Strona główna Sochaczew miasto Każdy pacjent ważny? Czy tylko z wirusem?

Każdy pacjent ważny? Czy tylko z wirusem?

427
0
PODZIEL SIĘ

Pani Natalia, 30-letnia mieszkanka Sochaczewa, przeszła prawdziwą drogę przez mękę, prosząc o badanie lekarskie pod kątem zwykłej grypy. Jej stan uległ zaostrzeniu, zwłaszcza, że cierpi niemal od urodzenia na astmę oskrzelową. Obecna sytuacja epidemiologiczna spowodowała, że jej kuracja zamiast kilkudniowej dobije do prawie miesiąca. 30-latka nie wini służby zdrowia za ten stan, ale tych, którzy wymyślili skomplikowane procedury.

Jak mogę mieć pretensję do lekarzy i pracowników sanepidu. Oni starają się, jak mogą, ale niektóre przepisy spowodowały, że chory ma utrudniony dostęp do opieki medycznej. A przecież nie tylko jest covid, są też inne choroby. Nagle nie wyzdrowieliśmy i inne choroby nie znikły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie wszystkie choroby da się leczyć prostą teleporadą – mówi pani Natalia.

Medyczny tor przeszkód

Sochaczewianka całe życie cierpi na astmę. Często łapie infekcje. I tak było tym razem. 5 marca wyszła ze szpitala MSWiA na ulicy Wołoskiej w Warszawie, gdzie na specjalistycznym oddziale alergologii przechodziła kolejną kurację.

­– Już 10 marca dopadło mnie zwykłe przeziębienie. Często łapię je szczególnie wiosną. Zgodnie z zaleceniami odczekałam proponowane 3-4 dni przed kontaktem z lekarzem. Udało mi się telefonicznie umówić na wizytę. Jednak lekarz przepisał mi zwykłe leki przeziębieniowe, które na mnie nie działają i kazał je stosować – mówi pani Natalia.

Weekend był dla niej horrorem. Przeziębienie się pogłębiało. W poniedziałek 16 marca pani Natalia skontaktowała się z lekarzem, mówiąc, że stan jej pogorszył się. Lekarz, jak zaznacza kobieta, kazał dalej brać leki i wypisał jej zwolnienie do 22 marca. Noc z 21 na 22 marca była dla niej bardzo ciężka. Nasiliły się objawy astmatyczne. Zadzwoniła na przyszpitalną przychodnię w Szpitalu Powiatowym w Sochaczewie.

­– Stwierdzili, że mnie przyjmą, jeśli sanepid wyrazi zgodę. Zadzwoniłam więc do sanepidu. Pani była bardzo konkretna i odpowiedzialna. Potwierdziła moje spostrzeżenia, że to nie wirus, tylko zwykłe przeziębienie. Dała numer do lekarza. Jednak przez ponad godzinę nie mogłam się dodzwonić. Zadzwoniłam ponownie do sanepidu i dostałam zgodę na pójście do szpitala. A tam naskoczyli na mnie z krzykiem, że trzeba będzie po mnie całą przychodnię dezynfekować. Oberwało się też pani z sanepidu przez telefon. A przecież to zwykłe, choć ciężkie przeziębienie, które zaostrzyło mi astmę – dodaje pani Natalia.

Pielęgniarki zmierzyły temperaturę. Nie miała jej, bo termometr wskazał tylko 36,5 stopni. Pacjentka dostała jednak zlecenie, aby jechać do szpitala zakaźnego.

­– Znów zadzwoniłam do sanepidu z pytaniem, co mam robić? Nie mam pozytywnego wyniku na koronawirus, a mogę się zarazić takimi wędrówkami. Zapytałam, co robić, gdy potrzebuję doraźnej pomocy na astmę. Pracownicy sanepidu nie mogli sami podjąć decyzji. Skontaktowali się z Narodowym Funduszem Zdrowia. Wywalczyłam rozmowę z lekarzem po interwencji z NFZ. Zaznaczyłam im, że nie mogę przecież sama brać sterydów i potrzebuję z lekarzem ustalić ich dzienną dawkę. Przy tych lekach nie może być samowolki, wiem to, gdyż leczę się nie od dziś ­– zaznacza pani Natalia.

Wizyta w zakaźnym

W końcu zobowiązano mnie do wyjazdu do szpitala na Wołoską. I tu konfrontacja. Okazało się, że taki pacjent jak ja, nie jest wyjątkiem. Podobno zwykłych przeziębień mają po 150 dziennie, przysyłanych przez szpitale powiatowe. Wyjaśniłam lekarzom, że z nikim, kto przyjechał z zagranicy, nie miałam kontaktu, nigdzie nie chodzę, siedzę w domu, nikt obcy mnie nie odwiedza. W dokumentach ze szpitala w Sochaczewie wpisano, że mam gorączkę i duszności. Jednak lekarze z Wołoskiej tego nie potwierdzili. Dla świętego spokoju, abym się nie bała i uniknęła stresów, zdecydowali się wykonać mi test na covid i stwierdzono, że nie mam zakażenia. Uznali mnie za zdrową i taka opinia dotarła do sanepidu w Sochaczewie – opowiada pani Natalia.

Pani Natalia jest spokojna, bo leki zaczęły już działać. Ma tylko trochę żalu o to, że procedury spowodowały, że zamiast chorować trzy dni, będzie leczyć się ponad trzy tygodnie. Uważa, że zapewne szpital w Sochaczewie nie ma zbyt dobrego zabezpieczenia na wypadek wirusa i stąd obawiają się ewentualnych zagrożeń. Nie dziwi się jednak obawom lekarzy. Z drugiej strony pracownicy szpitala zakaźnego na Wołoskiej zadbali o jej poczucie bezpieczeństwa. Kazali też jak najszybciej wracać do domu, aby nie złapała zakażenia, które może w jej sytuacji zdrowotnej grozić nawet utratą życia.

­– To nie ja spanikowałam, gdyż na astmę choruję od lat i znam jej schemat i przebieg. Znam objawy choroby i wiem co robić, aby ją zneutralizować Na wypisie szpitalnym mam wyraźnie zaznaczone, że mam astmę oskrzelową z zaostrzeniem objawów i wskazana była wizyta i typowe badanie. Co w końcu wywalczyłam. Nie chciałam brać leków bez badania i bez określenia ścisłych dawek – dodaje sochaczewianka.

Liczy też na to, że ktoś odpowiedzialny przemyśli sytuację i zastanowi się nad procedurami, które zamiast chronić pacjentów, stwarzają takie sytuacje jak jej i narażają na długotrwałe korowody medyczne, co odbija się niekorzystnie na zdrowiu.

­– Moje uznanie przekazuję pracownicom sanepidu w Sochaczewie, które w sposób bardzo profesjonalny i pełen empatii zadbały o mnie. Nawet po godzinach pracy ze mną się kontaktowały i pilotowały mnie. Dziękuję też wszystkim lekarzom za to, co zrobili dla mnie i ratowania mego zdrowia w tym trudnym momencie. Nikogo nie chcę krytykować w sytuacji epidemii, ale chyba warto się zastanowić nad tym, że nagle nie wyzdrowieliśmy z innych chorób i nie został sam tylko koronawirus do leczenia. Nadal są pacjenci, którzy oczekują pomocy bezpośredniej w swych ciężkich schorzeniach. Oby na skutek procedur nie doszło do sytuacji, że przed jakimkolwiek szpitalem pacjent z zawałem umrze, czekając na pomoc i spełnienie wszystkich procedur – podsumowała pani Natalia.

Bogumiła Nowak

fot.pixabay