Strona główna Sochaczew miasto Tragedia w sochaczewskim psychiatryku

Tragedia w sochaczewskim psychiatryku

3776
0
PODZIEL SIĘ

Prokuratura Rejonowa w Sochaczewie oraz policja, wyjaśniają kulisy tragedii, do jakiej doszło w ubiegłym tygodniu na oddziale psychiatrycznym sochaczewskiego szpitala. W ubiegłym tygodniu jeden z pacjentów odebrał sobie życie.
Dla dobra prowadzonego śledztwa mogę jedynie potwierdzić, że rzeczywiście zdarzenie, o które państwo pytacie, miało miejsce. A śledztwo w sprawie wyjaśnienia jego okoliczności prowadzi Prokuratura Rejonowa w Sochaczewie. I to jedyne informacje, jakich w tej chwili mogę udzielić – poinformował nas Paweł Rynkiewicz z biura prasowego Komendy Powiatowej Policji w Sochaczewie.
Ucieczka w śmierć
Tymczasem, jak wynika z naszych informacji, zmarłym jest 24-letni mieszkaniec Żyrardowa. Jedna z przekazanych nam wersji mówi o tym, że trafił on na oddział psychiatryczny w stanie dużej depresji. Niewykluczone, że zanim został przewieziony do szpitala, zażył dopalacze. Ale która z tych wersji jest prawdziwa, wyjaśni śledztwo. Wiadomo natomiast, że mężczyzna trafił do tak zwanego „akwarium”. Jest to pokój z oknem, dzięki któremu personel może bezustannie obserwować zachowanie pacjenta. Dodajmy, że trafiające tam osoby są na czas pobytu w „akwarium” unieruchamiane pasami. Czy podobną procedurę zastosowano w przypadku mieszkańca Żyrardowa, tego nie wiadomo. Ale prawdopodobnie nie. Warto również wspomnieć o tym, że sochaczewskie „akwarium” nie jest zamykane i przebywające w nim osoby mogą otworzyć drzwi od środka.
I właśnie to było jedną z przyczyn tragedii. Była czwarta nad ranem. Pacjent, wykorzystując zajęcie się nadzorujących go osób innymi sprawami, niezauważony przez nikogo opuścił pokój. Jego nieobecność została zauważona dopiero po kilkunastu minutach. I natychmiast rozpoczęto poszukiwania. Mężczyznę odnaleziono w jednej z ubikacji, w której odebrał sobie życie, wieszając się.
Tajemnicza śmierć
To nie pierwszy przypadek, gdy na oddziale psychiatrycznym sochaczewskiego szpitala doszło do śmierci. Jak wynika z naszych informacji, przed Sądem Okręgowym w Płocku toczy się sprawa mająca wyjaśnić przyczyny śmierci jednej z pacjentek oddziału.
Z kolei Prokuratura Okręgowa w Warszawie przez ponad dwa lata prowadziła dochodzenie dotyczące ustalenia przyczyn śmierci Moniki Zdrojewskiej, byłej wiceminister sprawiedliwości. Jeden z wątków śledztwa dotyczył sochaczewskiego szpitala – a dokładanie niespodziewanego pobytu minister na oddziale psychiatrycznym. Przypomnijmy, że Zdrojewska po zażyciu silnej dawki leków trafiła do jednego z łódzkich szpitali. Przez dwa dni była podłączona do sztucznej wątroby i czekała w kolejce na przeszczep. Potrzebny organ pojawił się w Warszawie. Tylko, że czekali na niego inni chorzy. Ktoś jednak podjął decyzję, aby kobietę w stanie nie nadającym się jeszcze na operację przewieźć do Warszawy. Aby objeść kolejkę, zdecydowano się na umieszczenie jej w sochaczewskim szpitalu. Stawiając jego personel szpitala pod ścianą. Gdyż szpital nie posiada tak skomplikowanej aparatury do ratowania życia. Nie wykluczono, że liczono, iż winę za to ponosiłby sochaczewski ZOZ. Aby uwiarygodnić swoje działania, zastosowano trik z psychiatrykiem. Chodziło o to, aby w razie wątpliwości twierdzić, że pacjentka trafiła do Sochaczewa po zatruciu lekami, na detoks. Potem kazano ją przenieść na OIOM, a z niego, w związku z zanikiem pracy wątroby, przewieziono ją na przeszczep do Warszawy. Jednak na przeszczep wątroby było już za późno. Zdrojewska, odłączona od aparatury podtrzymującej życie i przewożona z miejsca na miejsce, była w agonalnym stanie i zmarła podczas operacji.
Jerzy Szostak
fot. Pixabay