Strona główna Historia Los rzucił ich z Warszawy do Sochaczewa

Los rzucił ich z Warszawy do Sochaczewa

1239
0
PODZIEL SIĘ

 1 sierpnia 1944, Godzina W oznaczała powrót płomieni i huku wystrzałów do i tak już zmęczonej stolicy. Wielka łuna na niebie była widoczna wiele kilometrów wokół oblężonego miasta, a uciekający warszawiacy zaludnili okoliczne wsie, miasteczka, a przede wszystkim przygotowane naprędce przez okupanta obozy. Niektórych los rzucił do Sochaczewa.

Niemcy niezwłocznie przystąpili do ewakuacji cywilnej ludności Warszawy i okolic, przy czym za tym słowem nie kryło się dla mieszkańców nic dobrego.

Szykowali piekło

Utworzony już 6 sierpnia obóz przejściowy w Pruszkowie (tzw. Dulag 121), był na ogół punktem wyjścia dla dalszej wywózki na roboty w głąb Rzeszy, choć pierwszy rozkaz balansującego na krawędzi szaleństwa Hitlera zakładał całkowitą eksterminację mieszkańców Warszawy.

Pomimo częściowego uchylenia tej dyrektywy i wyraźnego zakazu egzekucji kobiet i dzieci, tłumiącego powstanie Ericha von den Bacha Zalewskiego, którego sztab mieścił się w Sochaczewie, Niemcy i tak bez litości mordowali wziętych do niewoli powstańców i dorosłych mężczyzn, a nawet kobiety i dzieci, czego przykładem była rzeź na Woli. Jednostki rzucone do tłumienia powstania składały się z degeneratów i kryminalistów najgorszego sortu, wzbudzających odrazę nawet wśród samych Niemców – oddziały „SS” Dirlewangera, czy „RONA”, Kamińskiego. Warszawa stała się piekłem…

Opuszczają stolicę

9 sierpnia sochaczewscy przedstawiciele Polskiego Komitetu Opiekuńczego (w skrócie PolKO, terenowej agendy RGO – Rady Głównej Opiekuńczej, organizacji charytatywnej działającej podczas Pierwszej i Drugiej Wojny) – Urszula Salerno di Colonna i Stefan Gierałtowski zostali wezwani na rozmowę do starostwa dystryktu, celem omówienia sprawy uchodźców, którzy mieli także trafić do Sochaczewa.

Chodziło o relokacje ludności w obrębie miasta i okolic. W początkowych dniach sierpnia uchodźców nie było jednak zbyt wielu, przybyłe w ciągu następnego tygodnia 200 osób zarejestrowano i rozlokowano po okolicy. 16 sierpnia część warszawiaków, która opuściła stolicę na własną rękę i przedostała się do Sochaczewa, padła ofiarą łapanek, przebywających „nielegalnie” zgromadzono w sali kina „Mewa”, a następnie wywieziono w nieznanym kierunku, przypuszczalnie do wspomnianego obozu w Pruszkowie.

Niemcy, którzy przenieśli do naszego miasta część swych władz administracyjnych, raczej niechętnie widzieli w nim również uchodźców. Jednak ich napływ był wobec przedłużającej się agonii Warszawy nieunikniony. Już we wrześniu w rejonie sochaczewskim znalazło się 75 000 osób, co stanowiło nie lada problem, zwłaszcza wobec zbliżającej się jesieni.

Mieszkańcy miasta z trudem udźwignęli ten ciężar, przyjmując uciekinierów do swych domów, gdzie na prowizorycznych posłaniach, a nawet podłogach nocowało po kilka, a nawet kilkanaście osób w jednej izbie.

Wspomnienia uciekinierów

W celu zobrazowania przeżyć uciekinierów, bądź wysiedleńców z Warszawy, warto przytoczyć garść wspomnień zamieszczonych w Archiwum Historii Mówionej, których rejestrowaniem i udostępnianiem zajmuje się Muzeum Powstania Warszawskiego:

Stanisława Kasperska „Staszka”, „Litwinka”, po utraceniu kontaktu ze swoim oddziałem wydostała się z miasta na własną rękę, docierając w poszukiwaniu swej siostry do Sochaczewa i położonego nieopodal – dziś już nieistniejącego dworu w Ćmiszewie, gdzie ostatecznie się z nią spotkała: „Siostra mnie przywitała z radością, dlatego że sądziła, że ja nie żyję. Jak się zjawiłam, to pierwsza rzecz, jaką powiedziałam, to że jestem niesamowicie zawszona. Wobec tego córka tych państwa, która była mniej więcej mojej budowy, dała mi całkowite ubranie. Włącznie z butami wszystkie moje ubranie wsadzili w piec piekarny – to jest najlepsze na wszy – mnie zrobili gorącą wannę, szorowałam się mydłem, jak tylko mogłam. Dostałam nocną koszulę i łóżko po dwóch i pół miesiącach… Na drugi dzień na sobie znalazłam siedemdziesiąt wszy. Do dzisiejszego dnia mam blizny po wszach”.

Zdzisław Dyląg „Zdzisław”, „Zdzich” wspomina o ewakuacji urzędów i dużej ilości Niemców w Sochaczewie. Tak samo jak inni uchodźcy przybył do miasta, spodziewając się znaleźć schronienie u rodziny.

„Później byłem w Sochaczewie. Do Sochaczewa był ewakuowany cały dystrykt warszawski niemiecki, biuro niemieckie i przed tymi biurami zajętymi przez Niemców stali Niemcy w mundurach uzbrojeni w steny amerykańskie i angielskie. To paradoksy takie były. (…) Pytam się, co u mojej rodziny, bo rodzina przed wojną miała browar i w czasie okupacji rozlewnię piwa. <Są wszyscy, tylko są wysiedleni z budynku mieszkalnego do browaru, bo budynek mieszkalny zajęły biura, urzędy>. Administracja niemiecka z Warszawy zajęła Sochaczew, między innymi ten browar też. Tam się zagospodarowałem. Przyjęli mnie ze zdziwieniem, bo wróciłem stosunkowo w dość dobrej formie. Stosunkowo, bo tam wracali ludzie, którzy przeszli straszne, ciężkie rzeczy, starsi ode mnie. A ja wróciłem taki w dobrym stylu. Dali mi łóżko. Łóżko było na tak zwanym melcugu, (miejscu), gdzie się przygotowuje słód do produkcji piwa. Tam były olbrzymie kadzie betonowe, duże kadzie. W tych kadziach wstawione były dwa łóżka. Przechodziło się, żeby przekroczyć próg tej kadzi, w której zazwyczaj się moczyło zboże. Teraz nie było zboża, tylko uciekinierzy warszawscy mieszkali. Tam się jakoś zagospodarowałem i tam mieszkałem. Rodzina się zajmowała szyciem jakichś materiałów, ubrań dla uchodźców, bo warszawiacy z Warszawy w lecie uciekali, [to teraz] nie mieli co na siebie włożyć. Pomagałem trochę szyć, jakieś rękawice, jakieś coś. To tak trwało”.

Cel Sochaczew

I ostatnie wspomnienie Janiny Soczewki, której rodzina miała na tyle szczęścia, że nie została skierowana do pracy w podwarszawskiej miejscowości, a zarządzający gospodarstwem volksdeutsch, nie mając z niej rzekomo pożytku, wystawił zaświadczenie o zwolnieniu z pracy.

„Następnego dnia znowu zaczęła się wędrówka, cel Sochaczew, ponieważ w Sochaczewie było dużo rodziny mojej babci. Babcia pochodziła z tamtych stron, ze wsi Rybno. Do Sochaczewa żeśmy jechali, pociągi stały i znowu była straszna wędrówka. Najpierw udaliśmy się do Chodakowa, do cioci Bartosiewiczowej, to była chrzestna mojej mamy, ale tak miała czyściutko, że nie chciała nas wpuścić. Kazała nam iść do Sochaczewa. W rynku mieszkała ciocia Nacia Gierałtowska – anioł dobroci – i do niej poszliśmy. Bardzo była rozczulona, ale [mówi]: „Zobaczcie, co się dzieje”. Pokotem leżeli warszawiacy na podłodze, a ona miała troje dzieci, pokój z kuchnią, więc warunki też strasznie ciężkie. Nakarmiła nas tym, czym mogła, trochę żeśmy się umyli, przenocowała nas i następnego dnia [udaliśmy się] dwanaście kilometrów za Sochaczew, do wsi Aleksandrów gmina Rybno, skąd pochodziła moja babcia. Tam mieliśmy jakiegoś kuzyna i wujek Gierałtowski nas tam zaprowadził.

Znowu wędrówka, dwanaście kilometrów za Sochaczew. Bardzo byli niezadowoleni ci wujostwo, Kaźmierowiczowie się nazywali. Jedni byli przychylni, a dwie osoby były bardzo przeciwne temu, że tam dotarliśmy. Też już (tam) byli warszawiacy, (Kaźmierowiczowie), to byli kułacy po wojnie, bardzo zamożni. Dostaliśmy pokój. Zawsze rano był żurek na śniadanie, bo żeby wyżywić tyle osób, robiono to jak najoszczędniej, prawdopodobnie z tego powodu i może łatwiej ugotować gar żurku i drugi gar kartofli, niż robić jakieś kanapki”.

Z ponad 500 tysięcznej rzeszy ludzi jedynie około 100 udało się pod różnymi pretekstami wydostać z obozów. Podobna liczba zginęła wskutek chorób, niedożywienia i skrajnego wyczerpania nieludzkimi warunkami transportu – ludzi częstokroć zamykano w wagonach kolejowych bez jedzenia i picia na kilka dni. Reszta trafiła bądź na roboty do Niemiec, bądź do obozów koncentracyjnych, przy czym decydował o tym ślepy traf.

Powrót być może okazał się dla niektórych jeszcze bardziej bolesnym przeżyciem niż opuszczenie rodzinnego domu. Miasto stało się ruiną i zarazem grobowcem, w gruzach którego legło wszystko, co dla nich najdroższe. Ślady tych 63 dni goić się miały jeszcze wiele następnych lat.

Radosław Jarosiński