Wspomnienie o Marianie Wendkowskim.

Z wielkim smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci Mariana Wendkowskiego, sochaczewianina, współtwórcę rugby w Sochaczewie, jednego z liderów społecznej walki o obwodnicę Sochaczewa, bardzo zaangażowanego w sprawy miasta i Polski. A przy tym niezwykle pogodnego człowieka o wyjątkowym poczuciu humoru.

Marian, mieszkający w kamienicy przy ul. Warszawskiej, był jednym z symboli Sochaczewa, w którym dorastałem, potem stawiałem pierwsze kroki w samorządzie, działalności społecznej, a później poselskiej.

Od kilkudziesięciu lat można było spotkać go na meczach rugby w Sochaczewie. Nie wszyscy wiedzieli, że starszy pan z laską i w nieodłącznym, charakterystycznym kaszkiecie, otaczany szacunkiem przez sochaczewską Rodzinę Rugby, sam kiedyś biegał z owalną piłką po tym boisku w koszulce Orkanu. Choć niepełnosprawność pokrzyżowała wiele jego planów, to Marian nie narzekał, ale potrafił dzielić się swoją energią i optymizmem z innymi. Tak, jak w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy mocno zaangażował się w walkę o budowę obwodnicy Sochaczewa. Wtedy tysiące tirów codziennie rozjeżdżało centrum miasta, a ówcześni decydenci nie reagowali. Mieszkańcy powiedzieli dość i zorganizowali silny ruch społeczny, a Marian był jednym z liderów tego ruchu. Skutecznego, bo obwodnica powstała, a tiry od 2002 roku omijają Sochaczew.

Moja znajomość z Marianem, którego poznałem przez Janusza Szostaka, zaczęła się jakieś 20 lat temu. To właśnie był czas walki o obwodnicę i emocji z tym związanych. Pamiętam jego pasję i zaangażowanie w sprawy mieszkańców. Lubiłem, kiedy opowiadał o Sochaczewie swojej młodości, o tym, jak wyglądało miasto i życie w mieście w latach 60. czy 70. Marian miał też duży dystans do siebie, zwłaszcza kiedy z Januszem Szostakiem czy Adamem Lemieszem rewanżowaliśmy się za jego niepowtarzalne dowcipy. Przez wiele lat zwykłe spotkania na sochaczewskich ulicach były okazją do rozmów o sprawach Sochaczewa, Polski, ale i do zwykłych żartów. Mimo problemów Marian nie narzekał i nie żalił się. Jeśli prosił o jakąś pomoc, to dla kogoś innego a nie dla siebie.

Były jednak sytuacje, kiedy Marian prosił o coś także w swojej sprawie. Tak było co roku na początku sierpnia, kiedy przed każdą pielgrzymką na Jasną Górę dzwonił do mnie i prosił o modlitwę.

W tym roku nie było oficjalnej pielgrzymki, ale byłem na Jasnej Górze i pamiętałem w modlitwie o Marianie. Miałem mu o tym powiedzieć, kiedy znów usiądziemy na trybunach na meczu rugby. Nie zdążyłem. Ale wiem, że Marian już osobiście dotarł do Matki Bożej i zaniósł nie tylko swoje intencje.

Marian, dziękuję za Twoją życzliwość, uśmiech i dobre serce! Niech Matka Boża z Jasnej Góry otworzy Ci bramy Nieba.

Maciej Małecki

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz