Strona główna Kronika kryminalna Dziewczyna ukryła się przed gwałcicielem na kominie

Dziewczyna ukryła się przed gwałcicielem na kominie

2014
0
PODZIEL SIĘ

Chodakowskie Zakłady Włókien Sztucznych „Chemitex” powstały w 1928 roku. Budowniczowie – na wzór wielkich fabryk włókienniczych w Łodzi – wznieśli monumentalne hale, nad którymi górowały potężne kominy.

Życie kilku pokoleń mieszkańców  powiatu sochaczewskiego  było – w taki czy inny sposób – związane z fabryką, w której zatrudniano kilka tysięcy osób, a praca trwała non stop na trzy zmiany.

Pod koniec lat 80. fabryka zaczęła podupadać, aby po transformacji ustrojowej na dobre zaprzestać swej pierwotnej produkcji i choć próbowano jeszcze z produkcją sznurków i innego asortymentu, to niestety upadek zakładu stał się nieunikniony.

Moja dzisiejsza opowieść opisuje wydarzenia, które miały miejsce właśnie w  tej fabryce.

Wiadomość, która otrzymaliśmy od dyżurnego jednostki, była dość nieprawdopodobna: – Na jednym z kominów w Chodakowskich zakładach znajduje się kobieta, która prawdopodobnie chce popełnić samobójstwo, skacząc z tego komina na ziemię.

 Szybko udaliśmy się na miejsce, i faktycznie, na znacznej wysokości na kominie znajdowała się kobieta. Jednak z jej zachowania wynikało raczej, że nie zamierza skakać, gdyż kurczowo trzymała się drabinki.

Przy pomocy strażaków delikatnie ściągnęliśmy kobietę z komina a ta, gdy tylko znalazła się na ziemi, od razu zemdlała i pogotowie zabrało ją do szpitala.

Sprawa w zasadzie dla nas się zakończyła. Tak przynajmniej sądziliśmy i tu się okazało, że myliliśmy się bardzo.

Następnego dnia poproszono kryminalnych, aby przyjechali do szpitala i tam – w rozmowie z ordynatorem oddziału, na którym leżała kobieta – usłyszeliśmy informację, która nas dosłownie zamurowała.

Zmiana na przędzalni, gdzie zatrudniona była ta dziewczyna, kończyła się o godzinie 22:00 i wtedy grupy pracujących tam kobiet szybko udawały się na ostatnie autobusy lub korzystały z własnego transportu, aby dotrzeć do domów.  Po zakończeniu zmiany również ta kobieta opuściła przędzalnię. Tak się złożyło, że szła sama i była ostatnią pracownicą opuszczającą budynek. W momencie, gdy przechodziła obok rosnących przy parkanie drzew, jakiś mężczyzna zaatakował ją i zaciągnął w ciemne, nieoświetlone miejsce. Tam doszło do zgwałcenia.

To, co nastąpiło potem, spowodowało właśnie nasze zaskoczenie. Gwałciciel doszedł do wniosku, że kobieta może go rozpoznać, a to spowodowałoby nie tylko odsiadkę w wiezieniu za popełniony czyn, ale również reperkusje ze strony współwięźniów i wstyd w rodzinie. Zatem dziewczyna musiała  zginąć. W tym miejscu należy dodać, że o ile gwałcenie poszło mu sprawnie, to jednak zbrodnia była czymś, co sprawiło mu sporo kłopotów. W grę wchodziły najpospolitsze sposoby pozbawiania życia i w zasadzie skończyłoby się to tragedią, gdyby nie nagły intelektualny przebłysk  przestępcy. Wpadł on bowiem na genialny pomysł. Zabrał swoja ofiarę pod jeden z fabrycznych kominów i kazał jej na niego wchodzić. Dziewczyna nie bardzo chciała, ale gwałciciel siłą ją do tego zmusił i biedna kobieta zaczęła mozolnie – szczebel po szczeblu – pięła się w górę. Sprawca gwałtu ruszył za nią. Plan, jaki przyszedł mu do głowy, był twórczy. Kobieta, popełnia samobójstwo skacząc z komina.

Żaden lekarz nie stwierdziłby – podczas oględzin zwłok – niczego innego niż uszkodzenia spowodowane w wyniku upadku z dużej wysokości.

Tu jednak w planie niedoszłego zabójcy pojawił się problem. Kobieta weszła dość wysoko, ale za nic w świecie nie chciała sama skoczyć w dół. Natomiast gwałciciel cierpiał na lęk wysokości i po chwili – ze strachu, że spadnie – zaczął schodzić z komina. W szachach taka sytuacja, kiedy żadna ze stron nie może wykonać prawidłowego ruchu, nazywa się pat. Tak też było w tym przypadku. Gdy zaczęło świtać, mężczyzna uciekł a kobieta była tak przestraszona, że kurczowo trzymała się drabinki i bojąc się zejść.

Łapanie sprawców zgwałcenia, to była robota dla kryminalnych i solidnie zabraliśmy się do roboty. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że przypadki zaczepiania kobiet a nawet próby napaści, już wcześniej miały miejsce na terenie fabryki, lecz jakoś nikt o ich nie zgłaszał. Poświęciliśmy wiele godzin na rozmowy z kobietami, którym przydarzyły się podobne przypadki i wytypowaliśmy ewentualnego sprawcę.

Po jego zatrzymaniu przeszukaliśmy dokładnie zabudowania tego mieszkańca podsochaczewskiej wsi i odnaleźliśmy tam dużo erotycznych gazetek. Był to mężczyzna wcześniej zatrudniony w chodakowskich zakładach na stanowisku konserwatora. Dokładnie znał każdy kącik fabryki, dzięki czemu mógł zrealizować swoje chore plany.

W trakcie prowadzonego śledztwa przyznał się do dokonania zgwałcenia, natomiast upierał się, że nie zamierzał pozbawiać życia poszkodowanej dziewczyny.

Analizując tę sprawę z perspektywy czasu, odnoszę wrażenie, że tylko lęk sprawcy przed wysokością uratował kobiecie życie, bo zbrodnia byłaby prawie doskonała.

Ireneusz Kisiołek