Sochaczew – mój kawałek podłogi.

Moja przygoda z Sochaczewem rozpoczęła się w 1993 roku, gdyż w tym roku oficjalnie tu zamieszkałam. Rozpoczęłam naukę w ZSZ i można powiedzieć, że od tego roku zaczęłam poznawać Sochaczew. Pochodzę z bardzo daleka, mieszkałam 400 kilometrów od Sochaczewa.

Znalazłam się tu, ponieważ brat w pogoni za pracą znalazł się w Warszawie i szukał domu do kupienia. Trafił na ogłoszenie i kupił działkę wraz z domkiem w Boryszewie. I tak oto mnie ściągnął do szkoły, taki szmat drogi od domu rodzinnego.

Sochaczew mnie urzekł

Miasto od początku mnie urzekło: wszędzie blisko, sklepy, pociągi, stolica. W mojej dawnej miejscowości wyprawa do Warszawy to był szczyt marzeń. A tu mam chęć, to wsiadam do pociągu i jestem w Warszawie.

Mieszkaliśmy blisko Pisi. W związku z tym latem obowiązkowo spędzaliśmy tam każdą niedzielę. Było miejsce na małą plażę, ognisko i wypoczynek.

Dziś to miejsce zarosło wysoką trawą, krzakami i nie ma śladu po dawnej rekreacji. Z przyjemnością obserwowałam ruch pociągów i nie przeszkadzało mi bliskie sąsiedztwo torów. Bo to coś nowego, coś, czego w dzieciństwie nie widziałam z bliska.

Sochaczew 18 lat temu i teraz słynie z licznych połączeń kolejowych, dogodnych dla pasażerów. W pamięci utkwiły mi jeszcze loty samolotów z lotniska w Bielicach. Potężny huk zawsze stawiał nas na nogi. Choć dla mnie to był fascynujący widok. Bo już nigdy więcej nie dane było mi widzieć tak nisko i w takiej ilości samolotów   wojskowych.

Kolejną rzeczą, którą wspominam, to są ruiny zamku. Wspaniałe, majestatyczne, górujące nad miastem. Zapraszają do zwiedzania.   Przed laty nie było takich warunków jak teraz. Bo, aby wspiąć się na górę, szło się stromymi ścieżkami, a teraz mamy wygodne i bezpieczne schody.

Plac Kościuszki też zmienił się nie do poznania. Teraz to piękne miejsce do odpoczynku, z dostępem do pysznych lodów.

W pamięci mam jeszcze moje pierwsze Dni Sochaczewa na Podzamczu. Impreza po prostu mnie zachwyciła. Na wyciągnięcie ręki znane zespoły. Wtedy występowały Czerwone Gitary. Publiczność bawiła się wspólnie, ludzie śpiewali, tańczyli, bili brawo. Nie ma barier wiekowych, trwa wspólna solidarna impreza. Nawet powrót do domu o północy nie jest niebezpieczny.

Uroki miasta nad Bzurą

Kolejną fajną i urokliwą sprawą jest most na Bzurze w kierunku ulicy Gawłowskiej. Ulubione miejsce moich wycieczek rowerowych. Lubiłam jeździć tą ulicą, tyle, że wtedy ruch samochodowy nie był taki intensywny, jak dziś. Można było zobaczyć wędkarzy, którzy w skupieniu łowili ryby.

Kolejnym przystankiem w moich wyprawach była Żelazowa Wola. Też zasługuje na miłe wspomnienia. Wtedy odwiedzających była garstka. Nikt na nikogo nie wpadał. A teraz park po renowacji jest piękny, no i zwiedzających jest bardzo dużo.

Z sentymentem wspominam też kościół w Boryszewie, a w zasadzie jego brak.   Msze odbywały się w kaplicy, a kościół był powoli budowany. Jednak ludziom to nie przeszkadzało. Na każdej mszy było tłoczno, i to są uroki tamtych lat. Wiara i szacunek do księdza był obowiązkiem każdego chrześcijanina, a dziś? Szkoda mówić. Gdy ktoś głośno mówi, że chodzi do kościoła, to patrzą na niego, jak na kosmitę.

Pamiętam małe sklepiki, na przykład na ulicy Okrzei. Był tam taki zieleniak i miła pani ekspedientka, która nie tylko obsługiwała, ale i zamieniła słowo. Każdego klienta znała praktycznie z imienia, a dziś nie ma już prawie takich małych, urokliwych sklepików i panującej w nich atmosfery.

Jeśli jesteśmy na ulicy Okrzei, to musze wspomnieć zakupy ciepłego i pysznego chleba w piekarni u państwa Boczkowskich. Codziennie od rana można było kupić pieczywo. Zapach pieczonego chleba roznosił się po całej dzielnicy i zapraszał na zakupy. A chętnych było, i to wielu. Kolejka wiła się na ulicy.

Moje miejsce na ziemi

Z uśmiechem wspominam komunikację miejską, czyli stare autobusy MZK. Kasowniki, które wycinały określony wzorek. Dymiący jelcz, w którym zimą można było zamarznąć. Dojeżdżałam na praktyki do Chodakowa i nigdy nie narzekałam, że zimno, ciasno. Bo jazda MZK, to była dla mnie była atrakcja.

I jeszcze jedno, co urzekło mnie, to oczywiście ciuchcia. Przejazd nią oraz muzeum. Tak naprawdę, to co najbardziej utkwiło mi w pamięci po wyjściu z pociągu na peron, właśnie stojąca ciuchcia koło dworca, a kolejna koło muzeum. Fantastyczna wizytówka miasta. Dla mnie, osoby z innego zakątka Polski, bardzo ciekawy element turystyczny.

Wspominam z uśmiechem ten Sochaczew sprzed kilkunastu lat. Bo zmienił się wygląd miasta, ulic. Przybyło zabudowań, a sentyment do Sochaczewa pozostał. Choć nie pochodzę stąd, to Sochaczew bardzo mi się podoba. Jest funkcjonalny, atrakcyjny, a ci co tak narzekają, zapewne nie mieszkali w innych rejonach Polski.

Obecnie w Sochaczewie już nie mieszkam. Wyprowadziłam się na wieś. Też bardzo piękne miejsce, gdzie ochrzczony został Fryderyk Chopin. Cenię obie te miejscowości. Traktuje je jako moje miejsce na ziemi i uważam, że każdy z nas powinien dążyć do takiego miejsca, aby na starość móc powiedzieć, że to jest „mój kawałek podłogi”.

Ewa Brdeja

Fot. Przemysław Wierzchowski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz