Strona główna Edukacja Rodzice nie chcą być nauczycielami

Rodzice nie chcą być nauczycielami

633
0
PODZIEL SIĘ

Zdalne nauczanie miało być panaceum na naukę w dobie pandemii. Jednak coraz bardziej powoduje konflikty rodzinne. Buntują się zwłaszcza młodsze dzieci, które dość mają siedzenia w czterech ścianach domu i słuchania poleceń przez komputer oraz rodziców w roli nauczyciela.

– ­ Moja córka jest bardzo żywym i pełnym temperamentu dzieckiem. Na co dzień we własnej skórze się nie mieści. Przymusowy areszt domowy działa na nią, jak płachta na byka. Jak to wytłumaczyć ośmiolatce? Buntuje się. Potrafi zawziąć się i siedzieć jak głaz przez dwie, a nawet trzy godziny. Stawia mi ultimatum – „Odpowiem na pytanie, jak pójdziemy do  lasu na spacer”. Nie rozumie zakazów i nie chce ich respektować. Irytuje ją, że nie może iść do koleżanki zza płotu – mówi Anna spod Sochaczewa, jedna z matek.

Coś za coś

Takich sytuacji, jak Anny jest znacznie więcej. Starsze dzieci łatwiej rozumieją ograniczenia niż maluchy. Córka Anny po prostu się obraża. Do czasów koronawirusa matka nie narzekała na swoje dziecko. Młoda wypełniała karnie wszystkie jej polecenia, uwielbiała chodzić do szkoły i dobrze się uczyła. Epidemia spowodowała, że córka Anny zmieniła się nie do poznania. Mama czasem musi się wykłócać, by jej ośmiolatka wykonała najprostsze zadanie.

­– Mój syn potrafi wkurzyć się przy kompie i wyłączyć nauczycielkę. „Co mi ona zrobi? No, co?” – pyta i ja nie wiem, jak się zachować. On uważa, że można kliknąć w klawiaturę i wyjść, bo nauczyciel nie ma wtedy nic do gadania. Pracuję z mężem i nie jestem w stanie nadzorować jego edukacji online, w czasie transmisji. Maciek mówi, że nauczycielka przynudza i nie zamierza tracić czasu. Jest ambitny. Tylko potem muszę wysłuchiwać jego nauczycielki, która skarży się na arogancję mojego syna. I co mogę zdziałać? Przecież nie zwolnimy się z mężem z pracy. Musimy utrzymać rodzinę – mówi matka 15-latka.

Jak zauważa wielu rodziców, zwłaszcza z terenów wiejskich, ich pociechy przyzwyczajone są do otwartego życia na świeżym powietrzu i obecne zakazy izolowania się w domach powodują, że dzieciaki wpadają w złość. Czasem potrafią uciekać z domu do pobliskiego lasu lub nad rzekę.

Skazani na internet

Ministerstwo Edukacji Narodowej właśnie kolejny raz wydłużyło termin zamknięcia placówek oświatowych. Nie zapowiada się też, aby do końca czerwca uczniowie wrócili do szkół. Nawet nie wiadomo, jak twierdzą niektórzy nauczyciele, czy szkoły wystartują we wrześniu. Zatem dzieci nadal są skazane na zdalną edukację w sieci. A taka nauka, dla większości z nich, jest zdecydowanie nudna i stresująca.

­– Moja Wiktoria mówi, że jest to do bani, bo nie ma towarzystwa koleżanek i kolegów. Nie można z nimi pogadać, poganiać na szkolnym podwórku. Ona mówi wprost, że nie chce się uczyć w takiej szkole, gdzie wszystko jest na ekranie. Ja sama też mam dość roli nauczyciela. Tym bardziej, że nie mam o tym zielonego pojęcia. Może 100 lat temu rodzice mogli sami edukować swoje dzieci, ale współczesny świat poszedł tak daleko o przodu, że to, czego uczą się nasze pociechy, jest dla nas kompletną abstrakcją. Nie potrafię rozwiązywać zadań z matematyki z moją córką, bo sama ich nie rozumiem. Więc jak mam nadzorować jej pracę. Nie mam do tego kwalifikacji. A tu wrzucono mi na kark nadzorowanie dziecka z kilku przedmiotów. To jest ponad moje siły – skarży się Magdalena, mieszkanka gminy Nowa Sucha.

Lekcja zdalna jest najbardziej stresująca dla dzieci nieśmiałych. Takie spostrzeżenia potwierdzają sami nauczyciele.

­– Dziecko może wszystko wykuć, ale bliski kontakt z nauczycielem online działa tak, że to nieśmiałe peszy się i wielogodzinne przygotowania idą na marne. Sieć nie sprawdza się też w przypadku starszych dzieci. Nie ma możliwości prawidłowej weryfikacji wiedzy. Okazuje się, że dzieci są bardzo pomysłowe i kiedy nie ma przy nich rodziców, to potrafią umieścić na obudowie laptopa ściągi. Ja tego nie widzę, a nastolatek odczytuje w mig. Uczniowie wypracowali sobie masę patentów, aby jak najmniejszym kosztem zaliczyć odpytywanie ­– zauważa jedna z nauczycielek z powiatu sochaczewskiego, zastrzegając anonimowość.

Jeszcze gorzej jest z pracami pisemnymi. Tu nagle okazuje się, że w czasie epidemii koronawirusa przybyło geniuszy.

­– Uczeń, który nie potrafił sklecić najprostszego tekstu, zaczyna pisać super wypracowania. Rozmowa z rodzicami nie rozwiązuje sytuacji, gdyż twierdzą, że autorem pracy jest ich synek lub córka. Nie mam możliwości udowodnienia, że tak nie jest, gdy dostaję tekst w pliku komputerowym. Uczeń zapiera się, że to jego praca, rodzice trzymają stronę dziecka, a ja wiem, że to dzieło napisał ktoś inny. Może sam rodzic. Po roku, czy dwóch wiem, czego mogę oczekiwać od swych wychowanków – stwierdza inna nauczycielka spod Sochaczewa.

Prawdziwy problem jest wtedy, gdy w rodzinie jest kilkoro uczących się dzieci. Wówczas któreś z rodzeństwa jest pokrzywdzone, bo zajęcia odbywają się z reguły przedpołudniami dla wszystkich grup wiekowych jednocześnie. Pojawia się zatem problem techniczny. Tego nikt nie przewidział.

Bogumiła Nowak

Fot. Pixabay