Przepłynął kajakiem Wisłę.

Dla wielu ogromnym zaskoczeniem było, że sochaczewianin Przemysław Turowski zdecydował się przepłynąć kajakiem Wisłę, od jej zerowego kilometra do ujścia. Zaskoczenie tym większe, że dokonał tego w październiku, gdy mało kto myśli o wiosłowaniu.

Skąd wziął się taki pomysł na pokonanie kajakiem Wisły?

To kwestia tego, że bardzo lubię długie, ekstremalne spływy kajakiem. Uwielbiam wiosłować i cieszyć się ciszą, spokojem i otaczającą przyrodą. Zawsze intrygowała mnie Wisła i zawsze chciałem ją przepłynąć, mając w kajaku wszystko, co będzie mi potrzebne do takiej przygody. W tym miejscu warto wspomnieć, że moja wyprawa, to także promocja turystyki kajakowej, którą bardzo mocno wdraża Stowarzyszenie Kajakowcy Sochaczewa.

Co było najtrudniejsze, aby doszło do tego spływu? Wszak to nie kwestia wsiąść i wiosłować, gdyż potrzebne było zapewne odpowiednie przygotowanie.

To prawda. Samo przygotowanie logistyczne jest dość trudne. Tutaj wielkie słowa uznania dla mojej partnerki Iwonki, która nad wszystkim czuwała, zawiozła mnie z całym sprzętem na początek wyprawy, a po dwóch tygodniach z Bałtyku przywiozła do domu. Na szczęście miałem pełen sponsoring w miejscu pracy. Jednak trzeba się było sporo nachodzić, aby przygotować całą wyprawę. Miałem ogromne wsparcie i sporo życzliwości ludzi przy zdobywaniu sprzętu, odpowiedniej odzieży, wiosła zapasowego, kuchenki i innych niezbędnych w trasie rzeczy. No i aprowizacji na czas spływu. Ze względu na ograniczenia pojemności kajaka, nie mogłem zabrać zapasów żywności na całą wyprawę. Częściowo musiałem dokupować wodę i prowiant w pobliskich sklepach, przy portach rzecznych, a także Iwona dociążyła mój kajak w Warszawie, a tata w Wyszogrodzie w najpotrzebniejsze rzeczy spożywcze.

Jaka jest Wisła? Czy to prawdziwa królowa, czy jak niektórzy mówią, największy polski ściek, bo tak zanieczyszczona jest rzeka?

Wisła to generalnie dzika, tajemnicza i niezwykła rzeka. Nie ma uregulowanej linii brzegowej i koryta od źródeł do ujścia. Płynie niczym nieograniczona. Ma wiele wysp, łach, płycizn i plaż, gdzie można się rozbić. Jako królowa jest piękna i dzika. Niestety czystość wody i linii brzegowej pozostawia wiele do życzenia. Ludzie muszą się jeszcze wiele nauczyć – ci pływający, żeglujący, wędkujący czy wypoczywający nad Wisłą. Trzeba rozwijać działania proekologiczne i dbać o tę rzekę.

Co było najtrudniejsze w trakcie tej wyprawy?

Chyba najtrudniejszy był moment wypłynięcia na ten spływ. W październiku jest krótki dzień. Szybko się robi ciemno. Już około godziny 16.00 trzeba było rozglądać się po brzegach i szukać miejsca na obozowisko. To właśnie ten trudny moment spływu. Natomiast z rzeczy technicznych, to elektrownie nad Wisłą. Na przykład w Kozienicach są bardzo wysokie progi. Trzeba mocno uważać i czasem zastanowić się, czy ryzykować przepłynięcie, czy lepiej przenieść kajak, aby nie uległ mechanicznym uszkodzeniom. To bardzo trudne i niebezpieczne odcinki. Przed nowo budowanym mostem Północnym w Warszawie są usypane wielkie łachy piachu i woda na całej szerokości rzeki ma kilkanaście centymetrów głębokości. Musiałem tam ciągnąć kilkaset metrów kajak. Czasami doskwierała samotność, bo nie było do kogo się odezwać, czasami jednak to pomagało, bo zamiast dyskutować o pogodzie, to po prostu płynąłem.

Jak odnosili się do pana ludzie na trasie? Jak reagowali na nietypowego o tej porze roku kajakarza?

Ludzie byli bardzo życzliwi. Kiedy zauważali, bo od razu było widać, że moje płynięcie to dłuższa wyprawa, życzyli sukcesu w dopłynięciu do Gdańska, turyści na stateczkach wycieczkowych, wędkarze machali do mnie i wykrzykiwali. W Tarnobrzegu na promie, kierujący nim przypilnował mi rzeczy i zatrzymał przepłynięcie promu, bym mógł uzupełnić zapasy i spokojnie zrobić zakupy. Ludzie starali mi się pomagać na całej trasie.

Przepłynięcie takiej trasy jesienią nie jest łatwe. Wymaga chyba hartu ducha i większej odporności, a także charakteru. Nie każdy by to potrafił.

Rzeczywiście to prawda. Ja jednak zdecydowałem się na jesień, gdyż w miesiące letnie, choć dłużej można wiosłować, to w godzinach popołudniowych robi się niemiłosiernie gorąco, można się przypalić na słońcu. Generalnie jestem osobą, która woli chłodniejsze klimaty, więc październik był dla mnie idealny pod tym względem. Poza tym mniejszy ruch na Wiśle. Cisza i spokój. Rzeka jest dzika, więc i czerpałem z uroków przyrody, odosobnienia i właśnie tej ciszy wpływających na mnie kojąco. To była wyprawa, którą od lat wymarzyłem sobie i jestem szczęśliwy, że udało mi się ją zrealizować z sukcesem. Natura pozwala ładować akumulatory i wzmacnia odporność, co istotne teraz przy panującej pandemii. Czasami jak wieczorem dopływałem na biwak, miałem dosyć rozkładania namiotu, gotowania, rozpalania ogniska, suszenia, wypakowywania całej zawartości kajaka i rano przed świtem zwijania wszystkiego. Wiedziałem, że płynąc sam, nikt tego za mnie nie zrobi, więc zabierałem się za robotę, tym bardziej, że temperatura w nocy spadała do + 5 stopni, więc trzeba było się uwijać, żeby jak najszybciej zaszyć się w ciepłym śpiworze. Wisła pokazała mi swoje prawdziwe dzikie oblicze, przeniosła mnie swoim nurtem ponad 940 kilometrów i w ciągu 15 dni zwiedziłem całą Polskę.

Czy w przyszłości planuje pan podobne wyprawy w kraju, a może nawet za granicą?

Mamy tyle rzek w Polsce, więc takich spływów nie powinno mi zabraknąć. Jeśli czas, zdrowie i kondycja pozwolą, to na pewno wybiorę się na kolejną wyprawę. Polskie rzeki charakteryzują się pięknem, dzikością i niezwykłą tajemniczością. Są fascynujące. A czy popłynę za granicą na taki spływ? Jeśli będzie okazja, jakaś propozycja, to czemu nie. Każda taka wyprawa to odkrywanie nowych doznań i świata. A ja chcę stale poznawać różne bliższe i dalsze zakątki.

Życzę panu ciągłego odkrywania i rozwijania kajakarskich pasji.

Rozmawiała Bogumiła Nowak

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz