Komu bije zatopiony dzwon

Na pożegnanie historia z gatunku legend, które celowo pomijałem, ponieważ zwykle traktowane są z przymrużeniem oka. Zwykle bardziej śmieszą niż straszą. Jednak postanowiłem zrobić wyjątek dla historii z Sewerynowa na Mazowszu, która ma urzędowe udokumentowanie.

W sierpniu 2020 roku napisał do mnie Radosław Jarosiński z Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą: „Doskonały pomysł z tą książką o nawiedzonych miejscach. W muzeum znalazłem kwerendy z lat trzydziestych, wysłane do wójtów gmin na terenie powiatu sochaczewskiego. I tam jest pytanie o przesądy. Najciekawsza historia dotyczy Sewerynowa. Ze stawów tam się znajdujących, słychać ponoć bicie dzwonu zatopionego kościoła. Co ciekawe, ta legenda jest żywa – opowiadała ją babcia mojej małżonki i jej bratowa. Ale one już nie żyją, to było z 15 lat temu. Strasznie mnie kręcą takie rzeczy, choć nie wierzę w nie” – zastrzegł sochaczewski muzealnik i dodał: „W muzeum jest kwerenda z 1929 roku, mam ją też w ręku. Przyjedź, to ci ją pokażę”.

Pół godziny później siedziałem w niewielkim pokoiku na poddaszu sochaczewskiego muzeum. Radek miał już przygotowaną dla mnie kopię dokumentu o nazwie „Kwestjonariusz dla powiatowego Komitetu Regjonalnego w Sochaczewie”, który został sporządzony 14 lutego 1929 roku i podpisany przez wójta oraz pisarza gminy Rybno. Autorzy tego dokumentu zajęli się między innymi: właściwościami terenu, życiem religijnym, obliczem politycznym ludności, a także kulturą regionalną. Ponadto w tym swoistym raporcie do władz powiatowych wójt wyliczył, że na jego terenie jest 10 mieszkańców zasługujących na miano „inteligentniejszych osób w gminie, poza duchowieństwem, nauczycielami i ziemiaństwem”. Co prawda nie określił od kogo inteligentniejszych, jednak sam nie znalazł się w tym zestawieniu.

Mnie jednak bardziej niż inteligencja wójta zainteresował punkt 14 dokumentu, zatytułowany „Zwyczaje ludności, podania, legendy, pieśni, zabobony, przesądy itp.”.

Wśród mieszkańców istnieje podanie o powstaniu największego stawu w Sewerynowie, zwanego przepadliskiem. Mówi ono, że na miejscu stawu stał kościół, który zapadł się z chwilą, kiedy ludzie zamiast do kościoła zaczęli chodzić do karczmy.

Do przesądów należą leczenie tzw. paskudnika u koni i krów, zabijanie śledziony u bydła, wiara w kołtun, który może przyjść w nocy, oraz wiara w znachorów” – wylicza zabobony wójt gminy Rybno.

– Gdy natrafiłem na ten dokument, przypomniałem sobie opowieść nieżyjącej już babci Irki – podkreśla Jarosiński.

– Myślisz, że w Sewerynowie był w ogóle kościół? – pytam muzealnika.

Wątpliwe, aby w małej wiosce postawiono kiedyś kościół – stwierdza i objaśnia. – Nazwa Sewerynów świadczy, że prawdopodobnie wieś była dziedzictwem potomka szlacheckiego o tym imieniu. Takich wiosek jest w okolicy kilka – chociażby Karolków czy Matyldów. Ale okazuje się, że nie tylko Sewerynów ma swój zatopiony kościół – wyjaśnia Radek. – Ja o tym kiedyś machnąłem artykulik na niszowy portal poświęcony grozie. Chcesz przeczytać?

Zrobiłem to z ciekawością: „(…) takich legend jest więcej, zawsze zbudowanych w oparciu o ten sam schemat – niewłaściwe zachowanie ludzi i reakcja niebios, czyli kara za grzechy. Rzecz jest nader skrupulatnie opisana przez folklorystkę dr hab. Violettę Wróblewską, w „Słowniku Polskiej Bajki Ludowej”. W przytoczonych tam opowieściach czasem zapada się pod ziemię kościół, a czasem karczma, w której hulacy oddają się rozpuście i pijaństwu, zamiast modlitwie. Autorka słownika wspomina także o charakterystycznych przedmiotach – najczęściej sakralnych, które zostają nietknięte – a to wieża, a to choćby pasyjka czy różaniec.

Podczas katastrofy giną zgromadzeni w budynku grzesznicy i obłudnicy – zapadają się razem z nim. Jedynie osoba wyjątkowo pobożna i bezgrzeszna ma szansę na ocalenie, bo takie są prawidła ludowej sprawiedliwości i taki sens dydaktyczny płynie z bajki. Bijące dzwony zatopionych kościołów także nie wróżą niczego dobrego, wedle śremskiej legendy o zatopionym kościele, bicie dzwonów zwiastuje śmierć dobrego człowieka.

Czy motyw ten to tylko legenda? Raczej mało prawdopodobne, by w każdym jeziorze z licznych podań spoczywał jakiś zatopiony kościół” – zauważa Radosław Jarosiński.

Wiele tygodni później przypomniała mi się ta historia i postanowiłem skonfrontować rozważania z rzeczywistością i mniej ponurym akcentem zakończyć tę książkę. Gdy w listopadowe przedpołudnie dotarłem do Sewerynowa, wieś wydawała się być wymarła. W końcu, na jednym z podwórek, dostrzegłem kobietę w średnim wieku.

– Dzień dobry, czy możemy porozmawiać – zagaduję.

– A o czym?

– O stawie, czy jest tu jakiś staw? – pytam, trzymając w dłoni raport wójta Rybna z 1929 roku. Być może ze zwojem papierów wyglądałem niczym jakiś geodeta albo gminny referent.

– A jak tak, to z gospodarzem trzeba gadać – oznajmiła kobieta i znikła w obejściu.

Kilka minut później rozmawiam z panem Jurkiem, który słysząc, co mnie sprowadza, już na wstępie komunikuje: – Było coś takiego, ale to bardzo dawno temu. Ja tak długo to nie żyję – oznajmił i otaksował mnie. – Wiekiem to podobni chyba jesteśmy?

Zbyłem to milczeniem i podjąłem próbę nakierowania rozmowy w innym kierunku: – Ale, jako dziecko pewnie słyszał pan o tym zatopionym kościele?

– Wszyscy o tym słyszeli, nie tylko dzieci – zmienił zdanie. – Miało to być na przepadlisku. Ale ja nic nie wiem, nic nie słyszałem.

– Podobno w południe biją tam dzwony – ciągnąłem wątek. Mój rozmówca popatrzył na zegarek i tak mówi: – A słyszał pan dzwony, bo właśnie południe minęło?

Zrozumiałem, że nie pogadamy, rzuciłem na pożegnanie: – Z Bogiem! – i ruszyłem szukać kościoła na dnie stawu. Na szczęście kolejna napotkana osoba była bardziej rozmowna: – Panie, tu nigdy nie było ani kościoła, ani karczmy – objaśnia pani Zofia z pobliskiego Koszajca, która wychowała się w Sewerynowie. – I pijaków też tu mniej niż gdzie indziej, bo nawet sklepu nie ma. Do Rybna trzeba jeździć albo do Brzozowa.

– A wie pani, gdzie szukać przepadliska, daleko to jest?

– Niedaleko, ale teraz to ogrodzony teren, prywatna ziemia i staw. Nie wejdzie pan tam. To należy do najbogatszych ludzi we wsi, sadowników. Zresztą nie ma po co tam chodzić, kiedyś to jeszcze coś się działo. Przynajmniej starsi ludzie tak mówili. Ja wtedy dzieckiem byłam, to niewiele pamiętam. Straszyli nas, aby tam nie chodzić, o tym zatopionym kościele mówili. Ponoć tam też kilka osób się utopiło. Niedobre miejsce, lepiej je omijać – stwierdziła kobieta.

– A słyszała pani bijące tam dzwony? Ponoć słychać je w południe?

– Co za głupoty pan powtarza. To nie tak miało być – oburza się pani Zofia. – Starsi ludzie mówili, że można je usłyszeć jedynie w Boże Narodzenie oraz w Wielkanoc. Wtedy ze stawu dobiega dźwięk kościelnego dzwonu. Jednak bicie dzwonu usłyszeć może jedynie człowiek bez skazy, uczciwy, szczery, pracowity, moralny, skromny, niepazerny, o czystym sumieniu – wylicza kobieta.

To tłumaczy, dlaczego od dawna nikt nie słyszał dzwonu odzywającego się z dna stawu

Janusz Szostak

Jest to fragment książki Janusza Szostaka „Widziadła, Świadectwa z zaświatów”.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz