Strona główna Sochaczew miasto Jak epidemie pustoszyły Sochaczew

Jak epidemie pustoszyły Sochaczew

361
0
PODZIEL SIĘ

Na przestrzeni swojego istnienia Sochaczew zmagał się z licznymi epidemiami. Niektóre z nich zbierały tak krwawe żniwo, że liczba mieszkańców spadała nawet o połowę. Szczęściem w nieszczęściu były te zarazy, w wyników których umierało 10 procent mieszkańców naszego miasta.

Obecna epidemia, to jedna z setek zaraz przetaczających się przez Mazowsze i miasto. Pierwsze wzmianki o epidemiach, które nawiedziły Polskę i wybuchły w roku 1003 i  1006, znajdują się kronice Jana Długosza: „Głód, mór i  zaraza okropne panowały tymi czasy nie  tylko w  Polsce, ale  i  w całym prawie świecie”. Była to prawdopodobnie epidemia dżumy, która później nawiedzała nasz kraj w latach: 1186, 1283, 1307, 1360, 1383, 1451, 1497, 1542, 1573, 1663, 1680, 1720. Z kolei tzw. „morowa zaraza” z 1348 roku, według zachowanych do naszych czasów przekazów, zabrała ze sobą jedną czwartą ludności Polski. A tak zwana „zaraza dziecięca” z roku 1371, która uśmiercała głównie ludzi młodych, uznana została przez Długosza za największą zarazę średniowiecznego Królestwa Polskiego. Musiała być naprawdę straszną, jeżeli przypomnimy, że pod koniec XV wieku na przykład epidemie dżumy zdarzały się co 2-3 lata, a nawet rok po roku.

Przemarsz śmierci

Potem też nie było lepiej. W XIV i XV wieku kraj był wolny od epidemii przez mniej więcej 70 na 100 dni, w XVI i XVIII wieku – już poniżej 50 na 100 dni. Na przykład w latach 1601-1650 dżuma pustoszyła Mazowsze 33 razy. Najgorszy był jednak rok 1652 – nazywany „rokiem czarnej śmierci”, kiedy to epidemia spowodowała 400 tysięcy ofiar, czyli zabrała ze sobą praktycznie co 25 mieszkańca Rzeczypospolitej.

Z kolei epidemia dżumy, która zaczęła się w 1708 roku i trwała na Mazowszu trzy lata, w samej tylko Warszawie spowodowała śmierć 30 000 osób, przy liczbie mieszkańców wynoszącej 39 tysięcy. Żadna z tych epidemii, choć nie zachowały się źródła pisane, nie ominęła Sochaczewa oraz innych miejscowości naszego powiatu. Ślady tamtych tragicznych wydarzeń można jedynie odnaleźć w krajobrazie w postaci krzyży morowych, o charakterystycznej, dodatkowej poprzecznej belce. Jednak na terenie Sochaczewa żaden z nich nie przetrwał do naszych czasów. Dlatego trudno jest wskazać miejsca pochówków ofiar zaraz, które przetoczyły się przez miasto. A te musiały być gdzieś chowane. Prawdopodobnie na początku ofiary były grzebane na przykościelnych cmentarzach, czyli na Poświętnym i cmentarzu należącym do klasztorów Dominikanek i Dominikanów. Potem jednak ciała zmarłych grzebano zwykle poza miastem. Niewykluczone, że na terenie cmentarza należącego do kościoła św. Anny, który był położony mniej więcej na terenie znajdującym się pomiędzy budynkiem starej komendy, a ulicami Reymonta i 1 Maja. Czyli już poza ówczesnymi granicami miasta. Niewykluczone, że kurhany morowe znajdują się i w innych miejscach.

Zarobić na zarazie

Wraz z zarazami – z czym mamy również do czynienia i dzisiaj – pojawiali się ludzie, którzy próbowali na nich zarobić. Jak chociażby sprzedawcy różnego rodzaju cudownych leków, uzdrawiających relikwii czy talizmanów. Na zarazie próbowali dorobić się także grabarze. Ich praca była nie tylko niebezpieczna i ciężka, ale też słabo płatna. Co prawda na czas walki z pandemią otrzymywali od władz miasta „środki ochronne”: buty, ubrania, żywność oraz wódkę. Ta ostatnia miała służyć jako wewnętrzny środek dezynfekujący oraz jako lek uspakajający. Zakazano im natomiast przywłaszczania sobie przedmiotów zmarłych, które musiały być palone, albo chowane razem ze zwłokami. Karą za nieprzestrzeganie tego nakazu była szubienica. Jednak niewiele to pomagało, gdyż zwłoki były notorycznie ograbiane.

Mało tego. Niektórym grabarzom wcale nie zależało, aby zarazy wygasały. Tak było m.in. w 1711 roku w Lublinie podczas epidemii dżumy. Wtedy tamtejszy sąd skazał czterech grabarzy morowych za umyślne szerzenie dżumy w celu, jakbyśmy to dzisiaj nazwali, osiągnięcia korzyści materialnych. Podczas tortur zeznali, że: „trupią głowę rozbili i mózg wybrali, smarowali drzwi u kamienic i domów”. Sąd skazał ich na: „odcięcie przez kata obydwóch rąk, tak prawej, jak i lewej, uciąć następnie głowę, pochować na miejscu kaźni, a głowy ich, wbite na pal, razem z obciętymi rękami wystawić na drogach publicznych, zwanych rozstajnemi”.

Z kolei dwa lata wcześniej w Poznaniu podobna kara, za analogiczne przestępstwo spotkała tamtejszych grabarzy. Poznańscy „graficiarze” morowi nie tylko szerzyli zarazę. Oddawali się również pijaństwu, kradzieżom, rozpuście, ale i bezcześcili zwłoki.

 Zabójcza mizeria

W tamtych czasach zarówno poziom medycyny, jak i higieny był praktycznie na zerowym poziomie. Dlatego ludność terenów ogarniętych zarazą szukała ratunku w religii lub uciekała do lasów. Prawdopodobnie dzięki temu ostatniemu sposobowi uniknięto olbrzymich strat ludności podczas kilku epidemii, jakie nawiedziły Polskę, w tym i Sochaczew, za panowania Kazimierza Wielkiego.

Nie uciekano się jednak jedynie do modlitw czy skrywania w lasach. Z miast ogarniętych zarazą wypędzano bezdomnych, żebraków i nierządnice. Stosowano także cudowne leki. W przypadku cholery miał nim być „ocet czterech złodziei”, lek sporządzany z ziół. A kogo nie było na to stać, ratował się cebulą i czosnkiem, korą dębu czy rutą. Co prawda pod koniec XIX wieku nastąpił rozwój medycyny i wzrost higieny, ale niektóre porady podawane m.in. przez prasę w okresie epidemii cholery z 1892 roku są szokujące. Na przykład ilustrowany tygodnik dla kobiet „Bluszcz” radził, że aby ostrzec się zarażeniu, trzeba nosić w kieszeni: „krople miętowe, eter kamforowy, opium, spraw sobie laskę dezinfekcyjną, wąchaj kwas karbonowy, albo dziegieć, wystrzegaj się owoców, wszelakich przysmaków w rodzaju mizerii i ogórków kwaszonych”.

Z kolei podczas epidemii cholery w 1831 roku Rząd Narodowy zalecał „usunięcie się” od związku z innymi ludźmi oraz unikania publicznych posiedzeń. Natomiast lekarzom polecił stosowanie w walce z pandemią upuszczania krwi, np. było to przystawianie 12 pijawek dzieciom. Dodatkowo nakazywano trzymanie chorego w cieple oraz podawanie leku na cholerę. Ten składał się z 2 g kalomelu (chlorek rtęci), 1 g makowca oraz 10 g cukru.

Ogólnie jednak przekaz był taki – jak w przypadku epidemii hiszpańskiej grypy, która pojawiła się na ziemiach polskich w 1918 roku. Wtedy to Komisja dla Zdrowia Publicznego w Radzie Regencyjnej zalecała unikanie zgromadzeń oraz mycie rąk. Jednocześnie dodając: „Poza tymi wskazówkami innych środków ochronnych przeciw influency nie znamy i też ich pewnie szybko nie poznamy”.

Prawda, że brzmi całkiem współcześnie.

Jerzy Szostak

Fot.:   ks. Zbigniew Wypchło