Strona główna Kronika kryminalna Seks w ruinach zamku

Seks w ruinach zamku

1980
0
PODZIEL SIĘ

Ta informacja była nad wyraz pospolita. U podnóża ruin zamku w ciepłą majową noc mieszkaniec jednej z okolicznych gmin został napadnięty i okradziony z dokumentów, pieniędzy i zegarka. Rozboje w tamtych czasach zdarzały się dość często. Był to taki smaczek dla bywalców trzech lokalnych restauracji, którymi były „Mazowiecka”, „Malinka” i „Wicek” oraz dwóch pijalni piwa popularnie zwanych „Pastwowa” oraz „ Pod Dzwonkami”.
Gdy policja chciała znaleźć jakiegokolwiek człowieka z tak zwanego marginesu, to ze stuprocentową pewnością odnajdywała go w jednym z wymienionych lokali.
Podczas pierwszych zeznań złożonych przez poszkodowanego mężczyznę ustaliliśmy, że początek jego drogi zaczął się właśnie w restauracji u „Wicka” a następnie – zgodnie z regułami – po kolei odwiedzał inne restauracje, w każdej zamawiając coś do picia i na ząb. Oczywiście w każdej knajpie spotykał kolegów oraz poznawał coraz to nowych ludzi, którzy już po pierwszej secie zostawali jego najlepszymi przyjaciółmi. Czas upływał, w głowie szumiało. W zasadzie kolegów już nie bardzo był w stanie rozróżnić.
Tu opowieść troszeczkę zaczęła się rwać, ale – tak jak w puzzlach – mając kilka elementów można łatwo dopasować nowe. Pewne było, że restauracja „Malinka” była ostatnim z lokali, jaki odwiedził. Pewne było, że wyszedł z kolegami o imionach, których nie był w stanie sobie przypomnieć. Pamiętał dobrze, że chciał dostać się do taksówki, ale jakoś zabłądził i znalazł się koło ruin zamku. Tam dostał kilka razy z liścia i piąchy, gdy się obudził to nie miał już portfela i zegarka. Gdy trochę otrzeźwiał dotarł do komendy, stąd zabrało go pogotowie na badania i wykonanie obdukcji.
Oczywiście sprawa, jak zwykle trafiła do kryminalnych, Zatem ruszyliśmy w teren ustalić, gdzie mężczyzna bawił się podczas pobytu w naszym mieście i kto z naszych lokalnych spryciarzy dał mu po gębie i okradł go. Po kilku dniach chodzenia wokół sprawy mieliśmy listę osób, które tamtego feralnego dnia kontaktowały się z poszkodowanym i mogłyby być potencjalnymi sprawcami przestępstwa.
Gdy poszkodowany opuścił szpital, odwiedziliśmy go w domu, aby ustalić ostateczne okoliczności zdarzenia. Najbardziej interesowało nas, czy pamięta rysopisy lub imiona osób, z którymi przebywał bezpośrednio przed pobiciem. Wysiłek umysłowy spowodował dodanie kilku szczegółów do wcześniejszych zeznań a nam coraz bardziej zawężał się krąg osób podejrzewanych. Mając już dość poszlak, co do ewentualnego sprawcy, postanowiliśmy działać. Rano zatrzymaliśmy trzech mężczyzn, z których – po przesłuchaniu i okazaniu – dwóch zwolniliśmy, gdyż nie mieli istotnego związku ze sprawą. Natomiast trzeciego – po okazaniu, które oczywiście przeprowadzone było przez lustro weneckie – posadziliśmy przy biurku pracownika dochodzeniówki, gdyż został on rozpoznany, jako sprawca napadu. Także inne dowody wskazywały na jego w nim udział w pobiciu i kradzieży. Doszło do konfrontacji obu mężczyzn. Wówczas zauważyłem, że bezpośredni kontakt obu panów był jakiś inny od schematu poprzednich konfrontacji, w których uczestniczyłem. Nie mogłem ustalić, co jest nie tak, ale panowie unikali wzajemnie wzroku i nie zachowywali się jak sprawca i ofiara. Nie potrafiłem tego rozgryźć. Sprawcę rozboju aresztowano, gdyż miał on już na koncie kilka podobnych spraw. Sprawę zamknięto i przekazano do prokuratora a następnie skierowano ją z aktem oskarżenia do sądu.
Mnie w dalszym ciągu niepokoiła sytuacja podczas tej konfrontacji. Tam było coś nie tak i na pewno nie chodziło tu o strach pokrzywdzonego przed sprawcą. Postanowiłem jeszcze raz poczytać akta i gdy je analizowałem dostrzegłem to, czego nikt w trakcie wcześniejszego przeglądania akt nie zobaczył. Było bardzo prawdopodobne, że zachowanie tych dwóch panów w trakcie konfrontacji miało za cel ukrycie pewnego elementu prawdy, który dla obu z nich był niewygodny.
Podczas pierwszej rozprawy przed sądem, na którą – jako prowadzący czynności – byłem wezwany, sędzia poprosił mnie o opisanie działań policji na miejscu zdarzenia oraz podczas wstępnych kontaktów z poszkodowanym. Opisałem podejmowane działania i nadmieniłem o – istotnym z mojego punktu widzenia a całkowicie pominiętym podczas trwającego dochodzenia – wątku, który jako jeden z pierwszych pojawił się podczas ustalania informacji. Otóż, gdy poszkodowany mężczyzna dotarł do komendy był jeszcze pod wpływem alkoholu, był pobity zakrwawiony i umorusany ziemią. Jak zanotował policjant piszący notatkę z pierwszej rozmowy z mężczyzną, bełkotał on że go napadli i chcieli zgwałcić. To była ta informacja, która wzbudziła moje podejrzenie, co do przebiegu zdarzenia. Dalej sytuacja potoczyła się już inaczej Adwokat podejrzanego, powstał i poprosił sąd o utajnienie rozprawy ze względu na okoliczności sprawy, co też uczyniono.
W dalszej części rozprawy moje spostrzeżenia okazały się absolutnie słuszne. Nasz restauracyjny wędrowiec po wlaniu w siebie sporej dawki alkoholu zapragnął też kobiet. Tych chwilowo nie było, ale w zasadzie seks jest seks. Ale, gdy się nie ma tego co się lubi, to się lubi co się ma. Zamkowa góra miała być świadkiem męskiego seksu. Z seksu nic nie wyszło, ale przygotowania i gra wstępna ponoć się odbyła. Jako, że usługi seksualne – choć nielegalne z punktu widzenia prawa – wymagały stosownej zapłaty. O taką też zwrócił się sprawca zdarzenia, ale gdy jej nie uzyskał, to odebrał sobie, z nawiązką co chciał.
W przeszłości zapewne nieraz dochodziło na sochaczewskim zamku do scen dramatycznych i śmiesznych. Ale coś mi się wydaje, że takie amory zaistniały tam po raz pierwszy, czyli stały się to wydarzeniem historycznym.
Ireneusz Kisiołek