Strona główna Wywiady Chce tworzyć i nie marnować życia

Chce tworzyć i nie marnować życia

152
0
PODZIEL SIĘ
Z Danutą Sawą, twórczynią rękodzieła artystycznego, dziewiarką i malarką rozmawia Bogumiła Nowak
Jak zaczęła się Pani przygoda życiowa z szydełkiem i tworzeniem artystycznego rękodzieła?
Od kiedy pamiętam zawsze coś tam robiłam, bo lubiłam tworzyć własne dziełka. Zawsze też, przez całe życie miałam setki pomysłów. Robótek szydełkowych nauczyła mnie jako dziecka jeszcze moja babcia. Uczyła na drewnianych szydełkach, które sama wystrugała. Nie szło mi z początku najlepiej, bo za mocno ściągałam nitki i nie można było tego szydełka wbić w materiał. Ułamywały się haczyki i babcia musiała wystrugać nowe. Jednak z biegiem czasu nauczyłam się i nabrałam wprawy w tych robótkach. Polubiłam je i stały się moją życiową pasją.
Czy pamięta Pani swoje pierwsze w życiu szydełkowe dzieło?
Ależ oczywiście, że pamiętam. Chciałam sobie zrobić czapkę z moherowej wełny. Bardzo długo i mozolnie ją dziergałam. W końcu po wielu próbach i błędach wymęczyłam to dzieło. Nie byłam w pełni z tej pracy zadowolona. Tak więc nie pamiętam, czy potem te czapkę długo nosiłam. Jednak z czasem zaczęłam coraz bieglej władać szydełkiem. Nauczyłam się też robić różne rzeczy na drutach. Także z początku to były również wystrugane patyki. Pierwsze takie prawdziwe szydełko i druty kupione w sklepie to już dużo późniejsze czasy. Robiłam praktyczne różności – przydatne dla siebie i rodziny. Nie wszystko w tamtych czasach, jak obecnie można było kupić. Więc jeśli ktoś był biegły w szydełku, czy drutach to miał ogromne szczęście i szansę na posiadanie czegoś nowego i ładnego. Robiłam wtedy płaszczyki, sukieneczki i swetry dla córki. Potem serwety, obrusy i serwetki, a nawet zmierzyłam się z wykonaniem firan. Najwięcej obdarowuję moją córkę, wnuczkę i przyjaciół.
 W pewnym momencie wyszła Pani poza krąg najbliższych osób i zaczęła pokazywać swoje prace na wystawach i świątecznych kiermaszach rękodzieła. Od jak dawna tworzy Pani z myślą o eksponowaniu swych prac.
To już będzie z jakieś 10, a może nawet więcej lat. Bardzo lubię uczestniczyć w wystawach i wszelkich prezentacjach. To mobilizuje mnie do działania i zmusza do aktywności. Jestem już osobą na emeryturze, nie pracuję i gdybym nic nie robiła marnowałabym tylko czas. Trzeba coś robić, znajdować sobie prace i pasje, nie nudzić się. W moim życiu nie miałam wcześniej czasu i możliwości na zajmowanie się rękodziełem i sztuką. Szkoła, praca, rodzina są czasochłonne. Jednak, kiedy odeszłam na emeryturę to w końcu pojawił się ten czas, który można właściwie i z sensem spożytkować.
Pracować trzeba, bo praca jest potrzebna człowiekowi. Nie wyobrażam sobie bym siadła przed telewizorem lub radiem i nic nie robiła. Zresztą nie mam w domu ani telewizora, ani radia, gdyż nie chcę ich mieć. Mam tyle ciekawszych zajęć niż gapienie się w telewizor, czy słuchanie radia. Dużo czytam i udzielam się twórczo. Po raz pierwszy publicznie pokazałam swe prace na kiermaszu w Hotelu Chopin. Potem były kiermasze świąteczne w Chabrowym Dworku. To mnie wciągnęło i jak tylko zdrowie mi pozwala uczestniczę w tym.
Czyli praca mobilizuje Panią do ciągłego odkrywania siebie i swych umiejętności.
Tak właśnie się dzieje. Pierwsza publiczna prezentacja zmusiła mnie do pracy nad sobą, pokonywania trudności i przeszkód. To nie jest łatwe pokazać, co się zrobiło. Nie jestem twórcą, który ma wykształcenie artystyczne. Nie ukończyłam żadnej szkoły w tym kierunku. Jestem tylko samoukiem. Do wszystkiego dochodzę metodą prób i błędów, a to bardzo mozolne. To dłuższa droga i bardziej skomplikowana. Ale gdzie mi się spieszy? Mam czas i ochotę, by ciągle tworzyć i rozwijać swoje umiejętności.
Poza tym to jest bardzo fajne uczucie spotykać bardzo podobne do siebie osoby w Stowarzyszeniu Uniwersytet Trzeciego Wieku. Wspaniale jest wspólnie odkrywać swe artystyczne fascynacje, pracować nad sobą i być w gronie sympatycznych osób. Każda z nas stara się tworzyć i pokazywać, co jej się udało. Już dla takich samych spotkań i tej cudownej atmosfery przyjemnie jest ukazać, co i jak się robi.
Skąd bierze Pani pomysły i inspiracje do swych prac?
Do robienia tych wszystkich szydełkowych prac pomocne są specjalne gazety i zeszyty, które się kupuje w kiosku. To stąd czerpię głównie inspirację. Nie sposób przecież wszystkiego zapamiętać, tych wzorów, kombinacji. Czasem gdzieś coś podpatrzę u innych i tworzę według własnego spojrzenia. W tych zeszytach z robótkami przede wszystkim szukam podpowiedzi. Wybieram sobie z nich jakiś temat lub fragmenty pracy. Wybieram to, co mnie zaciekawiło i podoba się najbardziej. Tworzę na tej bazie to, co chcę, gdyż nie kopiuję wiernie żadnych z dzieł. Traktuję to jako pomysł i inspirację. Czasem jednak wymyślam własne kompozycje. Tak na przykład było, kiedy do dekoracji świątecznych na Wielkanoc robiłam szydełkiem stokrotki i dzwoneczki. Wymyśliłam je sobie, a potem okazało się, że podobnie dziergane kwiatki są w jednej z gazet. To była dla mnie ogromna satysfakcja, że udało mi się wymyślić coś, na co wpadli też inni. Ale nie zawsze tak jest.
 Jak wspomniała Pani, kiermasze i wystawy są sprawdzianem pomysłów.
To prawda. Przy czym zmuszają do całkowitej samodzielności. Od samego początku, jak startowały kiermasze świąteczne w Chabrowym Dworku, ich organizatorzy postawili nam twórcom wysoko poprzeczkę. Wszystko musiało być wykonane własnoręcznie. Powiedziano nam, że nie można korzystać z żadnych zapożyczonych elementów. Trzeba było od początku do końca wymyślić coś świątecznego – stroiki, kwiatki, jajeczka, serwety i firany. Trzeba było wykazać się własną pracą. To jednak daje satysfakcję. I od razu sprawdza się, czy trafiło się z pomysłem do ludzi. Ktoś o rękodziele, czy obrazie może powiedzieć, że jest ładne nawet przez grzeczność. Jednak, jeśli ktoś nagradza moją pracę, czy ją kupuje to nie robi mi tu łaski. Rodzina, koleżanki, znajomi oceniają to subiektywnie. Jury konkursu, czy kupujący jest obiektywny i pozbawiony sentymentów. Nagroda, czy zakup to wyznacznik uznania dla mojej pracy.
Co daje poza tym Pani ta praca w kreowaniu sztuki?
Szczerze mówiąc niewiele, jeśli chodzi o fundusze i zyski. Te są skromniusieńkie. Trzeba by mieć ogrom wykonanych prac i masę sprzedanych dzieł, by było to dochodowe. To są naprawdę drobne rzeczy – jak osłonki na jajka, serweteczki, kurki w koszyczkach, kwiatki, ale myślę, że dające wiele radości nabywcom. Lubię robić te dekoracyjne rzeczy i widzieć, jak ludziom się one podobają. Wykonywanie ich pasjonuje mnie i wypełnia mi czas. Nie robię tego dla wielkich zysków. Sporo daję moim bliskim. Najczęściej obdarowywana jest moja córka. Raz nawet zrobiłam jej firanę na balkonowe okno. Nie za bardzo udany pomysł, bo robiąc tę pracę zapomniałam, że firana wisząc wyciąga się. I jak się okazało po zawieszeniu, któryś raz z rzędu, jej część leżała na podłodze. Więc kiedy córka poszła do pracy to ja szybciutko odprułam dół – gdyż firany robi się z części, które się potem łączy – i przerobiłam to dziełko. No i teraz jest już w porządku. Cóż człowiek całe życie się uczy. Jednak ja bardzo lubię poznawać różne umiejętności i uczyć się. Nie dano na przykład na kursie Romany Boreckiej uczyłam się robić kwiaty z materiału. Chciałam spróbować, czy będę umiało. Udało się i mam z tego ogromną radość.
Pani prace malarskie są doceniane i uważane za udane.
To miłe słowa, ale nie jestem żadnym artystą malarzem. Nie skończyłam żadnej szkoły artystycznej i do wszystkiego doszłam sama na zasadzie prób i błędów. Chodziłam, co prawda na kurs malowania do pani Neli Bryłowskiej, ale to jedyna moja artystyczna edukacja.
Choć coś tam rysowałam i kreśliłam całe życie, to dopiero w starszym wieku chwyciłam za pędzel i zaczęłam próbować malowania. Jeszcze niewiele umiem i zapewne nie zdążę się wszystkiego nauczyć. Coś mi tam wychodzi – raz lepiej, raz gorzej, ale staram się. Najbardziej lubię robić portreciki. Podobno, jak mówią oglądający moje prace udaje mi się uchwycić podobieństwo. Jednak nie mam warsztatu plastycznego.
Moje największe sukcesy? W Ogólnopolskim Konkursie Plastycznym im. Władysława Ślewińskiego w edycji „Nasi ojcowie”, organizowanym przez Towarzystwo Miłośników Malarstwa Władysława Ślewińskiego, otrzymałam wyróżnienie. Były też podziękowania od burmistrza Sochaczewa za prace. Zebrało się tego trochę. Cały czas dokumentuję i zbieram informacje o moich działaniach twórczych. To nie z próżności, ale chcę zostawić jakąś pamiątkę moim wnukom. Teraz też się szykuję do kolejnej edycji konkursu plastycznego ogłoszonego przez Towarzystwo Miłośników Malarstwa Władysława Ślewińskiego, tym razem z okazji niepodległości. Przygotowałam na ten konkurs portret marszałka Józefa Piłsudskiego. Jednak taki trochę inny od powszechnie lansowanych. On na moim portrecie malowanym na podstawie jednego ze zdjęć jest już stary, zmęczony życiem i jakby rozczarowany tą Polską, jakiej doczekał. Nie chciałam go robić pomnikowo, ale tak po ludzku.
Próbowała Pani też swych sił w ceramice, która przecież nie jest taka łatwa.
Owszem. Próbowałam się zmierzyć z tą sztuką. Jednak nie mam takich dużych możliwości. Wraz z grupka pań próbowaliśmy zachęcić na jednym ze spotkań pana dyrektora Artura Komorowskiego, aby zorganizować pracownię przy Sochaczewskim Centrum Kultury. Jednak nie jest to takie łatwe. To dość kosztowne przedsięwzięcie i chyba nie ma szans, przynajmniej na razie, by taka pracownia powstała. To nie tylko problem lepienia i rzeźbienia w glinie. Potrzebne są też specjalne piece. Wiem, że na przykład w Młodzieszynie jedna z pań uczy ceramiki, ale robi to wykorzystując swój własny piec do wypalania gliny. Mam nadzieję, że kiedyś w Sochaczewie uda się stworzyć pracownię ceramiczną.
Czy jest jakiś pomysł, którego Pani nie zrealizowała, a chciałaby zrobić, jakaś praca?
Nie mam aż takich aspiracji twórczych. Jak wspomniałam nie jestem artystką. Nie należę też do ludzi, którzy coś muszą osiągnąć i wyznaczają sobie cele do realizacji. Ja wykonuję codziennie jakieś pomysły, które wpadają mi przypadkiem do głowy. Robię coś, co mi się spodoba, bardziej dla własnej satysfakcji niż z chęci zaistnienia, czy zysku. Rodzina wspiera mnie i podziwia to co robię. Znajomi i przyjaciele kibicują. To w zupełności wystarcza mi do szczęścia.
Poza tym jakbym zrobiła w końcu tę wymarzoną, jedyną i niepowtarzalną rzecz, to co byłoby dalej? Życie straciłoby sens poszukiwania i działania. Trzeba zawsze mieć coś przed sobą, coś w rezerwie do wykonania. I robić wszystko, by życia nie marnować i nie nudzić się. Człowiek musi działać cały czas, bo to według mnie sens życia.
 Życzę więc Pani tej pasji i aktywności w twórczym działaniu. Dziękuję za rozmowę