Strona główna Kultura Z ziemi włoskiej do Polski, czyli Gruppo Tredici

Z ziemi włoskiej do Polski, czyli Gruppo Tredici

1166
0
PODZIEL SIĘ

Gruppo Tredici to polsko-włoskie rapowe trio z Sochaczewa, które zrobiło duże zamieszanie na polskiej scenie hip-hopowej. G13 ma na koncie już dwie płyty, a ich utwory na serwisie YouTube osiągają setki tysięcy wyświetleń. Członkami tej niezwykłej ekipy są Weed Carrier, Dennis i Robercik.

Skąd u was pasja do muzyki? Jakie były wasze początki artystyczne?

Weed Carrier: Moja zajawka na muzykę zaczęła się jakoś w drugim roku życia, od małego lubiłem tańczyć, czy bawić się przy muzyce. Gdy miałem kilka lat rodzice zapisali mnie na tańce do Domu Rzemiosła. Pamiętam pierwszy występ na Dniach Sochaczewa z zespołem Słoneczko i Małgośka. Co więcej, kiedyś był taki program Minilista Playback Show w telewizji i ja wygrałem lokalne eliminacje, które odbywały się klubie garnizonowym. Wtedy osoby, które zasiadały w jury, powiedziały moim rodzicom, żeby koniecznie ten mój talent rozwijali. Tak też się stało, zapisali mnie do szkoły muzycznej. Ogólnie duży wpływ na mój rozwój muzyczny miała rodzina, mój ojciec grał na skrzypcach, podobnie jak mój dziadek. No i ostatecznie również ja na tych skrzypcach zacząłem grać.

Dennis: Jak jeszcze mieszkałem we Włoszech, miałem tak ze 4 lata, to udawałem, że gram na gitarze, że jestem gwiazdą rocka. Od tego się w sumie zaczęło. Potem przeprowadziłem się do Polski, poszedłem do szkoły i tam na lekcjach muzyki nauczycielka sprawdzała, jakie się ma poczucie rytmu, jak się śpiewa itd. Wtedy też zaproponowała moim rodzicom, żeby zaprowadzili mnie do szkoły muzycznej. Chodziłem tam na lekcje grania na gitarze. W 4 klasie doszedł też do tego fortepian.

Jak się poznaliście, czy połączyła was wspólna pasja?

Weed Carrier: Moje początki z rapem to już było wiele lat temu. Wydałem nawet jakąś płytę, ale działałem wtedy pod innym pseudonimem. Można powiedzieć, że inaczej się wabiłem (śmiech). Co do współpracy z Dennisem, to tak jak zawsze powtarzamy, złączyło nas cierpienie, ból i przykre osoby z naszego otoczenia. Chociaż mówiąc konkretniej, to wcześniej połączyła nas pasja do sportu. Gdy Dennis sprowadził się do Polski, to przyszedł do mnie na zajęcia judo. Byłem wtedy trenerem w Orkanie Judo Sochaczew i wziąłem go pod swoje skrzydła.

Dennis: Tak było. Potem odszedłem z tej sekcji judo. Później znowu spotkaliśmy się na zajęciach z MMA. Po drodze był również epizod z rugby. Niestety nagle pojawiła się choroba, która wykluczyła mnie z jakiegokolwiek sportu. Nawet najmniejsze skaleczenie mogło doprowadzić do dużego krwotoku, który niezwykle ciężko było powstrzymać.

Weed Carrier: Gdy pojawiła się ta choroba, to jakoś jeszcze bardziej się do siebie zbliżyliśmy. Zawsze byłem dla Dennisa jak taki wujek, gdy potrzebował rady czy wsparcia, to zawsze mu pomagałem. I jakoś wtedy on zaczął stawiać swoje pierwsze kroki w rapie. Wysłał mi swoje pierwsze numery i przy którymś nagraniu, to aż mnie dreszcze przeszły. Zarzucił tam jakieś jedno zdanie po włosku i to zrobiło taką robotę. Od razu mu napisałem, żeby używał więcej języka włoskiego w swoich tekstach. Dodam jeszcze, że zawsze staramy się, aby włoski był używany przez nas w sposób jak najbardziej naturalny. Jako przykład powiem, że napisałem kiedyś numer o tytule „Czas rozliczenia”, no i po włosku nazywa się „Fare i Conti”, siedziałem sobie kiedyś i pisałem ten tekst z myślą, że trzeba rozliczyć pewne sprawy, pewnych ludzi. Po włosku melodyjka weszła, to wszystko się zgrało i powstała spójna całość.

Skąd wziął się pomysł na założenie tak nietypowego polsko-włoskiego trio?

Weed Carrier: Musimy na wstępie powiedzieć, że tak naprawdę jest nas trzech. Mimo że razem nie nagrywamy, bo on nie jest raperem. Trzeba jednak pamiętać, że był z nami od samego początku, był przy powstaniu G13 i ani ja, ani Dennis mu tego nie odbierzemy. Robercik, bo o nim mówię, jest kluczową postacią naszego trio. Nasze największe hity powstały przy nim i z jego udziałem. Jednak najważniejsze w tym wszystkim są chyba te Włochy. Dennis się tam urodził, a ja prowadzę w Warszawie sklep Posmakuj Sycylii. Jakoś to wszystko się ze sobą łączy. Rządzą nami przypadki, które nie są przypadkami. Zawsze w to mocno wierzyłem. Tak też było z nami. Dennis za moją radą zaczął używać włoskiego w swoich tekstach częściej. Ja też się trochę nakręciłem, zacząłem tworzyć swój materiał. W pewnym momencie odezwałem się do Dennisa, że zakładamy swoją grupę rapową.

Co oznacza nazwa waszego składu, czy G13 ma dla was jakieś szczególne, ukryte znaczenie?

Weed Carrier: Trzynastka zawsze gdzieś tam w moim życiu była. Krążyła wokół mnie, że tak to nazwę. Przez długi czas nazywaliśmy naszą sekcję sportową MMA, sekcją 13. Pamiętam, że chcieliśmy tę 13 uwzględnić w naszej nazwie przy jednoczesnym zastosowaniu języka włoskiego i właśnie z tego powstała nazwa Gruppo Tredici.

Przez długi czas działaliście w pojedynkę, mimo to wasze zasięgi były naprawdę imponujące, myślicie, że taka ścieżka kariery okazała się dla was pomocna?

Weed Carrier: Miesiąc po założeniu naszego składu wrzuciliśmy nasz debiutancki numer „Corro Corro” na YouTube. Sami się nie spodziewaliśmy, że to osiąganie aż taki duży sukces, bo wyświetlenia tam rosły w naprawdę imponującym tempie. Chociaż ja od początku powtarzam, że dla nas sukcesem już jest to, że słuchają nas ludzie spoza kręgu naszych znajomych. Jako przykład podam, że gdy gramy koncerty we Wrocławiu czy w Krakowie, to ludzie naprawdę na nas czekają, nawijają na koncertach nasze teksty i biją brawa, i to naprawdę najbardziej nas cieszy.

Dotarcie do pozycji, w której obecnie jesteście, stanowiło dla was duże wyzwanie?

Dennis: Ja myślę, że nigdy nie traktowaliśmy tego jako wyzwanie. Zawsze chcieliśmy zrobić coś razem, nagrać jakiś rap i puścić to dalej. Nie przejmowaliśmy się tym, czy ktokolwiek będzie to obserwować, czy słuchać, bardziej się przejmowaliśmy, aby to po prostu była dobra muzyka. Wzajemnie się poprawialiśmy, że przykładowo ten wers się nie nadaje, albo, że flow musi być lepsze. Z założenia to, co robimy, ma się przede wszystkim podobać nam i to jest największe wyzwanie.

Jesteście teraz członkami wytwórni Moya Label, czy praca z tak cenionymi w środowisku hip-hopowym artystami jak Avi czy Louis Villan, to duże wyzwanie? Jak radzicie sobie z presją?

Weed Carrier: Ja odwrócę to pytanie i zapytam się ciebie, czy czujesz presję, będąc członkiem swojej rodziny? Czasami pewnie tak, i tutaj jest bardzo podobnie. Zdarza się, że coś chłopakom nie podpasuje, ale nigdy nikt nie robi nikomu pod górkę, zawsze każdy chce dla drugiej osoby jak najlepiej. Presja czasami jest, ale to z tego tytułu, że na przykład Avi i Louis kończą swoją płytę i my musimy zapiąć pewne sprawy, coś tam z tym zrobić, coś pomóc. Dla nas świetne jest to, że będąc w wytwórni nasza praca wygląda zupełnie inaczej niż wcześniej. Teraz mamy swojego managera, który za nas załatwia pewne kwestie i nie musimy się tym przejmować.

Jak udało wam się nawiązać współpracę z czołówką polskiego rapu?

Weed Carrier: Jeśli chodzi o poznanie się z Avim, to miało to miejsce, jak on jeszcze działał w SBM, a ja byłem dosyć blisko tej ekipy. Jakoś tak się złożyło, że się zaprzyjaźniliśmy. Później poznałem się tez z Louisem. To on zrobił dla nas pierwsze legalne bity w tym ten do „Corro corro”. Sprawy potoczyły się szybko, chłopaki podjęli decyzję o założeniu Moya Label i my jesteśmy w tej ekipie od samego początku.

Wasz pierwszy album „Vecchio nuvo” oraz ostanie „Progresso EP” spotkały się z pozytywnym odbiorem słuchaczy i krytyków. Czy jesteście zadowoleni z waszej dotychczasowej pracy, czy może są aspekty, które chcecie dopracować?

Dennis: Jasne, póki dni nam starcza i oddechu, to będziemy walczyć, by być coraz lepsi. Z czasem nabraliśmy trochę więcej doświadczenia i zawsze się znajdzie coś, co można poprawić. Myślę, że dopóki będzie ta zajawka, to zawsze będziemy się starali udoskonalać pewne aspekty.

Uważacie, że w przyszłości może to być wasze główne źródło utrzymania?

Weed Carrier: Ja jestem starym rocznikiem, Dennis jest ode mnie o 15 lat młodszy i moje wychowanie, i pojmowanie rapu było oparte na pewnych zasadach. Najważniejsza z nich to było twierdzenie, że na tym nie można zarabiać. Dla mnie to zawsze było przykre, bo artyści, którzy przekazali mi dużo wiedzy przez swoją twórczość, jakby nie mogą na tym zarabiać. Ja zawsze chciałem być raperem, to była moja pasja i dlaczego miałbym rezygnować z zarobku. Teraz są o wiele lepsze czasy, ta zasada gdzieś już się zatarła i nikt już nie widzi problemu w zarabianiu na swojej pasji. To mi się podoba, uważam, że jeśli robimy coś dobrego, to dążenie, aby to było nasze źródło utrzymania, nie jest niczym złym.

Dennis: Ja dopowiem tylko tyle, że prędzej czy później będziemy na tym dużo zarabiać. (śmiech)

Jakie macie plany na przyszłość? Kiedy usłyszymy jakiś nowy kawałek, a może nawet całą płytę?

Dennis: Nowy kawałek ukaże się niebawem. Będzie to taki freestyle, coś w tym rodzaju. Pracujemy też nad albumem, premiera będzie prawdopodobnie w pierwszym kwartale 2021 roku. Mogę powiedzieć tylko tyle, że czeka nas dużo niespodzianek, jeśli chodzi o cały label, w którym pracujemy.

Weed Carrier: Teraz nasza praca wygląda znacznie inaczej niż te kilkanaście miesięcy temu. Nasz pierwszy album powstawał na zupełnie innych zasadach niż działamy teraz. Wtedy robiliśmy muzykę po pracy, zmęczeni siedzieliśmy nad tym po nocach, kleiliśmy teksty i bity. Teraz mamy ściśle określony terminarz, działamy profesjonalnie i wszystko przyjdzie w swoim czasie.

Co to jest Bella Biba i kiedy kolejna edycja?

Weed Carrier: Bella Biba to nie miejsce, tylko to impreza. To najlepszy mini festiwal w Polsce, który jest organizowany w naszym rodzinnym Sochaczewie. Najlepszy klimat, najlepsi ludzie i najlepsza muzyka. Co potwierdziliśmy na dotychczasowych imprezach, gdzie zagrali tacy raperzy jak Avi, Zetha czy Filipek, no i co najważniejsze, Gruppo Tredici.

Dennis: Bella Biba nigdy nie zniknie i nigdy nie zginie.

Rozmawiał: Aleksander Szostak