Strona główna Kultura Ministrowie „Pruszkowa” i sochaczewianin

Ministrowie „Pruszkowa” i sochaczewianin

216
0
PODZIEL SIĘ

19 września ukaże się książka Janusza Szostaka i Jarosława Sokołowskiego „Bandyci i celebryci”. Prawdopodobnie najlepsza polska książka na temat polskich gangsterów z lat 90. Opowiada między innymi o związkach świata przestępczego ze znanymi ludźmi: aktorami, piosenkarzami, muzykami, politykami, sportowcami czy dziennikarzami. Znajdzie się w niej wiele nieznanych historii o relacjach gangsterów z celebrytami. Niekiedy to ci pierwsi starali się być gwiazdami.

Przejdźmy jednak do jednej z opisywanych historii, która miała miejsce w warszawskim klubie „Dekadent”.

Jeden z sochaczewskich biznesmenów, a jednocześnie ówczesny radny, miał takie znajomości wśród czołowych bossów „Pruszkowa”. Miał także znajomości w zarządzie „Pruszkowa”. Tyle, że nie w samorządowym a gangsterskim. Właściwie, to dobre układy wyrobiła mu jego była małżonka, do której słabość miał Leszek D. znany szerzej jako „Wańka”. On i jego brat Mirosław D., pseudonim „Malizna”, to legendy gangsterskiego świata. Podobnie jak Andrzej Z., ksywa „Słowik”, który w tej historii odegrał także pierwszoplanową rolę.

Wszystko zaczęło się w klubie „Dekadent” (dawne kino WZ) na warszawskiej Woli. Ponoć starzy pruszkowscy upatrzyli sobie „Dekadenta” – tak jak wiele innych lokali – na pralnię pieniędzy. Gangsterzy przejmowali w tamtym czasie knajpy, dyskoteki, hotele czy kluby go-go – nie wykładając przy tym złamanego grosza. Tak też miało być w przypadku „Dekadenta”. Klub najpierw wpadł w oko „Wańce”, który ponoć wysłał tam   jako forpocztę swojego syna Adama. Miał on już na swoim koncie drobne sukcesy. Nic wielkiego. Choćby wymuszenie od pewnej firmy turystycznej na Mokotowie kilku bezpłatnych voucherów na miesięczny wypoczynek na Teneryfie dla siebie, swoich kumpli i towarzyszących im dziewczyn.

Ponoć zjawił się w „Dekadencie” i oznajmił, że jest właścicielem domu mody na ulicy Chmielnej. Trochę prawdy w tym było, bo ojciec kupił mu tam sklep z ciuchami. Swoim zachowaniem i wyglądem ujął właścicieli. Z czasem obdarzali go coraz większym zaufaniem. Za jego sprawą zlecono remont przedsiębiorcy z Sochaczewa.

Jednak „Masa” mocno powątpiewa w rolę młodego „Wańki”   w tym dealu.

– To był szczeniak, jakby taki przyszedł odzyskiwać długi czy cokolwiek, to każdy by mu powiedział: „Wypierdalaj stąd”, i tyle.

– Ale on nie przyszedł odzyskiwać długi, ale jako przyszły inwestor – upieram się przy wersji, która jest mi znana.

– A kto by go brał na poważnie jako biznesmena? No proszę cię, bądź poważny. Inwestor trochę inaczej wygląda. To jest dospawana ideologia. – były gangster nie   daje za wygraną.

– W sumie nie wiem, jak on wyglądał. – odpuszczam epizod z młodym „Wańką”. – Wróćmy do kwestii związanych z remontem „Dekadenta”, których pewnie nie pamiętasz, bo nie robiłeś w budowlance”. Według moich ustaleń było tak:

Gdy doszło do rozliczenia, okazało się, że rachunek jest tak duży, iż właściciel klubu nie był w stanie go uregulować. Wówczas sochaczewski biznesmen zwrócił się o pomoc do „Wańki” i „Słowika”. Wcześniej dając właścicielom klubu ostatnią szansę na zatwierdzenie kosztorysu. Ostrzegając przy tym: – Znam ludzi, którzy skutecznie i boleśnie potrafią wyegzekwować pełną należność za remont.

Kilka tygodni później sochaczewianin umówił się z dłużnikami w remontowanym klubie. Na spotkanie nie przyszedł jednak sam. Towarzyszyła mu rzekomo kilkudziesięcioosobowa grupa mężczyzn. Młodzi, dobrze zbudowani – ubrani w skórzane kurtki i dresowe spodnie – w żaden sposób nie przypominali inwestorów. Co jakiś czas któryś z osiłków odchylał kurtkę, aby zaszpanować wsadzonym za pasek pistoletem. Aluzje były wyraźne. Napastnikom przewodzili „Wańka” i „Słowik”.

– Jesteśmy organizacją ludzi szanujących się – przedstawili się właścicielom „Dekadenta”.

– Ja i pan Andrzej stanowimy rząd organizacji. Ja jestem ministrem kultury, a on to minister obrony – „Wańka” wskazał na „Słowika”. – Macie szczęście, że nie dopuścimy go do głosu, bo by was wystrzelał – miał powiedzieć „Wańka” do wystraszonych szefów klubu.

Między innymi o tym, jak zakończyła się ta historia i co mieli z nią wspólnego celebryci, można przeczytać w książce „Bandyci i celebryci”. Polecamy.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułStawiają na sport
Następny artykułPogonili Czarnych