Strona główna Kronika kryminalna Gangster osaczony w puszczy

Gangster osaczony w puszczy

833
0
PODZIEL SIĘ

Były to czasy naprawdę niebezpieczne. Wokół nas toczyła się wojna z bandytami. Wojna ta była prawdziwa. Codziennie otrzymywałem biuletyn z wydarzeń, jakie miały miejsce na terenie Mazowsza. Nie było tygodnia, aby w biuletynie nie informowano o kradzieżach samochodów ciężarowych, popularnie zwanych tirami.

Kamień spadał nam z serca, gdy złodzieje kradli tiry z parkingów i nikomu nic się nie przytrafiało, ale coraz częściej rabusie stawali się bandytami. Nie czekali, aż kierowca zatrzyma się na postój. Opatentowali metodę napadów nazwaną przez nas popularnie „na koło”. Przestępcy przebijali w różny sposób opony w samochodzie, i gdy kierowca zatrzymywał się na poboczu i dokonywał naprawy, czekali w pobliżu. Gdy samochód był już sprawny, bandyci atakowali kierowców i wywozili ich do lasów, gdzie przywiązywali do drzew i tak pozostawiali. W wielu przypadkach kierowcy uwalniali się sami z więzów po kilku godzinach. Jednak byli też tacy, którzy przez ponad dobę czekali, aż ich ktoś odnajdzie. Niektórych niestety nikt nie potrafił znaleźć, a więzy były zbyt mocne. Osoby te zostały zamęczone na śmierć.

Najwięcej napadów na samochody ciężarowe miało miejsce na terenie województwa mazowieckiego i dlatego właśnie w tym województwie powołano specjalną grupę policjantów, która miała za cel ustalenie sprawców napadów i ich zatrzymanie.

Pamiętam, że po pewnym czasie – od powstania tej grupy – spotkałem się z policjantami delegowanymi do pracy właśnie przy sprawach tirów, i odbyliśmy ciekawą rozmowę. Zasugerowano mi, że główny trzon bandyckiej grupy znajduje się w Sochaczewie. Pomyślałem o tym trochę i przyznałem im rację, co więcej, wskazałem, które osoby biorą w tym udział. Gdy zapytali mnie, dlaczego ich nie zatrzymuję, odparłem krótko:  – Nie mam dowodów.

 Poza tym, dziwnym zbiegiem okoliczności, grupa ta dokonywała napadów poza obrębem powiatu sochaczewskiego.

Wytłumaczyłem kolegom, że z każdym z wymienionych wcześniej przestępców rozmawiałem, i poprosiłem ich, aby nie kradli na naszym terenie, bo będę musiał ich zamknąć w więzieniu. Oni obejrzeli mapę powiatu i solennie mnie zapewnili, że są porządnymi ludźmi i nigdy nie splamili sobie rąk jakimkolwiek nielegalnym działaniem, ale że mnie bardzo lubią, wezmą pod uwagę moje sugestie co do tego, jakie mamy granice powiatu.

Policjanci z województwa nie bardzo chcieli na początku wierzyć, że ten patent zadziałał, ale fakty były nie do podważenia.  Tiry ginęły w Błoniu, Żyrardowie, Wyszogrodzie i innych granicznych miejscowościach naszego powiatu. Zaś w Sochaczewie kradzieże były sporadyczne.

Przełomem w podejściu do sprawy było rozzuchwalenie się grupy na naszym terenie. Bandytom nie przyszło do głowy, że ktokolwiek może im zaszkodzić. Tymczasem tir z czajnikami i innym sprzętem AGD zginął z ulicy Pokoju, ciężarówka  z dywanami w Brochowie, tir z kuchenkami mikrofalowymi na ulicy Żyrardowskiej. Tym sposobem nieformalne porozumienie pomiędzy bandytami a mną zostało złamane.

Do pracy przystąpiłem razem z podległymi mi pracownikami sekcji operacyjnej policji kryminalnej, i po dwóch miesiącach niemal katorżniczej pracy, i wykorzystaniu wszystkich możliwych metod operacyjnych, wiedziałem, że mogłem działać.

W związku z faktem, iż grupa ta składała się z kilku mieszkańców Sochaczewa – ale też w jej składzie byli mężczyźni zamieszkali w Pruszkowie, Warszawie i Ożarowie – musieliśmy operacje skoordynować z innymi jednostkami. Poprosiliśmy o spotkanie z naczelnikiem wydziału do spraw terroru drogowego w województwie i przedstawiliśmy nasz plan. Wrażenie, jakie wywarliśmy na tym policjancie, było tak silne, że nie uwierzył nam. Byliśmy na to przygotowani i przekazaliśmy mu adres w Nadarzynie z prośbą, aby wysłał tam kilku ludzi i zobaczył, co znajduje się w magazynie jednego z gospodarstw. Z racji tego, że był to prawdziwy glina z krwi i kości, nie odrzucił propozycji. Następnego dnia wysłał tam policjantów wojewódzkich celem sprawdzenia informacji. Rano do Nadarzyna z Sochaczewa musiał pojechać technik kryminalistyczny i kilkunastu policjantów do ochrony odnalezionych w magazynach kuchenek mikrofalowych z napadu na tira przy Żyrardowskiej. Na posesji ujawniono też linię produkcyjną papierosów. Informacja była trafna i naczelnik zgodził się na nasz plan. Działania trwały tydzień. Najpierw weszliśmy do budynków w Chodakowie, gdzie całe mieszkania były zawalone towarami z tirów. Obok pudełek leżał policyjny mundur i pistolet. Następnego dnia rano byliśmy już w Błoniu, gdzie w przestępczej dziupli odnaleźliśmy dwa skradzione tiry i sporą część towaru z napadów. Jeszcze nie zakończyły się działania w Błoniu, a już jechaliśmy na dziuplę do Bronisz. Tam, wśród innych fantów, odnaleźliśmy pochodzący z włamania m.in. telewizor jednego z posłów.

Gdy zabezpieczyliśmy wszystkie dowody – w dziuplach i magazynach usytuowanych wokół Sochaczewa – wówczas  nadeszła pora na zatrzymanie rabusiów. Zatrzymań dokonywaliśmy w nocy, gdyż dziwnym trafem wszyscy podejrzani wychodzili z mieszkań o drugiej w nocy. Grupa była nieźle uzbrojona, odnaleźliśmy nie tylko broń i amunicję, ale również granaty zaczepne.

Problemem stał się jednak fakt, iż jeden z szefów grupy, który mieszkał w Pruszkowie, zapadł się pod ziemię. Aby komplet bandytów trafił do „pierdla”, musieliśmy się jeszcze raz sprężyć. Okazało się, że poszukiwany pruszkowiak pobudował sobie dom w lesie, a dokładnie w Puszczy Kampinoskiej, i tam się ukrywa. Przez kilka dni moi koledzy siedzieli na drzewach w lasach otaczających dom, ale dzięki ich pracy udało się uzyskać taką sytuację, że nawet gdy podczas zatrzymania usiłował uciekać w las, to tam też byli policjanci.

Wyroki zapadały bardzo wysokie, a co do niektórych nie spodziewam się, aby wyszli z więzień za mojego życia.

Rozbicie tej grupy, która terroryzowała całe Mazowsze, zostało docenione przez przełożonych. Postanowieniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej 4 lipca 2004 roku otrzymałem Zloty Krzyż Zasługi, gdyż pewnie w sposób szczególny zasłużyłem się dla państwa Polskiego i polskich obywateli, a także dla mojej małej ojczyzny, Sochaczewa i jej mieszkańców, którym służyłem wiernie przez ćwierć wieku. Ku chwale ojczyzny!

Ireneusz Kisiołek