Wrzesień oczami dziecka

W tym roku mija 82 rocznica heroicznej obrony Sochaczewa we wrześniu 1939 roku przez żołnierzy II/18 pp 26 DP. Dotarli oni do Sochaczewa wieczorom 12 września z okolic Żychlina. Krwawe walki o miasto zaczęły się o świcie 13 września i trwały do 15 września, kiedy w południe w obliczu przeważających sił Niemców zdziesiątkowany w 80 procentach batalion wycofał się przez Bzurę z miasta.

O heroizmie II batalionu wie każdy, mało kto jednak wie, jak wyglądało życie mieszkańców a szczególnie dzieci podczas walk o Sochaczew we wrześniu 1939 r. Wspomina o tym Adam Augustyniak w rozmowie z Radosławem Jarosińskim. W momencie wybuchu wojny pan Adam miał 8 lat i mieszkał na Zatorzu:

„Wybuch wojny pamiętam doskonale, była to niedziela, kiedy zawyły syreny. Wszyscy wiedzieli, że oznacza to początek wojny. 3 września nadleciały samoloty. Przypomniały mi się wtedy przechwałki żołnierzy polskich, z brygady naprawczej ze stacji, którzy wpadali do dziadka na pogaduszki. Mówili z lekceważeniem o niemieckich samolotach. – Panie Michalski, jak oni się tu zbliżą, to my ich strącimy.

Później latały one z wyciem na Warszawę, praktycznie bez przeszkód. 3 września spadły bomby na stację – zbombardowano perony, zginęły wtenczas trzy osoby. Dworzec pozostał nieruszony.

Pilot pierwszego samolotu, który nadleciał od strony Bzury, chciał zniszczyć wodociąg stacyjny. Tylko źle wyliczył i bomba spadła po drugiej stronie, na skład z węglem i drzewem państwa Majewskich – Tarczyńskich. Mieszkało tam kilku lokatorów, też były ofiary śmiertelne – pamiętam, że mieszkała tam pani Białowąsówna, ona została ranna w nogę. Od podmuchu eksplozji zawaliły się komórki. Właścicielem sąsiedniego budynku był Żyd z Chodakowa, tam też mieszkali lokatorzy, a połowę zajmował właściciel.

Ironią losu było natomiast to, co spotkało ciotkę – która miała dość ładny dom przy dzisiejszej ulicy Bojowników. Nieopodal stał kolejny żydowski drewniak (jego właściciela później zabrano z rodziną do getta). Gdy wiadomo było, że wojna wybuchnie, ciotka mawiała, że jak nadlecą samoloty, to niechby pierwsza bomba spadła na ten drewniak. Babcia ostrzegała ją, żeby źle nikomu nie życzyła, bo może stać się zupełnie inaczej.

4 września, między 14 a 15 nadleciały dwa samoloty od strony wodociągu (zachód), jeden zrzucił bombę po lewej stronie jej domu, drugi przeleciał, ale zawrócił i zrzucił centralnie bombę na dom ciotki. Nie zostało z niego nic – tylko kupa gruzu. Nawet jak chciano komórkę postawić – nie znalazła się nawet jedna cała cegła. Drewniak zaś przetrwał całą wojnę. I tak mieli szczęście w nieszczęściu – bo dom stał zupełnie pusty, cała rodzina uciekła przed bombardowaniem.

Do wybuchu wojny tata pracował w młynie Rogalskiego – który znajdował się nieopodal stacji. Ten młyn się spalił po wojnie. W odróżnieniu od elektrycznych młynów Szyszkiewicza i Michalskiego, był to młyn parowy. Gdy zaczęła się wojna, ojciec musiał pracować tam 24 godziny bez zmiany – jego zajęciem było zasypywanie ognia pod kotłem koksem, żeby podtrzymać pracę maszyny parowej. Do konserwacji młynów zatrudnieni byli dwaj Niemcy – jeden z nich nazywał się Stanke. Po wkroczeniu Niemców – objął wysokie stanowisko urzędnicze. Jego biuro znajdowało się naprzeciw rozlewni Buczka i Jaszczuka – budynek ten stoi zresztą do dziś przy ulicy Warszawskiej – przypomina mały dworek.

Gdy zaczęły się naloty, uciekliśmy z dziadkami na Duranów i schroniliśmy się w gospodarstwie Stanisława Pietrzaka (brata Szymona). Pana Stanisława nie było wtedy w domu, bo dostał powołanie do wojska, przebywała tam tylko jego żona z dziećmi.

Babcia została w domu, gotowała jedzenie dla ojca i nosiła mu do młyna. Nieopodal przygotowała sobie coś na kształt szałasu i gdy tylko zawyły syreny – tam się chroniła. Gdy Niemcy wkroczyli do Sochaczewa, kazali jej uciekać.

Gdy słychać było syreny, uciekaliśmy do olszynki nad Pisią, raz pamiętam – nadleciał dwupłatowiec. Nisko, bardzo nisko nad ziemią, Tadek Pietrzak wybiegł z karabinem, krzycząc, że go strąci. Tymczasem samolot poleciał w stronę Rokotowa, jeszcze bardziej obniżył lot i zaczął zawracać. Pokładaliśmy się wszyscy w rowie przy olszynce. Z samolotu rozległ się terkot karabinu maszynowego, ale nikt nie został trafiony. Samolot leciał już w kierunku szosy Żyrardowskiej, ale jeszcze raz zawrócił. I Pietrzak go wtedy trafił – samolot przechylił się na jedną stronę i upadł za Pisią. Za kilka godzin pojawili się Niemcy. Oglądali wrak, za jakiś czas przyjechała laweta, władowali go na lawetę i zabrali.

7 Niemców przyjechało konno i zajęli w gospodarstwie Pietrzaka stodołę. A trzeba było trafu, że ukrył się tam piekarz z Towarowej, Pińczewski.

Pietrzakowie mieli króliki – jeden z tych Niemców oglądał je, po czym zaczął pokazywać, że takiego królika by zjadł. Pietrzakowa przyrządziła go w śmietanie. Niemcy podziękowali i zapłacili pięć marek.

18-19 września – znowu nadszedł inny oddział Niemców. Z nimi przyszedł Stasiek Pietrzak, który dostał się do niewoli.

Po wkroczeniu Niemców do Sochaczewa miał miejsce jeszcze jeden przykry incydent – aresztowano ojca. Niemcy zebrali wtenczas ze czterdziestu mężczyzn w stodole Urbanka. Wywołało to rozpacz w domu – płakała matka i siostra. Pocieszał ich Tadek Pietrzak, zapewniając, że uwięzionych oswobodzi.

Nad samą Pisią mieszkała jakaś rodzina Pietrzaków. Po sąsiedzku z Urbankami obejścia łączyły się ogrodami. Tadek zebrał znajomych i nocą, od strony ulicy Cichej otworzył wrota tej stodoły i kazał wszystkim uciekać. Tata uciekł na Orłówek – schronił się u gospodarza o nazwisku Migda. Niemcy jakoś nie szukali jednak zbiegów.

Byli też uciekinierzy z daleka, z odległych miast Polski. Przed Niemcami uciekało między innymi młode małżeństwo z Kalisza, ich los był jedną z wielu wojennych tragedii. Kobieta na dniach spodziewała się dziecka, małżeństwo schroniło się u Szymona Pietrzaka.

Ponieważ coraz bliżej Sochaczewa były walki, wycofaliśmy się z Pietrzakami wszyscy na Orłówek – do wspomnianego wcześniej Migdy. Z ciężarną została tylko moja babcia. Opowiadała, że któregoś razu do domu wszedł Niemiec – zaczął coś mówić po niemiecku i tłumaczyć. Chodziło mu o to, aby zatkać pierzyną okna, żeby osłonić wnętrze domu przed odłamkami. Kobieta potrzebowała opieki lekarskiej, której nijak nie było można jej zapewnić i niestety zmarła. Babcia owinęła ją w prześcieradło i z pomocą dwóch żołnierzy niemieckich, którzy mówili po polsku, pochowała biedaczkę pod krzyżem, który stał nieopodal domu Pietrzaków”.

Jest to fragment wspomnień pana Adama Augustyniaka, pochodzi z artykułu „Wspomnienia z Zatorza” autorstwa Radosława Jarosińskiego, który ukazał się w Roczniku sochaczewskim z 2020 r.

 Stacja PKP w Sochaczewie zniszczona w wyniku niemieckich nalotów we wrześniu 1939 r.

Fot.: Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz