Strona główna Kultura Lubię śpiewać ballady i poezję

Lubię śpiewać ballady i poezję

427
0
PODZIEL SIĘ

Z Mariuszem Winnickim rozmawia Tomasz Ertman

 Mariusz Winnicki jest znany przede wszystkim jako wokalista i gitarzysta grupy Classic. Jednak nie tylko disco-polo jest dziedziną, w której odnosi sukcesy. Artysta podjął nowe wyzwanie i nagrał swoją pierwszą solową płytę. Niebawem ukaże się ona na rynku pod tytułem „Przystanek miłość”. Okazję tę wykorzystałem, przeprowadzając z popularnym „Winerem” rozmowę.

Czy muzyka była twoją pierwszą i jedyną miłością?

Pierwszą pewnie tak, bo zaczęła się już w przedszkolu. Ale czy jedyną? Hm, no cóż młodość ma swoje prawa. Muszę przyznać, że nie byłem tak całkiem wierny muzyce. Jako chłopak kochałem się też w dziewczynach. Czasem z wzajemnością, czasem nie. Ale prawda jest taka, że to muzyka przewija się przez całe moje życie i jestem z nią bardzo mocno związany.

Czy pamiętasz, kiedy po raz pierwszy wziąłeś gitarę do ręki?

Na gitarze zacząłem grać stosunkowo późno, bo dopiero około osiemnastego roku życia. Pewnie dlatego nie jestem pierwszoligowym gitarzystą, właściwie tylko akompaniuję przy śpiewaniu. Pierwszym instrumentem, na którym uczyłem się grać, był akordeon. Potem przez kilka lat grałem w zespole na syntezatorze. W czasie odbywania służby wojskowej grałem w zespole, z którym wyjeżdżaliśmy na tak zwane „zloty aktywu turystycznego”. Wtedy całkiem pochłonęła mnie gitara. Na scenie swoją przygodę z gitarą zacząłem wraz z pojawieniem się w zespole Classic.

Chłopak z gitarą był przy ognisku bardzo pożądany. Nie miałeś chyba problemów z pozyskiwaniem serc dziewcząt i kobiet?

Nie wiem. Nie zwracałem na to aż tak szczególnej uwagi (śmiech) bardziej skupiałem się na śpiewaniu. Ale rzeczywiście, ogniska miały swój niepowtarzalny klimat i przyciągały mnóstwo ludzi, zwłaszcza dziewczyn. W młodości wraz z grupą przyjaciół organizowaliśmy wiele takich ognisk. To były piękne czasy. Dźwięk gitary i ballady śpiewane przy ognisku. Do dziś mam ciarki na plecach na wspomnienie tamtych dni…

Płeć piękna dominuje również pośród publiczności koncertów disco-polo. Czy dlatego zacząłeś grać ten rodzaj muzyki? Przecież wcześniej był zespół Lucifer.

Oczywiście, że na wszelkich koncertach, nie tylko disco polo, dominuje płeć piękna. Jak zaczynaliśmy grać taką muzykę, jeszcze o tym nie wiedziałem (śmiech), dlatego zupełnie inne okoliczności wpłynęły na to, co i jak gramy. Nasza muzyka, a właściwie jej początki były mocno związane z muzyką lat osiemdziesiątych. Jak słusznie zauważyłeś, swoje pierwsze kroki na scenie stawiałem w zespole Lucifer – nazwa pochodziła od pierwszej piosenki, jaką graliśmy, zatytułowanej „Girl of Lucifer”. To był 1987 rok. Graliśmy wówczas dyskotekowe piosenki, które królowały na listach przebojów i w dyskotekach. Polegało to na jak najbardziej wiernym odtworzeniu oryginału. Na takiej muzyce się wychowaliśmy i dorastaliśmy. Myślę, że to co graliśmy w latach osiemdziesiątych, miało duży wpływ na naszą późniejszą działalność już w Classicu. To była w pewnym sensie kontynuacja tego, co robiliśmy wcześniej, tylko już w polskiej wersji. Reszta była zbiegiem wielu okoliczności. Po prostu znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.

Setki zagranych koncertów, dwadzieścia pięć lat na scenie, nagrywanie klipów, to z pewnością mnóstwo różnych wydarzeń i anegdot. Czy jest jakiś fakt, który szczególnie utkwił ci w pamięci?

Takich faktów jest całe mnóstwo. Nie sposób ich zapamiętać, ale było coś, co szczególnie utkwiło mi w pamięci. W latach dziewięćdziesiątych, kiedy na antenie Polsatu emitowany był program Disco Polo Live, wielu ludzi nas słyszało i oglądało, ale nie widzieli nas jeszcze na żywo. To było istne szaleństwo. Kiedy pojawiliśmy się na koncercie, ludzie dosłownie biegali za samochodem, w którym jechaliśmy. Sytuacja miała miejsce, o ile pamiętam, w Zabrzu. Po koncercie mieliśmy taki napór fanów, którzy chcieli zrobić sobie z nami zdjęcie, że sytuacja całkowicie wymknęła się spod kontroli. Tłum właściwie zaczął nas taranować, odcinając jakąkolwiek drogę ucieczki. Jedynym sposobem na wydostanie okazał się podstęp. Nasz samochód oficjalnie ruszył, odciągając ludzi, którzy byli przekonani, że jesteśmy w środku. Tymczasem my po cichu wyjeżdżaliśmy drugą stroną w karetce pogotowia. Wspominam to z wielkim sentymentem. Z jednej strony trochę niebezpiecznie, z drugiej… no cóż przez chwilę poczuliśmy się jak Beatlesi (śmiech).

Kilkanaście płyt na koncie z Classicem i ostatnio nowe wyzwanie, czyli płyta solowa. Jak doszło do jej nagrania ?

Tak, właśnie skończyłem nagrywać moją solową płytę. Jest to płyta z poezją śpiewaną, a więc zupełna odskocznia od tej muzyki, którą gramy na co dzień. Myślę, że w życiu każdego artysty przychodzi taki moment, kiedy może on pozwolić sobie na spełnienie swoich marzeń czy fantazji muzycznych. Dla mnie właśnie nadszedł taki moment. Mam na tyle ustabilizowane życie zawodowe (muzyczne) i prywatne, że pojawiły się techniczne możliwości nagrania solowej płyty i mogę pozwolić sobie na zrealizowania czegoś, o czym myślałem od dawna.

Dlaczego właśnie poezja śpiewana?

Z poezją śpiewaną miałem styczność od dawna. Jeszcze w czasie odbywania służby wojskowej wraz z zespołem brałem udział w wielu przeglądach i festiwalach, zarówno piosenki turystycznej, jak i poezji śpiewanej. Jeździliśmy wówczas po całej Polsce od Giżycka po Przemyśl. Pamiętam, że zauroczyłem się tą specyficzną aurą, jaka otaczała te wyjazdy i te festiwale. To był niesamowity klimat. W całym mieście co kilkanaście metrów śpiewała grupa ludzi z gitarami. Takich grup było całe mnóstwo. Pamiętam, jak całe Giżycko śpiewało. Ta muzyka i brzmienie gitar akustycznych gdzieś tkwi we mnie do dziś. Poza tym, cóż, jestem romantykiem i uwielbiam śpiewać ballady.

Ogromną rolę w jej powstaniu miała autorka tekstów.

Z pewnością tak. Zauważmy, że wiele wierszy czy piosenek tych najbardziej znanych już zostało nagranych przez zespoły czy artystów, którzy od lat grają taką muzykę, więc powielanie tego nie miało większego sensu. Kilka lat temu poznałem Krysię Nawój, która podarowała mi swój tomik wierszy zatytułowany „Przystanki z mojego życia”. Kiedy się „zagłębiłem” w te wiersze, pomyślałem „tak to jest to”, to są świetne teksty do tego, żeby „ubrać je w muzykę” i nagrać płytę. Po ponad dwóch latach pracy udało mi się skończyć nagrania, a efektem jest dwanaście piosenek akustycznie brzmiących na płycie zatytułowanej „Przystanek Miłość”.

Pozostając przy muzyce. Jakiej słuchasz na co dzień?

Myślę że większość z nas   lubi wracać do wspomnień i słuchać muzyki, której słuchaliśmy w młodości. Również lubię wracać do wspomnień, dlatego lubię słuchać muzyki lat osiemdziesiątych. Tam prawie każda piosenka ma przyporządkowaną jakąś historię, z którą mi się kojarzy… rozmarzyłem się… (śmiech).

Jeżeli miałbyś taką możliwość, z którym muzykiem lub zespołem chciałbyś zagrać super koncert?

Gdybym miał możliwość… no pewnie takiej nie będę miał, ale kiedyś śniło mi się, że grałem z Beatlesami… byłem jednym z nich. Nie pamiętam którym, ale to nie ma znaczenia (śmiech). Dobrze, że chociaż w snach wszystko jest możliwe.

Fani znają ciebie ze sceny. Jaki jest Mariusz Winnicki poza nią?

To prawda, fani znają mnie ze sceny, ale nie tylko. W dzisiejszych czasach każdy (nie tylko artyści) prezentuje całe swoje prywatne życie na Facebooku i tak naprawdę większość fanów wie o tym, że lubię aktywnie spędzać każdy wolny czas. Uprawiam kajakarstwo, jazdę konną, chodzę po górach, na siłownię. A dla tych, którzy nie wiedzą: lubię czytać książki historyczne i oglądać programy przyrodnicze.

Wiem, że jedną z rzeczy, którą lubisz robić, jest gotowanie. Co najchętniej pichcisz, a co najbardziej lubisz zjeść?

To prawda lubię gotować, ale tylko wtedy, gdy mam na to czas. Jestem tradycjonalistą. Nie gotuję jakichś zmyślnych dań, za to na mielonego i pomidorówkę zawsze mogę cię zaprosić (śmiech).

Chętnie skorzystam z zaproszenia i spróbuję twojego mielonego. Aż mi ślinka poleciała, ale wróćmy do rozmowy. Jedną z Twoich cech jest roztargnienie. Związane są z nim liczne anegdoty, jak ta z plakatami, które miałeś zawieźć do Białegostoku czy pomylenie Książa z Krzyżem. Może przytoczysz jeszcze jakąś?

Tak, pamiętam, miałem zawieźć małą „reklamówkę” z hologramami do płyt i pojechałem 300 kilometrów do Białegostoku. Bez hologramów oczywiście. Na pierwszą imprezę w życiu, jaką miałem zagrać, zapomniałem zabrać syntezator. Takich sytuacji było co niemiara. Moi przyjaciele nazywali to chorobą zwaną winerium (śmiech). No, ale to stare czasy. Przynajmniej od dziesięciu lat walczę z tym i poczyniłem spore postępy. Już nie wracam się do domu zanim wyjdę, pięć razy, tylko dwa.

Jakie jest najbardziej skryte marzenie Mariusza Winnickiego?

Nie mam zbyt wygórowanych marzeń. Chciałbym żyć jak najdłużej i w miarę młodo umrzeć (śmiech).

Dziękuję i życzę   spełnienia wszystkich marzeń i realizacji założonych planów.  

Fot. archiwum Mariusza Winnickiego

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułSmakowe roladki twarogowe
Następny artykułWapozonowanie skory