Nie targujemy sie z błogosławioną pamięcią

Od lat redakcja „Expressu Sochaczewskiego” walczy o zachowanie historii Sochaczewa oraz pamięć o jego byłych mieszkańcach. Zarówno tych wyznania katolickiego, jak i mojżeszowego. Szczególnie dbanie o pamięć tych ostatnich, którzy przez wieki tworzyli wraz z Polakami miasto, zasługuje na szczególną uwagę. Dlatego każda inicjatywa z tym związana jest jak najbardziej cenna. Jednak podejmując takie inicjatywy, musimy pamiętać o tym, aby robić to w taki sposób, żeby Błogosławiona Pamięć, jak mówią o swoich zmarłych wyznawcy judaizmu, nie była powodem waśni i sporów.

A z czymś takim – według mnie – mamy do czynienia w przypadku inicjatywy Grupy Otwarty Sochaczew. Ta wystosowała pismo do burmistrza Sochaczewa z prośbą o upamiętnienie dzielnicy żydowskiej. List został podpisany m.in. przez Pawła Fijałkowskiego – historyka z Żydowskiego Instytutu Historycznego, prof. dr hab. Stanisława Krajewskiego – współprzewodniczącego Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, i Zbigniewa Nosowskiego – redaktora naczelnego kwartalnika „Więź”. Inicjatywa jest jak najbardziej godna pochwały. Problem polega jednak na formie, w jakiej ją przedstawiono.

Odkrywanie odkrytego

Otóż w artykule dotyczącym tej inicjatywy na Facebooku Grupy Otwarty Sochaczew czytamy: „(…) Najwyższy czas spojrzeć z dumą na wielokulturowość tego miejsca. Odkryć je na nowo. Dla siebie i dla naszych dzieci, i wnuków. Najwyższy czas, by także oficjalnie przywrócić pamięć o wszystkich sochaczewianach, niezależnie od tego, w jakim języku wypowiadali nazwę rodzinnego miasta”.

Jest to dość zaskakujące, ponieważ sochaczewskie media, w tym „Express Sochaczewski”, od lat piszą o owej wielokulturowości. Zajmują się nią także sochaczewskie portale, w tym Stary Sochaczew. Ale najwidoczniej członkowie GOS nic o tym nie wiedzą i nagle okryli, że do 1939 roku Sochaczew był miastem wielu kultur. Gdyby o tym wcześniej wiedzieli, wiedzieliby również, że sochaczewskie Muzeum od lat prowadzi badania nad historią sochaczewskich Żydów i gromadzi nieliczne, ocalałe z zagłady pamiątki po nich.

Wielokulturowością naszego miasta, jak i powiatu, zajmuje się także Stowarzyszenie nad Bzurą. Dzięki determinacji jego członków udało się wydać, co prawda w okrojonej formie, książkę „Pinkas Sochaczew”, czyli wspomnienia żydowskich mieszkańców Sochaczewa o naszym mieście. Dodam, że owa „cenzura” była zastosowana specjalnie, aby nie wzbudzać niepotrzebnych emocji. Te dotyczą zarówno zachowań niektórych polskich mieszkańców Sochaczewa wobec Żydów w czasie niemieckiej okupacji, jak i relacji pomiędzy samymi Żydami w czasie Zagłady. Warto także wspomnieć o tym, że prawie każda książka wydana w Sochaczewie i dotycząca jego historii zawiera rozdziały lub wzmianki o społeczności żydowskiej.

Kultywowanie pamięci

Mało tego. Gdyby autorzy inicjatywy orientowali się w życiu miasta, wiedzieliby, że  jego władze i podległe mu placówki od lat starają się zachować i przywrócić pamięć o mieszkańcach Sochaczewa zamordowanych przez Niemców. Między innymi podczas rewitalizacji parku przy ulicy Warszawskiej otworzono miejsce, w którym do wybuchu wojny stała synagoga.

Z kolei staraniem Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą ukazała się niedawno w wersji polskiej i angielskiej książka Pawła Fijałkowskiego „Żydzi Sochaczewscy”. Trzeba pamiętać o tym, że staraniem władz miasta kilkakrotnie był odnawiany i remontowany dach na ohelu Abrahama i Samuela Bornsztajnów.

Natomiast Muzeum, po porozumieniu z Gminą Wyznaniową Żydowską w Warszawie, prowadzi bezpośredni nadzór nad cmentarzem żydowskim w Sochaczewie. Członkom Grupy wyjaśniam, że cmentarz wygląda tak, jak wygląda, ponieważ żydowskie prawo zabrania prowadzenia jakichkolwiek prac renowacyjnych na nekropoliach tego wyznania.

Przypomnę także o tym, że Muzeum od samego początku powstania pielęgnuje pamięć żołnierzy Wojska Polskiego wyznania mojżeszowego, którzy spoczywają na cmentarzach wojennych na terenie naszego powiatu. Muzeum utrzymuje również kontakty z przedwojennymi mieszkańcami miasta wyznania mojżeszowego, ich potomkami, jak i współczesnymi sochaczewianami tego wyznania.

W wyniku tej współpracy, jak poinformowano nas w Urzędzie Miejskim, powstaje cykl tablic informacyjnych opisujących historię miejsc związanych z sochaczewskimi Żydami. Znajdą się one w rejonie synagogi, cmentarza żydowskiego oraz miejsca działalności „cadyka z Sochaczewa” Abrahama Bornsztajna. Natomiast w przyszłym roku w związku z 515. rocznicą pierwszej wzmianki o istnieniu gminy żydowskiej w Sochaczewie, w miejscu gdzie istniała synagoga zostanie przeniesiona z Muzeum tablica ufundowana przez Beatę i Krzysztofa Brymorów, o treści „Pamięci Żydów mieszkańców Ziemi Sochaczewskiej i ich wielowiekowego wkładu w rozwój naszego miasta sochaczewianie”. To tyle w kwestii dbania o pamięć, której podobno nie ma, a o której ktoś sobie nagle przypomniał.

Naginanie faktów

Natomiast w całkowite osłupienie wprawiło mnie stwierdzenie jednego z członków Grupy, który w tekście o inicjatywie upamiętnienia żydowskich mieszkańców Sochaczewa napisał: „Tylko na krótki czas ogień stosów inkwizycyjnych wstrzymał rozwój osadnictwa żydowskiego nad Bzurą, Pisią i Utratą”.

Czemu miało to służyć? Nie wiem. Wiem natomiast, że użycie takiego zwrotu wzbudza niepotrzebne emocje i świadczy o nieznajomości historii.

Otóż, jak wynika z historycznych danych, w wyniku wyroków sądów inkwizycyjnych – czyli przez czterysta lat – na terenie Rzeczpospolitej wydano 13 wyroków śmierci, z czego tylko jeden dotyczył osoby wyznania mojżeszowego. Był to wyrok papieskiego sądu inkwizycyjnego wydany w Krakowie w 1508 roku , dotyczący skazania na karę śmierci Żyda oskarżonego o bluźnierstwo i profanację hostii. Dodajmy, że w 1539 roku w Krakowie inkwizycyjny sąd biskupi skazał na spalenie na stosie Katarzynę Weiglową za przyjęcie judaizmu. Reszta wyroków śmierć dotyczyła Husytów, którzy z Żydami nie mieli nic wspólnego.

Być może autor miał na myśli spalenie na stosie  23 kwietnia 1555 roku mieszkańców Sochaczewa, w tym Żydów posądzonych o sprofanowanie hostii. Z tym, że wyrok w tej sprawie nie został wydany przez sąd inkwizycyjny, ale przez sąd biskupi w Łowiczu. Musimy pamiętać o tym, że wyrok ten spotkał się z dezaprobatą szlachty i magnatów. Pod wpływem tego wydarzenia Zygmunt August wydał dekret, w którym nakazał, aby procesy o mordy rytualne i zbezczeszczenie hostii odbywały się wyłącznie przed sądem sejmowym w obecności króla.

Tym samym twierdzenie, że w Polsce płonęły stosy, na których jakoby masowo płonęli Żydzi, jest naginaniem faktów do z góry założonej tezy, że w Polsce od zawsze panował antysemityzm, a państwo polskie od wieków prześladowało Żydów. Tymczasem fakty wyglądają inaczej. To z powodów inkwizycyjnych stosów w Europie Zachodniej i prześladowań, szczególnie w państwach niemieckojęzycznych, Żydzi szukali schronienia w Rzeczypospolitej, która w tamtym czasie jawiła się jako oaza tolerancji religijnej i gdzie wyznawcy judaizmu mieli nie tylko przywileje, ale byli również objęci ochroną państwa. Takiej ochrony nie posiadali m.in. w państwie Habsburgów, z którego wielokrotnie byli wypędzani; stało się tak między innymi w 1557, 1565, 1562   czy 1584 roku.

Większość wypędzonych wówczas Żydów zamieszkało w Polsce, w tym i w Sochaczewie.

Jerzy Szostak

Fot.: MZSiPBnB

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz