Strona główna Kultura Zza oceanu o sochaczewskim rocku i nie tylko

Zza oceanu o sochaczewskim rocku i nie tylko

648
0
PODZIEL SIĘ

Z Leszkiem Zielińskim, muzykiem, dziennikarzem, poetą i wydawcą, mieszkającym od ponad pół wieku w USA rozmawia Janusz Szostak

Niewielu naszych czytelników zdaje sobie sprawę, iż jesteś prekursorem muzyki rockowej w Sochaczewie. Jak zaczęła się Twoja przygoda z rockiem, a właściwie na początku big beatem? Skąd zainteresowane tym rodzajem muzyki?

Minęło ponad 50 lat od tamtego czasu. Muzyka młodzieżowa, nazywana ze względów politycznych big-beatową, powoli wkraczała do Polski. W polskim radio nadal trwała blokada przeciw dekadenckim wpływom kapitalistycznego i wrogiego Zachodu, ale skutecznie została pokonana przez słynne wówczas Radio Luxembourg, które nadawało najnowsze przeboje głównie brytyjskiego rocka. Muzyka The Beatles, The Rolling Stones, The Animals i wielu innych wkraczała „bezprawnie” na polski, chłonny rynek. Tu szukaliśmy wzorców. Bodajże w 1967 r. założyliśmy zespół Bzuranie, w składzie: Leszek Zieliński, Marian Zagajewski, Janusz Walczak, Waldemar Szymański, Władysław Komendarek. Ci dwaj grali wcześniej w Borysach. Nasze pierwsze próby odbywały się nad Bzurą. Tam ćwiczyliśmy, śpiewaliśmy, i szukaliśmy własnego stylu. Pisaliśmy własne utwory, ale też graliśmy piosenki już znane z popularnego obiegu.

Bzuranie, których byłeś liderem, to jeden z bardziej znanych sochaczewskich zespołów ery big beatu. Ale grałeś też w Anonimach, Pelikanach, Kormoranach, Awatarze oraz we Freemen. Czy pominąłem jakiś Twój zespół?

Nie, nie pominąłeś. Właściwie trzon zespołu pozostawał wciąż ten sam, zmieniali się niektórzy muzycy. Po rozpadzie Bzuran, dołączył do nas Mietek Wiśniewski i od tej pory nasza trójka z Marianem i Mietkiem, tworzyła wszystkie inne zespoły, więc tylko nazwa się zmieniała i dochodzili inni muzycy. Najbardziej chyba popularny był Awatar (występowała wówczas z nami jako wokalistka Sylwia Strzępek) i Freemen. Nazwa Freemen była trochę prztyczkiem politycznym przeciw ówczesnej władzy, bo nie akceptowaliśmy narzucanej nam cenzury i nie rejestrowaliśmy utworów w Wydziale Cenzury Urzędu Powiatowego. Kto znał angielski, domyślał się, o co chodzi.

Skąd braliście repertuar, graliście znane przeboje czy też własne kompozycje, kto był ich autorami?

Najczęściej pisaliśmy własne piosenki, ale też podpieraliśmy się znanymi przebojami. Czerpaliśmy z repertuaru Beatlesów, Rolling Stonesów, Led Zeppelin i Credence Clearwater Revival. Graliśmy więc to, co było modne, ale też i nasze, oryginalne kompozycje. Teksty pisałem ja, muzykę tworzyliśmy wspólnie.

Grałeś też w tamtych czasach z Władkiem Komendarkiem, czy już wówczas objawiał swój muzyczny geniusz?

Władek to był oryginał od samego początku. To był i jest muzyk z prawdziwego zdarzenia, znał swój warsztat świetnie, podczas gdy my wszyscy byliśmy amatorami, samoukami. On nadawał autorytet zespołowi, dbał o szczegóły, przy nim żadna nutka nie mogła byś źle zagrana, bo dostawaliśmy opieprz.

W czasach PRL trudno było o instrumenty i sprzęt nagłaśniający, jak sobie z tym radziliście?

To prawda, nie było z tym łatwo, szczególnie na prowincji. Wtedy nie było ani kasy, ani sprzętu. Gitarę basową sam wyrzeźbiłem brzytwą dziadka, którą mu złamałem, za co mi się odpowiednio dostało. Z pewną nostalgią wspominam nasz pierwszy „wzmacniacz”, czy jak to się dziś mówi „piecyk”. To było trzywatowe radio „Stolica”, do którego, po małej modyfikacji, podłączaliśmy dwie gitary – solową i basową. Z czasem poznaliśmy wspaniałego technika z Boryszewa, Heńka Lepacha, który nam zbudował trochę mocniejszy sprzęt i każda gitara miała swoje wzmocnienie i brzmienie.

Graliście głównie na tak zwanych wieczorkach tamecznych, czy zdarzyły się wyjazdy na przeglądy i festiwale lub koncerty w innych miastach?

Tak, głównie obsługiwaliśmy własny teren, ale też jeździliśmy trochę, daliśmy pamiątkowy występ przed kardynałem Stefanem Wyszyńskim w Niepokalanowie, braliśmy udział w ogólnopolskim Festiwalu Muzyki Młodzieżowej w Bydgoszczy, gdzie zajęliśmy drugie miejsce. Nie mieliśmy wówczas żadnego patronatu, więc obsługiwaliśmy wieczorki w Domu Kultury, gdzie obecnie mieści się oddział Banku Pekao SA.

Jaki twój koncert utkwił ci najbardziej w pamięci?

Koncertów i występów było bardzo dużo, byliśmy kapelą bardzo aktywną. Najbardziej zapamiętałem jeden taki anegdotyczny już występ w Młodzieszynie, który często wspominam. Graliśmy jeszcze wtedy na naszym radiu „Stolica”. Dwie gitary podłączone na maksa, aż głośnik charczał, a my rżniemy sentymentalną przeróbkę utworu „Greensleeves”, w dość rockowej, a nawet kowbojskiej aranżacji. Na zakończenie mieliśmy w planie odstrzelić kilka ślepych nabojów dla większego efektu. No i wszystko idzie pięknie, ślepaki strzelają, a tu nagle jeszcze większy wybuch, dym, ogień. Ludziska szaleją, a my wpadamy w panikę. Nasze radio stanęło w płomieniach. Koniec koncertu. Ludzie potem mówili, że to było wybuchowe i sensacyjne zakończenie. Pewnie. Tylko my zostaliśmy uziemieni na kilka tygodni.

Zajmowałeś się nie tylko muzyką.  Masz na swoim koncie także tomiki poezji. Czy nadal piszesz wiersze?

Moja zabawa z poezją zaczęła się jeszcze w Polsce. Jeszcze w liceum do pisania zachęcała mnie moja profesor języka polskiego Krystyna Podolak, którą do dziś wspominam z szacunkiem. Jeden z moich wierszy został opublikowany w miesięczniku „Radar” chyba w 1969 roku. I uznałem się osobiście natychmiast za poetę. Poetę jednego wiersza. Przez blisko 10 lat więcej poezji nie stworzyłem, chociaż napisałem wiele niezłych tekstów do piosenek w naszych różnych zespołach. W ubiegłym roku podczas spotkania w gronie przyjaciół u Kazika Orzechowskiego, Grzesiek Turczyk cytował jak z rękawa takie moje teksty, że się za głowę łapałem, że to ode mnie wyszło. On to ma pamięć! Przy okazji z Mietkiem Wiśniewskim rzuciliśmy projekt zorganizowania historycznego powrotu i koncertu dinozaurów sochaczewskiego rocka w muszli na Podzamczu, ale już z tego nic nie wyjdzie, bo Mietek niedawno zmarł.

Jakie były twoje pierwsze kroki w Ameryce?

Już na początku mojego pobytu w Stanach zacząłem się parać dziennikarstwem, pisałem wiele tekstów politycznych, muzycznych i takich sobie. Aż dostałem propozycję pracy w tygodniku polonijnym „Gwiazda Polarna”, wychodzącym w Stevens Point, w stanie Wisconsin. To była najstarsza gazeta polska wydawana w USA, powstała najpierw jako „Rolnik” w 1891 roku, i była kierowana do polskich imigrantów-rolników stanu Wisconsin i okolic. Potem już wydawcy, bracia Worzałłowie, postanowili w 1908 r. stworzyć pismo dla mieszkańców miast. Tu ciekawostka i dziwne zrządzenie losu. W dzieciństwie miałem pasję do uczenia się języków obcych. Moim pierwszym podręcznikiem do nauki tego języka był słynny samouczek polsko-angielski braci Worzałłów, opracowany specjalnie dla Polaków w Ameryce, i  wydany w 1914 roku. Po latach stałem się pracownikiem tego wydawnictwa i redaktorem ich popularnego tygodnika. I tak się zaczęła moja przygoda z dziennikarstwem polonijnym. Redakcja była skromna, jej biuro mieściło się z tyłu samej drukarni. Pisywałem różne artykuły, głównie polityczne, pod kilkoma pseudonimami. Jednocześnie sporo czasu po pracy przesiadywałem w knajpach, i spisywałem swoje myśli na knajpianych serwetkach, zakrapiane często ginem z tonikiem, w którym topiłem swoją tęsknotę za krajem i bliskimi. Z tego powstał pierwszy tomik wierszy „Ogień i lęk” (wyróżniony Nagrodą Literacką Towarzystwa Krzewienia Nadziei w Chicago, 1982) a w rok później ukazał się drugi tomik – „Dzień zraniony” – (Nagroda Literacka Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Londyn 1984). Próbowałem też sił w języku angielskim i wydałem tomik „Thunder”- (New York, 1983.). Z kolei „Spalona rzeka” ukazała się w 1984 roku. Potem nastąpiły lata chude i ciche. Moja poezja była ciepło przyjęta przez krytyków literackich. Po trzech latach zostałem redaktorem naczelnym „Gwiazdy Polarnej”, a po zmianie właścicieli, gdy pismo wykupili Amerykanie, nie mający nic wspólnego z polskością, odszedłem z redakcji i założyłem własny tygodnik „Horyzonty”, który wydawałem przez 8 lat, aż do czasu przeprowadzki z zimnego syberyjskiego Wisconsin na tropikalną Florydę. Był to okres wielkiego boomu mieszkaniowego i na Florydę zjeżdżało mnóstwo Polaków. Postanowiłem stworzyć dla tej społeczności własne pismo i w 2003 roku założyłem „Echo Florydy”, które wydawałem do 2013 roku, kiedy to przeszedłem na emeryturę i zawiesiłem działalność publicystyczną. Wiersze pisałem nadal, w różnych okresach, i w tej fazie miały one charakter bardzo osobisty. Ukazały się dwa dalsze tomiki: „Drugie niebo” (2005) i „Doczekanie” (2007). Niezależnie od tego, czy raczej zależnie, założyłem w 1987 roku własne wydawnictwo Artex Publishing, które istnieje do dziś. Wydaliśmy ogółem kilkaset tytułów w języku angielskim, jak i polskim.

Stworzyliśmy też „Antologię Poezji Emigrantów”, do której prace były nadsyłane przez polskich imigrantów konkursowo i nagradzane symbolicznymi kwotami pieniężnymi oraz kwalifikowane do publikacji. Antologię wydawaliśmy przez dziewięć lat.

Pracując w środowisku polonijnym z pewnością otarłeś się o organizacje, kluby. Czy brałeś udział w jakiejś polonijnej działalności społecznej?

W każdej większej grupie polonijnej powstawały mniejsze lub większe organizacje, które w wyniku lokalnych waśni i swarów szybko się rozpadały, albo powstawały jakieś nowe twory. Polonia się zmieniała na przestrzeni lat. Od początku emigracji w XIX wieku najpierw budowano kościoły, które podtrzymywały narodowego i patriotycznego ducha, później zaczęto stawiać pomniki naszym bohaterom narodowym. Powstawały polskie diaspory. Dziś polskie dzielnice Nowego Jorku (Greenpoint), Chicago (Jackowo), Detroit (Hamtramck) rozsypały się, Polacy porozjeżdżali się do innych, dalszych dzielnic, z czym wiązała się poprawa stopy życiowej. Nawet w takim małym miasteczku jak Stevens Point, Wisconsin (wówczas około 25 000 mieszkańców), podczas mojego pobytu powstało kilka organizacji, w tym Kongres Polonii Amerykańskiej na Środkowy Wisconsin (jako lokalny oddział KPA z Chicago), którego zostałem prezesem. W okresie stanu wojennego w Polsce, organizowaliśmy – jak w wielu miastach USA – wysyłkę paczek pomocy dla rodzin internowanych. W tym czasie założyliśmy razem z Miladą Zapolnik i kilkoma przyjaciółmi amerykańskimi dwujęzyczną grupę teatralną, która wystawiła kilka przedstawień protestacyjnych w tamtejszych kościołach, uświadamiając społeczności amerykańskiej sytuację w Polsce. W tym samym czasie razem z Miladą i Arturem Łoniewskim założyliśmy „Radio Victoria”, które przez dwa lata nadawało tygodniowy program sięgający aż do Buffalo w stanie Nowy Jork. Na Florydzie również angażowałem się w działalność społeczną, głównie przy Amerykańskim Instytucie Kultury Polskiej w Pinellas Park. Z czasem zostałem wybrany prezesem tej kulturalnej organizacji i urząd ten piastowałem przez cztery lata do 2017 roku.

Czy  w USA  nadal zajmujesz się tam muzyką, masz na to czas?

Profesjonalnie nie, ale grywam sobie dla relaksu, odprężenia. Zrobiłem sobie małe studio, gdzie się wyżywam na całego.

Czy według Ciebie Polacy mają szansę zrobić w USA karierę, nie chodzi tylko o muzykę?

W branży muzycznej jest bardzo ciężko się przebić, ale mamy świetnych muzyków, którym się do udało dzięki swoim talentom. Polacy maja szansę zrobić karierę wszędzie, bo jesteśmy narodem twórczym, przedsiębiorczym i potrafimy stawić czoła każdej sytuacji. Kariera nie zależy od kraju przebywania, ale od własnych ambicji, wytrwałości, poświęceń i umiejętności. Wielu naszych rodaków przebiło się przez gąszcz przepisów, przeszkód, trudności i sięgnęło po wysokie stanowiska naukowe, medyczne, biznesowe lub prowadzi świetną działalność gospodarczą na mniejszą lub większą skalę. Polacy – ogólnie – fachowcy i nie fachowcy, są wysoko cenieni, bo szanują pracę. Zdarzają się, oczywiście, niechlubne odstępstwa, jak wszędzie, ale to sprawa marginalna.

W USA jest wielu muzyków z Sochaczewa, choćby Marian Zagajewski czy Jurek Czubacki. Utrzymujecie ze sobą kontakty?

Nie wiedziałem, że Marian tu jest, ale po powrocie z Polski odnalazłem go w Nowym Jorku i rozmawiamy ze sobą, wspominamy stare dzieje. O Jurku Czubackim wiem, bo widzę go na Facebooku, czasami wymieniamy zdania. On mieszka w Chicago, ja na Florydzie, więc to spora odległość i na weekendową kawę czy piwko raczej trudno się zmówić.

Czy słuchasz polskiej muzyki, jakiej?

Tak, teraz dzięki internetowi mam dostęp do większości polskich artystów lepszej lub gorszej sławy, więc znane mi są postacie będące na topie, ale słucham wybiórczo. Zaskoczyło mnie to, że wiele piosenkarek i piosenkarzy brzmi tak samo, że aż trudno ich odróżnić. Bardzo podobna wokalistyka, taka rutyna przewija się w ich śpiewie. Młodsze piosenkarki kopiują sporo wykonawców z Zachodu. Drażni mnie też robienie na siłę piosenek w języku angielskim, ale to może już koniunkturalny wynik naszej przynależności do Unii, gdzie tym chwytem chce się powiększyć szanse na sukces. Słucham dużo muzyki niepolskiej, głównie gitarzystów i tych z epoki rocka (Deep Purple, Black Sabbath, Led Zeppelin, Metallica, Scorpions), jak i gitarzystów smooth-jazzowych, takich jak: Jesse Cook, Peter White, Russ Freeman, Chieli Minucci, Marc Antoine Carig Chaquico, Russ Freeman, Neal Schon).

Bywasz w Sochaczewie, jak oceniasz nasze miasto, zachodzące w nim zmiany?

Rzadko przyjeżdżam do Sochaczewa, jak i do Polski, i trudno mi się tu wypowiedzieć szerzej, ale za każdym razem widzę jakieś pozytywne zmiany, miasto wypiękniało, rozbudowuje się, rozwija, jest czyste i ciasne – zapchane autami.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Dziękuję i  pozdrawiam serdecznie wszystkich sochaczewian.

Zdjęcia z archiwum Leszka Zielińskiego

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMniej błota na ulicach
Następny artykułDuńska remulada