Strona główna Powiat Nie opuścili go aż do śmierci

Nie opuścili go aż do śmierci

217
0
PODZIEL SIĘ

Jak ważne są pomoc i wsparcie nie tylko rodziny, przekonała się Elżbieta Konarska z Wymysłowa, matka 31-letniego Mariusza. Jej syn zmarł niedawno na raka, po 5 latach walki z chorobą. Jednak zawsze mógł liczyć na kolegów i przyjaciół. Ci, nie tylko pomagali mu, ale też byli cały czas obecni przy nim, wspierali dobrym słowem i uśmiechem. Byli z nim do końca.

– Syna pochowałam w październiku 2018 roku. Miał tylko 31 lat. Kiedy skończył 25 lat, wyjechał z kraju, nie mogąc znaleźć pracy. Niedługo cieszył się w tym dalekim świecie nowymi możliwościami i nowym życiem, które zaczęło mu się układać. Miał tam w Hiszpanii narzeczoną, Selianę. Podstępna choroba go zaatakowała. Okazało się, że ma guza mózgu – glejaka. Wrócił do domu. Pamiętam, gdy zapytał mnie – mama, dlaczego? Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć na to pytanie – mówi Elżbieta Konarska, wspominając początki choroby syna.

Walka każdego dnia

W ciągu 5 lat walki z rakiem Mariusz przeszedł trzy operacje głowy, dwie chemioterapie, dwie radioterapie. Walczył każdego dnia, by żyć. Nawet jako chory próbował pracować, lecz pojawiające się ataki padaczki uniemożliwiały mu to. Jak dodaje jego mama, wierzył w sukces terapii. Tym bardziej, że prawie przez cały czas choroby zachował sprawność umysłu i dobrą kondycję.
– Koledzy i przyjaciele – Zdzisław, Paweł, Marcin, Łukasz, Emil, Mateusz, Michał, Adam oraz bracia Artur, Kamil, Piotrek, a także bratowa Justyna i mały bratanek Ignaś byli zawsze obecni przy nim. Nie mogę zapomnieć o jego narzeczonej Selianie i Milenie, narzeczonej Artura. Też cały czas wspierały go – dodaje Elżbieta Konarska. – Pierwszą operację Mariusz przeszedł w Grodzisku Mazowieckim. Kolejne dwie już w Hiszpanii. Tam mieszkał jego przyjaciel Zdzisław, z którym w 2012 roku wyjechał do pracy. Ten kolega był zawsze na jego wezwanie i zawsze mu pomagał w każdej sytuacji. Seliana zamieszkała razem z nim i cały czas ofiarnie opiekowała się Mariuszkiem. Brat Artur przyjeżdżał do nich, jak tylko mógł wyskoczyć, by im pomagać.
Gdy zawiodły kosztowne kuracje, Mariusz mimo walki i wsparcia nie dawał już rady, choć walczył z uporem. Jednak rosnący guz powodował coraz większy ucisk i częstsze ataki padaczki.
Elżbieta Konarska dodaje, że najwięcej miłości i przyjaźni jej syn doświadczył właśnie w ostatnim roku swego życia. Choroba nie pozwalała mu już samemu jeść i chodzić. I wtedy koledzy i przyjaciele cały czas byli przy nim, dbając o niego i ułatwiając mu życie.
– W końcu Zdzisław razem z Selianą, aby go ratować, zdecydowali, żeby zawieźć go do Hiszpanii. Pojechali tam samochodem, który Zdzisław pożyczył od Marcina. Koledzy z całej okolicy na ten cel zorganizowali zbiórkę pieniędzy. Miało wystarczyć na jego wyjazd, kurację i pobyt – wspomina matka.

Byli z nim do końca

Jednak Mariusz po miesiącu kuracji wrócił. Nie było już możliwości ratunku. Rak atakował go coraz bardziej. W szpitalu przyjaciele i bracia na zmianę przy nim czuwali.
– Trzymali wartę przez całe dnie, aż do późnej nocy. Na każdą moją prośbę byli. Zawozili zawsze do lekarza, wyprowadzali na spacery na wózku, choć to wszystko trwało bardzo krótko. Choroba atakowała tak szybko, tak szybko i coraz silniej – mówi ze łzami w oczach mama Mariusza. – Bracia, Artur, Kamil i Piotrek karmili go na zmianę, podawali mu leki. Nie był sam w tak ciężkiej chorobie. Dziękuję wszystkim za poświęcenie, za czas poświęcany Mariuszkowi. Ciężko by było nam samym poradzić sobie. Tak bardzo mi pomogli i dali mu swój czas i swoją przyjaźń. Było mu łatwiej znieść tę ciężką, śmiertelną chorobę.
Elżbieta Konarska nie ukrywa też, że wdzięczna jest wszystkim mamom tych jego kolegów i przyjaciół. Jej zdaniem pięknie wychowały swoich synów i nauczyły wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka.
– Przez cały czas choroby modliłam się o jego uzdrowienie. Niestety przegrałam i przegrał mój syn. Jest w niebie. Po śmierci synka odprawiane były msze w jego intencji. Tu też nie zawiedli. Z modlitwą za Mariuszka przychodzili również rodzice kolegów, znajomi i oczywiście rodzina. A trwało to przez dwa miesiące od jego śmierci. Dziękuję za to poświęcenie, za miłość, za słowa pociechy, jakich doznałam w tym ciężkim dla mnie czasie choroby i śmierci syna – dodaje wzruszona pani Elżbieta.
Na koniec życzy tym, którzy okazali jej tyle uczucia, życzliwości i pomocy, aby zawsze cieszyli się łaską i pomocą Boga i aby na zawsze pozostali takimi, jakimi są: pełnymi otwarcia i oddania na potrzeby innych ludzi. By umieli dzielić się zawsze sercem, tak jak to robią dotąd.
Bogumiła Nowak

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNie tylko o miłości
Następny artykułZima nie straszna