Strona główna Sochaczew miasto Jesteśmy manufakturą, ale nie fabryką

Jesteśmy manufakturą, ale nie fabryką

377
0
PODZIEL SIĘ

Z Violettą Gzik-Janiak, właścicielką Piekarni Gzik w Sochaczewie rozmawia Bogumiła Nowak

Rzemiosło w Sochaczewie i cechy rzemieślnicze mają bardzo długą historię i współczesny Cech Rzemiosł jest chlubnym kontynuatorem tych tradycji.

To prawda. Nawet nazwa miasta Sochaczew nawiązuje poniekąd do rzemiosł. Jak głosi legenda nazwa ta powstała od narzędzia rolniczego, które nazywa się socha. Choć inni twierdzą, że socho to określenie długiego nosa.

Sochaczew swój dynamiczny rozwój przed wiekami zawdzięczało rzekom – Bzurze, Utracie i Pisi, urodzajnym czarnoziemom i skrzyżowaniu się szlaków handlowych biegnących z południa na północ, ze Śląska na Ruś oraz Prusy. Także pomocna była żegluga na Bzurze i Wiśle, którymi spławiano towary nad morze.

Informacje o tym, kiedy powstała tu osada targowa, sięgają XI wieku. Przez dwa stulecia nic specjalnego się nie działo i dopiero w XIII wieku rozwijająca się gospodarka wiejska dostarczająca nadwyżek płodów rolnych, spowodowała społeczny podział miedzy wsią a miastem i pojawienie się rzemiosła i cechów rzemieślniczych w Sochaczewie. W tym czasie powstał gród, którego celem była obrona ludności, w tym sporej już grupy rzemieślników i kupców. Wtedy też osiedlił się zakon dominikanów.

Kiedy w 1364 roku uzyskał prawa miejskie był poza granicami Królestwa Polskiego. Dopiero w 1476 miasto to zostało przyłączone do Korony. Koniec wieku XV i cały XVI wiek są okresem świetności gospodarczej miasta. Sochaczewscy sukiennicy, kupcy i rzemieślnicy otrzymali od króla polskiego przywilej wolnej sprzedaży na jarmarkach lubelskich oraz na Rusi. Przywilej Zygmunta I, króla Polski z 1521 roku zaznacza, że w Sochaczewie działały wtedy 22 bractwa cechowe. Zanotowano 211 rzemieślników w 13 specjalnościach. To już samo za siebie mówi, jak wtedy mocny był rozwój rzemiosła w naszym mieście.

Czym zajmowali się w tym czasie rzemieślnicy?

To byli rzemieślnicy takich specjalności jak: sukiennicy, ślusarze, kowale, czapnicy, złotnicy, nożownicy, blacharze, miecznicy, musztukarze, stolarze, pannicy, kołodzieje, stelmachowie, bednarze, stolarze, rusznikarze, łucznicy, iglarze, kobierniczy, batożnicy, tkacze, postrzygacze, kotlarze, cieśle, szewcy i rzeźnicy. Większość z tych specjalności już zanikła. Do współczesności zachowali się piekarze, krawcy i piwowarowie, a także znikoma ilość zdunów. Trudno w to uwierzyć, ale w Sochaczewie mieście, w które było znacznie mniejsze niż obecnie, było 60 piekarzy, 39 krawców, 24 sukienników sukienników 20 kuśnierzy. Nasze miasto słynęło z produkcji sukna tak wysokiej klasy, że nie ustępowano ono jakością tego powstającego na Zachodzie. Co do piekarzy, to ten cech wynikał z dużego ruchu przejazdowego i rozwoju okolicznych folwarków mających spore nadwyżki finansowe. W 1549 roku August, król Polski, zatwierdził prawo pobierania myta, czyli podatku dla wjeżdżających do miasta. W tym czasie zbudowano też most na Bzurze. W połowie XVII wieku nastąpiło załamanie gospodarki. Nastąpił wtedy upadek sukiennictwa. Na rzemiośle i handlu odbiło się tzw. morowe powietrze, czyli groźne epidemie dziesiątkujące ludność kraju. Nie be znaczenia były dwa wielkie pożary z 1618 i z 1644 roku. Reszty zniszczenia dokonał najazd Szwedów w1655-57 roku. Sochaczew został wtedy doszczętnie zniszczony, a następnie wojska Rakoczego. W 1661 roku tylko 13 mieszczańskich domów na terenie miasta było zamieszkałych.

Przełom gospodarczy nastąpił dopiero od XVIII wieku, kiedy miasto odżyło.

Jednym z charakterystycznych zjawisk tego okresu był wzrost ludności żydowskiej. W 1793 roku na 1152 mieszkańców było 997 Żydów. Do minowali oni również w handlu i rzemiośle. Jeśli chodzi o gospodarkę, to na początku XIX wieku było 123 rzemieślników 18 specjalności.

Na 132 istniejące wtedy sklepy, tylko 4 były polskie. W 1902 roku na 144 zakładów rzemieślniczych połowa była w rękach żydowskich. Po pierwszej wojnie światowej Sochaczew był prawie w całości zniszczony. W okresie dwudziestolecia międzywojennego, odrodzenia Polski po rozbiorach odżywało stopniowo miasto i rozbudowywało się rzemiosło.

Jeszcze przed wojną, w 1907 roku, powstał pierwszy cech szewców z własnym sztandarem. Powstawały nowe cechy. W 1929 roku powstał cech piekarzy w ramach Związku Rzemieślników Chrześcijan. Zatem w tym roku przypada okrągła rocznica powstania.

Czy zatem planowane są jakieś uroczystości rocznicowe z tej okazji?

Niestety nie. Nie ma z kim tego zrobić. Po prostu brak chętnych, by zająć się tym jubileuszem. To może zaskakujące, że w wielu innych krajach Europy takich jak Niemcy, Włochy, Francja, czy Norwegia tradycyjne rzemiosło odżywa i zaczyna się rozwija. Nawet te specjalności, które z upływem lat zaginęły starają się reaktywować. U nas w Sochaczewie niestety rzemiosło zaczyna zanika. A nawet w innych regionach Polski znacznie więcej dzieje się w branży rzemieślniczej. To smutne, że ginie tradycja.

Jest to chyba charakterystyczne dla ostatnich lat?

Po drugiej wojnie światowej mimo trudności pojawiło się tzw. zielone światło dla rzemiosła i nastąpił jego dynamiczny rozwój. Powstały nowe zawody, niektóre zanikały z powodów takich, że przestały być przydatne. W latach sześćdziesiątych rzemieślnicy, mimo nienajłatwiejszej sytuacji wybudowali swą siedzibę – Dom Rzemiosła przy ul. Żeromskiego, który do dziś istnieje. Także w tym czasie był odbudowywany kościół. Większość prac przy budowie kościoła, a także Domu Rzemiosła była wykonywana własnymi siłami społecznie. Jako uczeń przy plantowaniu terenu pod kościół od strony Bzury pracował miedzy innymi Witold Antuszewicz, obecny prezes Cechu w Sochaczewie, jeden z najbardziej zasłużonych rzemieślników w mieście. W tamtych czasach sochaczewskie rzemiosło było bardzo prężne. Cech Rzemiosł Różnych miał ponad 850 członków. Głównie byli to fryzjerzy, golarze, piekarze, kowale, krawcy, ślusarze mechanicy i cukiernicy. Powoli jednak kończyła się era dorożkarzy, kowali, ślusarzy i rymarzy. Przestawali być oni potrzebni. Zaskakującym było to, że Sochaczew był uznany za miasto fryzjerów. Było ich bardzo dużo w mieście i to różnorodnych specjalizacji. Po drugiej wojnie światowej jednak rzemieślnicy zmagali się z ogromnym problemem materiałów i surowców do produkcji, wszystko było wydzielane i limitowane. Reglamentacja utrudniała prowadzenie zakładów i wszelkiej działalności. Jednak pomimo tych trudności rzemiosło dawało sobie jakoś radę i zapewniało niezbędne produkty i usługi do życia mieszkańcom miasta i okolic.

A jak obecnie ocenia Pani poziom działania rzemieślników i ich możliwości produkcyjne?

Cóż można powiedzieć. Z roku na rok jest coraz gorzej. Przykro stwierdzi, ale w III Rzeczypospolitej, na skutek braku obligatoryjności Cech stacza się i powoli upada. Na przełomie 2014 – 2015 roku miał ponad 80 członków. Dziś jest to już tylko około 65 zrzeszonych w cechu i ciągle jest tendencja spadkowa. Starych odchodzących rzemieślników nie ma kto zastępować. Nie ma zastępowalności w tych zawodach, które jeszcze nie tak dawno były i wpływały na dynamikę rozwoju rzemiosła. Ważne jest, aby młodzi wchodzili do zawodu. Jest konieczność szkolenia. Ja bardzo zabiegam o uczniów.

Pani prowadzi jedną z najstarszych piekarni w mieście. Czy zakład przetrwa w tej sytuacji, jaka jest obecnie w rzemiośle?

W naszej rodzinie tradycja piekarniczo – cukiernicza ma prawie 100 lat. Mój dziadek zajmował się piekarnictwem i tata też. Pod koniec lat sześćdziesiątych tata kupił lokal od rodziny Gruberskich, którzy też prowadzili piekarnię. Ja, jako jedna z czterech sióstr podjęłam się tego zawodu. Na pewno nasza piekarnia nie zniknie z krajobrazu miasta. Moje dzieci, czego jestem pewna poprowadzą ten zakład dalej. Córka Klaudia, choć z zawodu jest radcą prawnym, to ma duży sentyment do piekarnictwa. Ma uprawnienia czeladnicze, a po świętach zamierza zdawać egzamin mistrzowski. Syn Tomasz jest czeladnikiem, a drugi syn, Paweł jest mistrzem piekarnictwa, i ma w planach zdobycie uprawnień czeladniczych z cukiernictwa. Wnuczek też lubi tu wpadać i patrzeć jak powstają nasze produkty.

Jesteśmy chyba   jedyną piekarnią w Sochaczewie, która zajmuje się tradycyjnym wypiekiem pieczywa i słodyczy. Nie stosujemy żadnych polepszaczy i mieszanek. Produkujemy żywność z nastawieniem na ekologię i żywność biotoniczną, która jest bardzo zdrowa i właściwa dla naszego organizmu.

Duże firmy i korporacje nie stanowią dla nas konkurencji, ponieważ my nie pretendujemy do bycia fabryką, wielkim wyzwaniem i chlubą jest dla nas za to prowadzenie manufaktury. Większość prac wykonywanych jest ręcznie. Nie posiadamy żadnej mechanicznej linii produkcyjnej, więc właściwie wszystkie nasze wyroby podczas procesu produkcyjnego przechodzą przez ręce cukierników czy piekarzy. Za przykład mogą posłużyć tu świąteczne ciasta – jajeczka. Są ręcznie produkowane i dekorowane. Nie ma możliwości ich fabrycznego wykonywania.

Staramy się cały czas kształcić uczniów. Trudno mi powiedzieć, ilu przez 30 lat mojej pracy wykształciłam uczniów. Mój tata dostał nawet w 2005 roku Złotą Odznakę za kształcenie uczniów. Wszyscy pracownicy, którzy obecnie pracują w naszej piekarni, zaczynali u mnie swą edukację zawodową. Do niedawna pracował nawet pan, którego jako ucznia przygotowywał do wykonywania zawodu mój dziadek. Mamy w naszym zakładzie trzech mistrzów cukiernictwa i dwóch piekarnictwa.

Czy mimo obecnego kryzysu rzemiosło ma jakąś przyszłość?

Jeśli zostaną spełnione określone warunki, to uważam, że ma ono przyszłość. Przecież stale brakuje nam szewców, krawcowych, zegarmistrzów, stolarzy… To potrzebne zawody i trzeba zrobić wszystko, by odżyły. Trzeba postawić na rozwój rzemiosła. Warto, by jak niegdyś rozwijało się dynamicznie,. Przecież polskie papiery czeladnicze i mistrzowskie są honorowane w całej Unii Europejskiej. A my cały czas kształcimy i staramy się edukować nowych rzemieślników i jest to nasz priorytet.

Jakie są największe sukcesy Państwa firmy?

Dwa lata pod rząd zdobyliśmy Laur Marszałka Województwa Mazowieckiego. Raz za pączki, a drugi raz za sernik. Teraz mamy nominację marszałka województwa na XVI edycję Ogólnopolskiego Programu Rozwoju Polskich Produktów Agropolska.

Od zeszłego roku należymy do Sieci Dziedzictwa Kulinarnego Mazowsza. Nasze produkty można znaleźć nie tylko w Sochaczewie. Trafiamy też na inne rynki. Jeździmy z promocją naszych wyrobów po jarmarkach i kiermaszach. Zajmujemy się produkcją proekologiczną i w związku w tym, co roku jesteśmy obecni na Targach w Norymberdze. Staramy się tam złapać nowe kontakty handlowe, poznać nowe, dobre towary i produkty.

Praca, wyjazdy, a zwłaszcza w sezonie przedświątecznych, zajmuje Pani sporo czasu.

Okres przed świtami jest szczególnie trudny i wymaga niesamowitego wręcz mistrzowskiego skoordynowania działań. Trzeba w tym czasie pracować od rana do późnego wieczora, a czasem nawet w nocy. Mimo ogromnego zaangażowania w prowadzenie firmy i kultywowanie rodzinnych tradycji, potrafię znaleźć czas na spotkania z wnukiem, odpoczynek i swoje pasje. Moim konikiem jest krawiectwo i ogrodnictwo. Wykonuje tzw. recykling i na przykład ze starych jeansów szyje plecaki wykończone haftami. Potrafię uszyć sobie niemal wszystko. W wolnych chwilach pielęgnuję należący do mnie ogród. Mieszkam kilkanaście kilometrów od Sochaczewa w otulinie Puszczy Kampinoskiej i bardzo cenie sobie kontakt z naturą. Często czerpię z niej inspirację.

Ostatnio wpadłam na pomysł, aby wykonywać specjalne ciasteczka dla psów. To coś w formie recyklingu produktów – proekologiczne i służyć przede wszystkim ograniczeniu marnowania żywności. Pierwsze próby wykazały, że jest to dobry pomysł. W rodzinie mamy aż 13 piesków, które z wielkim apetytem testowały próbki.

Na swoje przyjemności i relaks nie mam jednak zbyt wiele czasu. Praca rzemieślnika nie jest łatwa i wymaga sporo zaangażowania. Bez jednak niej nie wyobrażam sobie życia.

Dziękuję za rozmowę i życzę realizacji wszystkich planów oraz samych sukcesów.