Strona główna Powiat Akrobatyka to całe moje życie

Akrobatyka to całe moje życie

368
0
PODZIEL SIĘ
Z Małgorzatą Miller, byłą artystką cyrkową, instruktorem akrobacji rozmawia Bogumiła Nowak
Jak to się dzieje, że wybiera się taki zawód jak cyrkowiec? Skąd to się u Pani wzięło?
To bardzo prosta i nieskomplikowana sprawa. Całe życie mieszkałam w Julinku, miejscu, gdzie działa szkoła cyrkowa. Od dzieciństwa marzyłam, żeby zostać artystką cyrkową i uprawiać woltyżerkę. I tak to się skończyło. Zrealizowałam marzenia. Moją specjalizacją zawodową jest właśnie jeździectwo.
 
Zapewne to nie tylko chęć popisów z Pani strony, ale również wielka miłość do koni? Jak potoczyły się Pani losy?
Oczywiście, że tak. Uwielbiam te zwierzęta i bez miłości do nich trudno sobie wyobrazić, bym była dobra w swojej specjalizacji. Pracując w cyrku, poznałam swojego męża, Sergiusza, który jest mistrzem Rosji w gimnastyce sportowej i artystą cyrkowym. Przyjechał  wraz ze swoim zespołem na występy do Polski i już tu został. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy się razem zrobić coś swojego. Stworzyliśmy z naszym duetem dwa numery cyrkowe, pierwszy na trapezie pod kopułą cyrku, a drugi to numer ekwilibrystyczny. Tę pracę wykonywaliśmy przez prawie 20 lat.
To chyba dość wcześnie zaczęliście karierę akrobatyczną?
No, nie tak bardzo. Ja dopiero po szkole cyrkowej. Kiedyś ta szkoła była dopiero po edukacji w szkole średniej. Teraz można już ją zacząć jako 13-letnie dziecko. To lepiej, gdyż ma się większą szansę na dłuższą karierę. W młodym wieku jest się bardziej elastycznym i sprawnym. Dzieci mają większą gibkość, ruchliwość i mniej myślą, co może się niebezpiecznego zdarzyć. Tak właśnie zaczęła się nasza praca w cyrku. Później, kiedy zdecydowaliśmy się ją zakończyć, zapadła wspólna decyzja, że nadal będziemy zajmować się akrobatyką. Na dotychczasowe, intensywne życie w cyrku nie pozwalało nam już zdrowie. Zaczęły się problemy zdrowotne, z kręgosłupem, a poza tym trzeba było troszeczkę zmniejszyć tempo życia. Mamy dwoje dzieci i one musiały rozpocząć normalną edukację w szkole. A jak wiadomo, życie cyrkowe jest niestety nieustabilizowane.
Wtedy narodził się pomysł z edukowaniem małych akrobatów?
Zdecydowaliśmy się spróbować z zajęciami sportowymi dla dzieci i młodzieży. To była taka nisza. Nikt tego w okolicy nie robił, więc była szansa i możliwość wyjścia z czymś ciekawym, a jednocześnie z promocją zdrowego stylu życia. Udało się i bardzo się z tego cieszymy, bo to jest nasza wielka miłość i pasja. Nie wyobrażam sobie innej pracy, na przykład siedzącej za biurkiem przez osiem godzin. To nie dla mnie.
Gdzie wystartowała pierwsza Strefa Akrobatyki, jako zajęcia i kurs dla pasjonatów aktywności ruchowej?
To było równo osiem lat temu. Zaczęło się w Kampinosie. Później, jak poszła fama o tym co robimy, zaczęły powstawać kolejne Strefy w ościennych miejscowościach. I tak krok po kroku nasze lekcje zdobywały sobie uznanie i kolejnych małych entuzjastów aktywności sportowej. W Sochaczewie jesteśmy od niedawna. Raptem to jest parę miesięcy. Jednak chętnych również tu nam nie brakuje. Dzięki regularnej akrobatyce rekreacyjnej uczymy się świadomości i możliwości własnego ciała. Nie od razu chodzi o wyczyn, ale o to, że akrobatyka rozwija i kształtuje psychomotorycznie, daje siłę, gibkość, koryguje niedoskonałości ciała, uczy dyscypliny, współpracy w grupie, odwagi, systematyczności, orientacji przestrzennej, pozwala uwalniać emocje, eliminuje stresy.
Jak pomysł przyjęły dzieci i ich rodzice? Czy były jakieś problemy organizacyjne?
Z dziećmi nie mamy od lat najmniejszych problemów. Praktycznie żadnych. Co prawda zdarzają się przypadki, że boją się jakichś trudniejszych ćwiczeń, choćby salta w tył. To są rzeczy dość skomplikowane i niebezpieczne do wykonania. Są jednak dzieci, które fajnie to robią. Na naszych zajęciach nigdy (odpukać) nie zdarzył się żaden poważniejszy wypadek. Poza rzecz jasna kontuzjami typu skręcenie kostki czy stłuczenia, co zdarza się na każdych zajęciach sportowych. Zawsze jest u nas pełna asekuracja i zabezpieczenie. Nic dzieciom u nas nie grozi. Rodzice mają do nas zaufanie i przyprowadzają swoje pociechy od kilku lat.
Podobno również państwa synowie wykazują zainteresowanie sportem. Czy więc szykują się następcy w akrobatyce?
Nie mogło stać się inaczej, ponieważ nasze dzieci wychowały się w cyrku.  Jeden z synów  połknął bakcyla sportowego już w wieku 5 lat. Wtedy pracowaliśmy w Niemczech. Tam zobaczył, że dzieci dyrekcji cyrku pracują na arenie, a są niewiele starsze od niego. On też chciał spróbować. Początki były takie, że wychodził w stroju klauna, wynosił dwumetrowego węża boa na ramionach. Dawał sobie z tym radę, choć to spory ciężar, jak na małe dziecko. No i nie bał się. Taki był jego start na arenie cyrkowej, który bardzo się publiczności podobał. Od 2009 roku syn ćwiczy z nami akrobatykę. Jego drugą pasją jest judo, które uprawia od sześciu lat i odnosi sukcesy. Drugie moje dziecko, nieco starszy syn, bo już pełnoletni, biega na dystansach dziesięciokilometrowych. To jego hobby i sposób na aktywny i zdrowy styl życia. Moi synowie od zawsze lubią sport. Myślę, że udało nam się  zarazić dzieci aktywnością fizyczną. Sądzę, że to właśnie rodzice powinni dawać przykład dzieciom, jak aktywnie spędzać wolny czas. Trzeba je wdrażać od najmłodszych lat. Te zajęcia, które prowadzimy, mają za cel usprawnienie ruchowe dzieci. To są zajęcia ogólnorozwojowe, które przygotowują je do różnych dyscyplin sportu i poprawiają ogólną sprawność. Zawsze podkreślamy rodzicom, gdy zapisują do nas swe pociechy, jak to jest ważne, aby być sprawnym, a nie przesiadywać całe dnie przed telewizorem lub komputerem.
Jednak nie przygotowujecie najmłodszych do wyczynowego sportu.
Jak wspomniałam, nasze zajęcia mają typowo rekreacyjny charakter. Nie organizujemy ich z myślą o wyczynowych adeptach sportu. To zajęcia dodatkowe, pozalekcyjne, gdzie można też nauczyć się różnych fajnych umiejętności np. chodzenia na rękach, przewrotów, salt, kręcenia  hula-hop czy ewolucji na trapezie. Co prawda jeszcze w Sochaczewie nie ma takich możliwości. Jednak w innych prowadzonych przez nas placówkach, na przykład w Teresinie, dzieci ćwiczą na trapezie. To im sprawia niesamowitą frajdę. Dla nas wielką radością jest to, że dzieciaki bardzo chętnie uczestniczą we wszelkich pokazach, jakie urządzamy dla publiczności. Takie występy  staramy się przygotowywać w miarę często, aby dzieci mogły zaprezentować nabyte umiejętności. U nas dzieciaki nie tylko ćwiczą, ale doskonale się bawią i mają super pomysły. Są nieprzewidywalne, niesamowite, ale pełne radości życia. Często trudno je z treningu wygonić do domu.
Wśród ćwiczących przeważają dziewczęta. Czyżby chłopcy wstydzili się akrobacji?
Rzeczywiście zdecydowanie mniej jest chłopców uczestniczących w naszych zajęciach. Być może się wstydzą i krępują zajmować takim rodzajem sportu. Choć są tacy, którzy dają sobie świetnie radę i bardzo dobrze ćwiczą. Tu wszystko zależy od chęci dziecka i możliwości rodziców, którzy dowożą pociechy na zajęcia. Z najmłodszymi jest problem. Czasem mimo dobrych efektów rodzice nie dają rady zawieźć swych pociech na zajęcia. Na przeszkodzie staje często praca zawodowa. A rodzic powinien być zdyscyplinowany pod względem frekwencji, jeśli chce, aby dziecko czegoś się nauczyło. Aby były wymierne efekty, liczy się bardzo dyscyplina i sumienność.
Polskie dzieci oraz ogólnie nasze społeczeństwo chyba mocno odstaje od tego, co jest w Europie, i raczej trudno mówić o tym, że jesteśmy sprawnym fizycznie narodem.
To prawda. Tym bardziej, że nie ma takich sprawnościowych zajęć. Najbardziej widoczne jest to w małych miasteczkach i gminach. W szkołach przewroty gimnastyczne, czyli tzw. fikołki, wprowadzane są dopiero w czwartej, czy piątej klasie. Nikt nie uczy dzieci typowej sprawności fizycznej. Szkoda, bo dzieci w wieku wczesnoszkolnym powinny uczestniczyć w tego typu ćwiczeniach. Gry zespołowe to nie wszystko, więc trudno tu mówić o jakiejkolwiek sprawności ruchowej. Przychodzą do nas na zajęcia takie dzieci, które nie potrafią poprawnie biegać, czy skoordynować ruchów. To jest duży problem, który rzutuje na późniejsze, dorosłe życie.
Jednak na swoim przykładzie muszę stwierdzić, że z roku na rok poprawia się nieco ta sytuacja. Widać już na ulicach, że nawet wiele starszych osób zaczęło biegać i uprawia różne dyscypliny sportu. Ludzie starają się coraz bardziej dbać o siebie i swoją kondycję. Zaczyna się tę aktywność dostrzegać, ale to jeszcze zbyt mało, jak na razie. Cieszy jednak, że zaczynamy doganiać inne kraje.
 
W wielu szkołach lekcje WF nadal są problematyczne. Najczęściej sprowadzają się jedynie do gry w piłkę.
Rzeczywiście najczęściej tak jeszcze bywa, choć powoli dostrzegam zmiany na lepsze. Sama byłam wytykana w szkole palcami, gdyż nauczyciel twierdził, że zawsze chciałam ćwiczyć, gdy inni chcieli grać w piłkę. Stąd może nasze zajęcia odbiegające od sztampy cieszą się takim powodzeniem. Dzieci uczą się nie tylko gimnastyki i akrobatyki, ale też sztuczek cyrkowych. To jest dla nich ciekawe. Zresztą sama będąc uczennicą szkoły cyrkowej w Julinku, przez pierwszy rok musiałam zaliczać różne elementy z każdej dziedziny sztuki cyrkowej. Była akrobatyka, gimnastyka, ekwilibrystyka, żonglerka rytmika, batut, woltyżerka. Następnie adept sztuki cyrkowej wybierał specjalizację, którą chciałby się zajmować. Choć zawsze pociągała mnie najmocniej woltyżerka, to  nie był mój jedyny zawód w cyrku. Był też trapez, lina pionowa i inne. Świat cyrku to wiele wyzwań i przygoda życia.
Więc zachęca Pani swym przykładem do tej przygody?
Chętne dzieci i młodzież, które chciałyby spróbować swoich sil na naszych zajęciach, zapraszam na odwiedzenie naszej strony Zone of acrobatics na Facebook. A tych, którzy zechcą pójść tym tropem, do odwiedzenia nas i uczestniczenia w zajęciach. Organizujemy również obozy sportowe z akrobatyką.
Dziękuje za rozmowę