Zapomniana armia podziemna.

SONY DSC

W zbiorowej pamięci istnieje tylko jedna podziemna polska armia – Armia Krajowa. Jednak w historii Polski istniała jeszcze jedna, praktycznie zapomniana. To dzięki niej po ponad stu latach niewoli Polska odzyskała niepodległość. Jej żołnierze wyzwalali spod niemieckiej okupacji polskie miasta, w tym Sochaczew. Ta zapomniana armia, to Polska Organizacja Wojskowa.

W jednym z ostatnich wydań „Expressu Sochaczewskiego” zamieściliśmy zdjęcie przedstawiające obchody rocznicy Powstania Styczniowego, które odbyły się 28 stycznia 1916 roku w Sochaczewie. Zdjęcie jest unikatowe nie tylko dlatego, że przedstawia pierwsze oficjalne, a przynajmniej niezatajone obchody Powstania. Jest ono również, jak do tej pory, jedyną dostępną fotografią, na której można zobaczyć mieszkańców powiatu sochaczewskiego, żołnierzy Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego.

Pierwsze podziemie

Niewykluczone, że część z nich należała wcześniej do działającej na terenie powiatu sochaczewskiego Polskiej Organizacji Wojskowej, utworzonej 22 października 1914 roku. Powiat sochaczewski w strukturach POW należał do okręgu IA – Warszawski.

Część członków organizacji po wyparciu Rosjan przez wojska niemieckie wstąpiła w szeregi Legionów, w tym do III Brygady. Inni pozostali w ukryciu. Wynikało to z faktu, że Piłsudski i szefostwo POW nie do końca ufali zapewnieniom Niemców, co do utworzenia państwa polskiego na opanowanych przez nich ziemiach zaboru rosyjskiego.

Jak słuszna okazała się decyzja o pozostaniu w ukryciu części członków POW, pokazał Kryzys Przysięgowy. W jego wyniku większość legionistów – w tym Józef Piłsudski – zostało internowanych. Do obozów trafiło również całe kierownictwo POW. Nie rozbiło to jednak samej organizacji, w tym i jej struktur działających na terenie powiatu sochaczewskiego. Wprost przeciwnie. POW mimo prześladowań zaczęła rosnąć w siłę.

Tajemniczy emisariusz

O budowie struktur POW na terenie powiatu sochaczewskiego po Kryzysie Przysięgowym można się dowiedzieć z pamiętników Jana Wojdy: „Pewnej letniej niedzieli roku 1917 w godzinach popołudniowych wyszedłem na podwórko, aby nakarmić konie. Naprzeciw mnie kroczył jakiś młody człowiek. Po dojściu do mnie zapytał, czy jestem Janem Wojdą. Gdy przytaknąłem, oświadczył, że chciałby ze mną porozmawiać”.

Rozmowa pomiędzy nim a nieznajomym trwała dość długo. W pewnym momencie zeszła na temat aresztowania przez Niemców Józefa Piłsudskiego. Nieznajomy, którym okazał się porucznik Rokicki, powiedział Wojdzie, że przed aresztowaniem Piłsudski wydał polecenie zorganizowania polskiej armii podziemnej.

„Zapytał mnie, czy zdecydowałbym się wstąpić do tej armii polskiej, która nosi nazwę: Polska Organizacja Wojskowa. (…) Gdy wyraziłem na to zgodę, podaliśmy sobie ręce i poszliśmy do pokoju, gdzie złożyłem przysięgę na krzyż oraz podałem swój pseudonim („Lech”), który sobie zanotował na maleńkiej karteczce i schował ja w przygotowaną skrytkę w ubraniu. Wtedy przedstawił mi się jako Rokicki”.

W ciągu miesiąca do POW za namową Rokickiego – jak pisze Wojda – wstąpili: Jan Mycka z Sierzchowa, Józef Mycka z Kęszyc, Ignacy Zając z Kęszyc, Konstanty Chmielewski z Kęszyc, Józef Mitręga z Żylina i jego imiennik Jan Wojda z Żylina, wywodzący się również z Otolic. Poza tym Antoni Obórka z Kozłowa.

Marsz na Sochaczew

Nowi członkowie organizacji przechodzili intensywne szkolenie, które przydało się jesienią 1918 roku:

„Dzień był słoneczny i ciepły. Poszedłem do ogrodu grabić na drodze liście. Przy tej pracy zobaczyłem wchodzącego do ogrodu Obórkę z karabinem przewieszonym na ramieniu. Patrzyłem zdziwiony na niego, nie wiedząc, co to ma znaczyć. A on podchodząc do mnie, powiedział: – No dosyć tego grabienia, rzucaj grabie i bierz się ze karabin, toć nie wiesz, że wojna się skończyła, 8 listopada dostaliśmy rozkaz iść do Sochaczewa i rozbrajać Niemców. Patrz, ja już odebrałem karabin Nehringowi, koloniście niemieckiemu. (…) Poszedłem z Obórką w stronę stacji Leonów, gdzie udała się zebrać cała nasza sekcja i pomaszerować do Sochaczewa. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do domu Obórki, gdzieśmy zjedli obiad. Obórka pożegnał się z żoną i poszliśmy razem do stacji Leonów. Tam dowiedzieliśmy się od kolejarzy, że współtowarzysze nasi, nie mogąc się nas doczekać, poszli do Sochaczewa. Wobec tego ruszyliśmy do miasta. (…) Doszliśmy do stacji kolejowej w Sochaczewie. Nie dochodząc do samego budynku dworcowego, spotkaliśmy mężczyznę wychodzącego z bramy jakiegoś domu. Widząc u nas karabin, zapytał, dokąd idziemy. – Rozbrajać Niemców – padła odpowiedź. – W takim razie – powiedział – chodźcie ze mną, to pokażę wam, gdzie są Niemcy. O, tu w tym domu kwaterują í stąd chodzą na posterunki na stację kolejową”.

Wyzwolenie miasta

Potem, jak wspominał Jan Wojda, wydarzenia rozegrały się błyskawicznie: „Objaśnił nas, że wszystkich Niemców na tej kwaterze jest 9, ale dwóch stoi na posterunkach, poza tym dwóch z rana poszło do miasta, a podobno dwóch rozbrojono na dworcu. Na kwaterze powinno być trzech. Weszliśmy do sieni domu. Przygotowałem karabin do strzału. Mężczyzna otworzył drzwi do kwatery. Zobaczyłem, że jeden z Niemców siedzi za stołem í coś pisze, a drugi leży w ubraniu na pryczy. Krzyknąłem Hande hoch! Wtedy Niemiec leżący na pryczy zerwał się i skoczył do karabinów, znajdujących się przy ścianie na stojakach. Już miałem pociągnąć za cyngiel, gdy siedzący przy stole żołnierz coś do tamtego zagadał po niemiecku. Ten zatrzymał się i podniósł ręce do góry. To samo zrobił i ten pierwszy. Kazałem Obórce zabrać ich karabiny, z którymi wyszedł do sieni. Następnie poleciłem mężczyźnie, który nas przyprowadził, aby obszukał Niemców, czy nie mają krótkiej broni. Jednak nic nie znalazł. Wtedy dałem Niemcom znak, ażeby opuścili ręce. Wskazałem im na tornistry i inne przedmioty, aby spakowali je, co też uczynili. Gdy wszystko swoje załadowali na siebie, kazałem im wyjść. Resztę tornistrów niemieckich pozostawiliśmy na miejscu. Niemców zaprowadziliśmy do miasta” .

Sochaczew został już opanowany przez Polaków, w tym przez członków POW dowodzonych przez porucznika Rokickiego. W ciągu bardzo krótkiego czasu, mimo że w Sochaczewie stacjonowało około 300 żołnierzy armii niemieckiej, udało się zająć komendanturę, stację kolejową, Magistrat, magazyny aprowizacyjne oraz koszary wojskowe.

Może zatem już pora, aby po ponad stu latach od tamtych wydarzeń, żołnierze POW doczekali się tablicy pamiątkowej na frontonie sochaczewskiego muzeum.

Jerzy Szostak

PS. W artykule wykorzystano informacje zawarte w pamiętnikach Jana Wojdy, udostępnionych nam przez Radosława Jarosińskiego.

Podpis zdjęcie: Członkowie Polskiego Organizacji Wojskowej z terenu powiatu sochaczewskiego podczas jednej z uroczystości zorganizowanej na placu Kościuszki w okresie międzywojennym.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz