Strona główna Historia Morderstwo w pociągu

Morderstwo w pociągu

459
0
PODZIEL SIĘ
Dworzec w Kowlu / fot Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zawarli porozumienie. W razie schwytania lub postrzelenia przez policję – samobójstwo. Żeby podczas krzyżowego ognia pytań na komisariacie lub u sędziego śledczego nie wydać wspólników. Złożyli uroczystą przysięgę, ale tylko jeden z nich potraktował ją serio. Dopiero zbrodnia dokonana pod Sochaczewem doprowadziła do wpadki tej zorganizowanej szajki kresowych złoczyńców z Kowla, która miała na sumieniu wiele innych morderstw i rabunków.

 To miał być radosny dzień. 1 maja 1931 roku stacjonujący w garnizonie w Sarnach żołnierze III Batalionu 50 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych  im. Francesco Nullo w Kowlu spodziewali się wypłaty żołdu. Część pieniędzy przyjechała, ale nie dotarli ci, którzy mieli je dostarczyć.

Wzięli tylko bilon

Wysłani przez dowództwo żołnierze czekali na dworcu w Sarnach na pociąg z Kowla, którym mieli przyjechać z pieniędzmi  kwatermistrz 50 Pułku Piechoty kapitan Józef  Łopatko i sierżant Stanisław Brojek. Pociąg przybył punktualnie, lecz nie wysiedli z niego pułkowi płatnicy. Postanowiono wyjaśnić powód ich nieobecności.

W przedziale II klasy, którym podróżowali, nie było żadnego z nich. Na podłodze, ścianach i siedzeniach natrafiono na ślady krwi. W oczy  rzucał się bałagan, sugerujący, iż doszło do walki. Wojskowi przyjęli, że na ich kolegów dokonano napadu, którego celem były pieniądze. Kwota przeznaczona na wypłaty żołdu wynosiła blisko 24 tysiące złotych w banknotach i bilonie.

Dokonano jednak zaskakującego odkrycia. Skórzana walizka z monetami przepadła, natomiast na półce służącej do przewozu bagaży, leżała teczka kapitana Łopatki, w której znajdowały banknoty o wartości 20 tysięcy złotych!

– Ciekawe, że zostawili taki majątek – powiedział w zamyśleniu jeden z żołnierzy. Dobre pytanie, ale to nie był czas ani miejsce na rozwiązywanie zagadek. Należało ustalić co się stało z kapitanem i sierżantem.

Wezwana policja przesłuchała kierownika pociągu. Kolejarz zachowywał się podejrzanie i udzielał wykrętnych odpowiedzi na pytania. Dopiero, gdy policjanci zagrozili mu więzieniem za współudział w napadzie rabunkowym na oficera i podoficera Wojska Polskiego, „przypomniał sobie”, że w trakcie podróży, gdy skład minął stację Antoniówka i zbliżał się do Rafałówki, w pociągu rozległ się huk, przypominający odgłos wystrzału. Kierownik Babicki nie sprawdził jednak co to było, i w którym wagonie miał miejsce ten rumor. Nie potrafił wytłumaczyć się ze swojego niedbalstwa.

Zwłoki przy torach

W pociągu znaleziono sztuczną brodę, jakiej używa się do charakteryzacji w teatrze. Policja przyjęła, że została zgubiona przez sprawców napadu. W rejon stacji Rafałówka, znajdującej się mniej więcej w połowie drogi między Kowlem a Sarnami, wysłano kilkudziesięciu mundurowych z psami. Wskazany przez  kierownika pociągu odcinek trasy stanowiła bagnista, zalesiona okolica

Zwłoki kapitana i sierżanta znaleziono dwa dni później, kilkadziesiąt metrów od torów kolejowych, na skraju lasu. Leżały w płytkim dole, który był zamaskowany ziemią. Miejsce to zostało posypane tabaką, zapewne po to żeby utrudnić policyjnym psom wytropienie ciał. Przy zwłokach nie znaleziono pieniędzy i osobistych dokumentów wojskowych, mordercy zrabowali im również służbową broń. W ciele kapitana Łopatki tkwiło osiem kul rewolwerowych; ponadto stwierdzono na całym ciele obrażenia będące następstwem uderzeń twardym tępym narzędziem. Sierżant Brojek został śmiertelnie trafiony z bliskiej odległości z rewolweru w głowę; oprócz tego otrzymał jeszcze dwa postrzały, które spowodowały powierzchowne obrażenia.

W ostatnich dniach nie padał deszcz. Na wyschniętej ziemi zachowały się ślady ciągnięcia ciał od nasypu kolejowego. Zabezpieczono również odciski stóp pięciu osób. Policja domyśliła się, że sprawcy po zastrzeleniu wojskowych, wyrzucili ich zwłoki z pociągu, a następnie sami z niego wyskoczyli, prawdopodobnie w trakcie jazdy.

Psy tropiące ruszyły w kierunku lasu, który znajdował się po obu stronach torów. Pościg za mordercami po dwóch dniach od popełnionej przez nich zbrodni nie miał jednak wielkiego sensu. Sprawcy do tego czasu mogli być daleko.

Zamach czy napad?

Dochodzenie w sprawie zabójstwa dwóch wojskowych połączonego z rabunkiem pułkowych pieniędzy zyskało najwyższy priorytet. Dowództwo było na bieżąco informowane o postępach śledztwa.

 Zbrodnią w pociągu żywo interesowała się prasa. Niektóre tytuły sugerowały zamach polityczny, za którym stali komuniści, może nawet działający na zlecenie Kremla. Wyrażano wątpliwości czy pospolici rabusie odważyliby się podnieść rękę na przedstawicieli armii. Zwracano uwagę, że łupem bandytów padł jedynie bilon, stanowiący ułamek konwojowanej kwoty. Dla „zawodowych” opryszków pieniądze są najważniejsze. Z pewnością nie przeoczyliby 20 tysięcy. A może kradzież wcale nie była głównym celem? Może bardziej liczyła się krew na mundurach a gotówkę zrabowano przy okazji? O politycznym motywie miała świadczyć bliskość granicy z Rosją i fakt, że sowieccy agenci rozpanoszyli się na wschodzie Polski. Zaledwie kilka lat temu odkryto siatkę szpiegowską, której członkowie dla niepoznaki prowadzili na Kresach domy handlowe.

Policja nie wykluczała żadnej ewentualności. Przewożący pieniądze stanowili dość łatwy łup, zarówno dla sabotażystów jak i dla pospolitych bandytów. Podróżowali zwykłym cywilnym pociągiem bez żadnej ochrony. Ponieważ pościg za sprawcami utknął w wołyńskich błotach, szukano śladów zbrodni w Kowlu, skąd wyruszył tragicznie zakończony konwój.

Gaże dla żołnierzy stacjonujących w III Batalionie w Sarnach płatnicy dostarczali zwykle na początku każdego miesiąca. Policja przyjęła, że rabusie wiedzieli o tym, co oznaczało, że znali pułkowe zwyczaje. Nic było to jakąś wielką tajemnicą, aczkolwiek nie wykluczono, że mieli informatorów – być może nieświadomych – wśród żołnierzy 50 Pułku Piechoty.

Próbowano odtworzyć ostatnie godziny kapitana Łopatki i sierżanta Brojka przed podróżą do Sarn. Po pobraniu z kasy gotówki kapitan udał się bezpośrednio na dworzec kolejowy w Kowlu, gdzie spotkał się z przydzielonym mu do asysty sierżantem. Śledczy podejrzewali, że sprawcy mogli przez cały dzień chodzić za nimi i wiedzieć o każdym ich kroku. Znaleźli się świadkowie z dworca, którzy zapamiętali wysokiego mężczyznę w kaszkiecie.

– Wyglądał na podejrzanego typa i kręcił się po peronie blisko tych wojskowych – powiedział jeden z nich.

Jeśli człowiek w kaszkiecie był jednym z morderców, to musiał wyruszyć tym samym pociągiem co Łopatko i Brojek. Nie mógł ich jednak zabić sam. Wspólnicy albo jechali z nim od Kowla, albo wsiedli na którejś ze stacji.

Pochwalił się dolarami

Domysłów, hipotez i znaków zapytania przybywało z każdym dniem. Ale to nie pomagało w ustaleniu tożsamości zabójców. Dopiero po miesiącu śledztwo ruszyło z miejsca.

Na początku czerwca 1931 roku we wsi Łasice, w powiecie sochaczewskim, doszło do napadu rabunkowego na dom niejakiego Chwesika. Mężczyzna niedawno wrócił z USA i przywiózł zza oceanu sporo gotówki. Gospodarz pochwalił się bogactwem przed sąsiadami. Łupem opryszków padło ponad 2 tysiące dolarów amerykańskich. W trakcie napadu zamordowano 19-letniego syna Chwesików, podrzynając mu gardło.

Tym razem szybko ustalono sprawców. Konfidenci przekazali śledczym, że napad na Chwesika to „dzieło” zorganizowanej szajki kresowych złoczyńców z Kowla, która miała na sumieniu wiele innych morderstw i rabunków.

W odstępie miesiąca dwa brutalne zabójstwa rabunkowe miały związek z Kowlem! To nie mógł być przypadek! Policja mocniej przycisnęła informatorów i dowiedziała się, że hersztem szajki jest niejaki Stanisław Zyzek o pseudonimie „Kryśki”. Poznano też nazwiska jego podkomendnych. Działając z zaskoczenia, w pierwszej kolejności zatrzymano w jednej z melin w Kowlu Bazylego Puchacza, który był prawą ręką herszta. Podczas rewizji policjanci znaleźli u niego m.in. rewolwer kapitana Łopatki. W trakcie przesłuchania bandyta przyznał się do udziału w napadzie na dom Chwesika w Łasicach i zabójstwie syna gospodarzy.

– A sprawa w pociągu? – spytał sędzia śledczy. Opryszek początkowo udawał, że nie wie o co chodzi. Po chwili jednak wzruszył ramionami i stwierdził, że nie ma zamiaru odpowiadać za cudze grzechy.

– To też my. Ale skok nadał Zyzek i to on tam grał pierwsze skrzypce – powiedział.

Machina policyjna nabrała tempa. W ciągu kilku dni pod kluczem znaleźli się przywódca grupy Stanisław Zyzek oraz Aleksander Dunaj, Konrad Hrabczyk i Piotr Mikiciuk. Dunaj próbował uciekać, a gdy został otoczony przez policję, wyciągnął rewolwer i strzelił sobie w głowę. Ręka mu jednak zadrżała i kula niegroźnie go drasnęła.

Jak się potem okazało, bandyci na rozkaz herszta przysięgli,  że w razie wpadki popełnią samobójstwo, żeby nie wydać policji kolegów. Ale tylko Dunaj wziął sobie  do serca słowa uroczystego przyrzeczenia. Pozostali – łącznie z „Kryśkim” – nie potraktowali ślubowania poważnie.

Ukryli się w budce

Żaden z członków szajki nie miał nic wspólnego z ruchem komunistycznym. Zyzek, Puchacz i Dunaj byli doświadczonymi recydywistami, karanymi w przeszłości za liczne kradzieże i rozboje. Co ciekawe, nie wszyscy wywodzili się z marginesu społecznego. Herszt pochodził z porządnej i dobrze sytuowanej rodziny mieszczańskiej, zamieszkałej na Kielecczyźnie. Brat Stanisława Zyzka był bogatym przemysłowcem.

„Kryśki” po aresztowaniu zaprzeczał stawianym mu zarzutom. Jednakże, jak wynika z zeznań jego kompanów, którzy nie wypierali się udziału w zbrodniach, to właśnie on był pomysłodawcą napadu na kapitana Łopatkę i sierżanta Brojka. Śledząc oficera, dokładnie wiedział ile pieniędzy wojskowi będą przewozić do Sarn. To Zyzek opracował cały plan, łącznie z tym, w którym momencie podróży wejść z bronią do przedziału kapitana i sierżanta.

Zanim zatrzymano sprawców, zagadką pozostawał sposób w jaki bandyci wtargnęli do wagonu, w którym jechali Łopatko i Brojek. Nie mogli tego zrobić, gdy pociąg znajdował się w ruchu, bo wagony były wówczas pozbawione przejść pozwalających przemieszczać się  między nimi w trakcie jazdy. Natomiast podczas postoju na stacji wejście do II klasy pięciu drabów zwróciłoby uwagę pasażerów i obsługi. Okazało się, że „Kryśki” i jego kompani poradzili sobie w inny sposób. Już na początku podróży ukryli się w budce na jednym z wagonów. Gdy pociąg minął stację Antoniówkę i zbliżał się do Rafałówki, naciągnęli na twarze damskie pończochy i  zsunęli się z dachu wagonu na stopnie. Otworzyli drzwi, do przedziału pierwszy wszedł Zyzek, a tuż za nim Puchacz i Dunaj. Hrabczyk i Mikiciuk ubezpieczali „tyły” i pilnowali tobołka, w którym znajdowały się ubrania na zmianę oraz sztuczne wąsy i brody.  Mieli się przebrać i ucharakteryzować po opuszczeniu pociągu, żeby nie rozpoznali ich świadkowie na jakich mogli się przez przypadek natknąć.

Pierwszy strzelał „Kryśki”. Trafił sierżanta Brojka w głowę. Po nim cyngle nacisnęli Puchacz i Dunaj. Huk strzałów zbudził kapitana, który rozpaczliwie próbował się bronić przed bandytami. Wobec przewagi liczebnej opryszków nie miał jednak szans. Po dokonaniu podwójnego morderstwa sprawcy wyrzucili z pociągu martwe ciała wojskowych i sami z niego wyskoczyli w biegu. Nie chcieli powiedzieć dlaczego zrabowali tylko walizkę z bilonem. Być może wstydzili się, że przegapili banknoty.

Każdy z nich pojedynczo wrócił do Kowla. Przez kilka tygodni nie kontaktowali się ze sobą i siedzieli cicho, udając przykładnych obywateli. Zrabowana kwota 4 tysięcy  złotych, choć nieporównywalna do pozostawionej w pociągu, pozwalała na wygodne życie. Wilka ciągnie jednak do lasu. Po upływie miesiąca „Kryśki” skrzyknął kompanów i napadli razem na bogatego gospodarza w Łasicach.

Zyzek snuł plany kolejnych skoków. Zamierzał napaść na kasę skarbową w Kowlu. W tym celu postarał się nawet o samochód, którym banda zamierzała uciekać po dokonaniu napadu.

Obraził wdowę i sąd

Zabójcy odpowiadali przed Sądem Okręgowym w Równem. Początkowo oskarżano kierownika pociągu Babickiego o pomocnictwo w zbrodni. Zarzucono mu, że mając do dyspozycji telefon polowy nie powiadomił policji o napadzie, chociaż zapewne wiedział lub domyślał się, że w wagonie wojskowych wydarzyło się coś złego. Sąd uniewinnił jednak kolejarza.

Bazyli Puchacz i Aleksander Dunaj potwierdzili w trakcie rozprawy, że oddali strzały do kapitana Łopatki i sierżanta Brojka oraz że uczestniczyli w napadzie i zabójstwie w Łasicach. Konrad Hrabczyk i Piotr Mikiciuk przyznali się do współudziału w obu zbrodniach. Natomiast herszt Zyzek dalej szedł w zaparte, utrzymując, że został wrobiony w przestępstwa, których nie popełnił. Żądał przedstawienia mu twardych dowodów winy Zachowywał się arogancko, obrażał sąd i wdowę po kapitanie Łopatce, która obserwowała proces z miejsc dla publiczności.

Stanisław Zyzek, Bazyli Puchacz i Aleksander Dunaj zostali skazani na kary śmierci. Puchaczowi i Dunajowi po ponownym rozpatrzeniu sprawy na wniosek obrony zamieniono wyroki na dożywotnie więzienie. Żadnych okoliczności łagodzących nie zastosowano wobec Stanisława Zyzka. Morderca zawisł na szubienicy.

Natomiast Konrad Hrabczyk i Piotr Mikiciuk, których rola w napadzie i morderstwach nie była czynna, zostali potraktowani znacznie łagodniej. Hrabczyka skazano na 4 lata, a Mikiciuka na osiem miesięcy więzienia.

Mariusz Gadomski

Artykuł pochodzi z magazynu Reporter