika. Ze łzami w oczach wspominam przesympatyczne komiksy „Ale kino”. Próbowaliśmy także sił w robieniu dużych ogólnopolskich koncertów.

Czas płynie i relatywnie, teraz te kilka lat współpracy z Januszem staje się w moim życiorysie epizodem, ale jakże ważnym. Janusz nauczył mnie podstaw dziennikarstwa, pokazał rzeczy, których nie poznałem na studiach. Dzięki niemu poznałem mnóstwo ciekawych ludzi, byłem w sytuacjach, do których normalnie nie ma się dostępu. Zobaczyłem też, jak się „robi” politykę, chociaż bardzo często nie zgadzałem się z Januszem. Jedno jest pewne, dostałem potężny zapas doświadczenia, z którego czerpię do dziś.

Jest też „Janek” osobisty. Z przegadanymi setkami godzin, często do rana. Jest też „Janek” śmieszny. Zalany w kroczu gorącą kawą, w stłuczce ze starym trabantem, wyjmujący widelcem z komputera dyskietkę, która akurat leżała na biurku (a niby się zacięła w środku). Jest Janusz o wielu imionach – „Janek”, bo tak cieplej, „Longhand” (bo nie przegrał żadnego pojedynku, gdyż miał długie ręce i myślał), Leopold F.Sądecki (bo ktoś musiał podpisać Sennik Milenium), Awtor (bo tak mówili do niego członkowie rosyjskiej delegacji), Asior (bo sam już nie pamiętam dlaczego). Zawsze jednak to był właśnie on – niepowtarzalny Janusz Szostak. Potem przyszedł czas, że nieco poróżniliśmy się i nasze drogi rozeszły się. Przez te lata nie wydarzyło się nic szczególnego. Kilka incydentalnych spotkań, czasem krótkie rozmowy telefoniczne, kilkadziesiąt lajków. Jednak, kiedy zaprosiłem  go marcu tego roku do żyrardowskiej Resursy na spotkanie autorskie, rozmawialiśmy jak za starych dobrych lat. Miałem odwiedzić go w Puszczy Kampinoskiej, a w planach mieliśmy zwykły spacer. Moja żona zaszczepiła w nim ciekawość do poprowadzenia naukowego śledztwa historycznego. Nie zdążyliśmy.

Adam Lemiesz

Zastępca Prezydenta Żyrardowa

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz