Strona główna Historia GOLGOTA MIESZKAŃCÓW BOGDAŃCA (II)

GOLGOTA MIESZKAŃCÓW BOGDAŃCA (II)

529
0
PODZIEL SIĘ
  W niedługim czasie odbył się kolejny epizod „Golgoty”. Pod koniec lipca 1944 roku, przed odpustem w Zawadach, Niemcy zjawili się nad ranem ponownie w wiosce. Scenariusz był niemal identyczny co poprzednio. Okrążyli całą wieś, nie interesując się tylko jednym gospodarstwem.
– Wypędzili pozostałych mieszkańców wioski na  pole babci Franciszki i kazali kopać dół. Spędzono też mieszkańców z wielu pobliskich wiosek: Feliksowa, Szczytna, Pilawic, Janaszówka i Wyjazdu. Miała to być wielka pokazówka dla innych. Niemcy ściągnęli wozy w ramach podwody. W czasie kiedy mieszkańcy kopali dół, ludzie z okolic musieli powyciągać z chlewów i obór cały dobytek skazańców i załadować je na wozy, oraz przywiązać do nich konie i krowy, po czym kawalkada ruszyła w kierunku Sochaczewa. Według mojej wiedzy, miało to trafić do jakiegoś folksdojcza mieszkającego obok miasta – relacjonuje Adam Misiak.
Drugie „bicie” Bogdańca
Los mieszkańców Bogdańca został przypieczętowany. Do ustawionych twarzą do wykopu ludzi oddano serię z CKM-u, ciała zwaliły się do środka. Na ziemi leżało kilkumiesięczne dziecko Heleny Dąbrowskiej, wyrwane uprzednio z rąk zabitej właśnie matki. Jeden z Niemców chwycił je za nogi i uderzył główką o biedkę, na której był zamocowany CKM. Zabił je na miejscu i wrzucił do dołu. Chłopom nakazano go zasypać, a w tym czasie w ogniu stanęły podpalone przez gestapo domy zabitych.
Grób był płytki, a ci, którzy byli świadkami tego pochówku, twierdzili, że po jego zasypaniu było widać ruszającą się ziemię. Jeden z Niemców ostrzegł, że taki los czeka wszystkich, którzy będą pomagać bandytom. Podczas tej egzekucji zostało rozstrzelanych 7 rodzin m.in.: Boczkowscy, wraz z siostrzeńcem pana Boczkowskiego, Włodarczykowie, Runowieccy, Franiszka Ziomska, jej córka Helena Dąbrowska wraz z dzieckiem, Władysław Jagodziński z żoną i synem, Jan Stępniak, dziewczyna o nazwisku Stępniak, oraz Marysia Jagodzińska. Podaną przez pana Adama Misiaka listę udało się uzupełnić z pomocą materiałów przechowywanych w Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą.
Po zasypaniu dołu żandarmi zostawili czterech ludzi na warcie, aby zabitych nie odkopano.
Zostały jeszcze dzieci Ziomskich: Tadeusz – 9 lat, Tereska – 11 lat, oraz najstarszy Mieczysław – 13 lat. Niemcy przez jakiś czas zastanawiali się, co z nimi zrobić; w końcu dowódca orzekł, że zostaną zabrane do siedziby żandarmerii w Chodakowie. Zagroził, że jeżeli w ciągu tygodnia nikt po nie się nie zgłosi, także zostaną rozstrzelane. Szczęśliwym trafem przy egzekucji był obecny Jan Pawłowski i jego szwagier Sot – ówczesny sołtys Szczytna. Uzgodnili razem, że dzieci zabiorą i na trzeci dzień pojechali po rodzeństwo do Chodakowa. Być może dzięki nim dzieci ocalały.
– Na przełomie września i października dzieci odeszły od państwa Pawłowskich do swoich najbliższych rodzin, Mietek i Tereska trafili do brata swojej zabitej mamy, Stanisława i Eugenii Misiaków z Topołowej. Tadek zaś dołączył do siostry Stasi Dąbrowskiej u wujostwa Weroniki i Stanisława Szymaniaków w Pawłówku. Z ocalałej piątki w Niemczech żyje obecnie jeszcze Stanisława, która trafiła tam mając lat 18, wywieziona na roboty do Rzeszy – wspomina Adam Misiak.
Zginęli przez donos
Druga egzekucja Bogdańca była wynikiem donosu, który ktoś złożył na bandę, a za jego winowajcę uznano tego, którego dom Niemcy ominęli.
Podczas ekshumacji, która odbyła się w kwietniu 1945 roku, jak tylko nastąpiła odwilż, potwierdziło się, że nie wszyscy zginęli od kul. Cztery osoby podusiły się w dole przysypane ziemią. Pomimo częściowego rozkładu widać było, że niektóre ciała miały tylko powierzchowne rany.
Miejsce drugiej egzekucji mieszkańców Bogdańca
– Pogrzebem zajęła się ocalała córka Franciszki, moja mama Kazimiera. Ojciec, Wacław Misiak z bratem kupili w Kampinosie drzewo. U braci w Niepokalanowie, którzy mieli tartak, pocięto deski, wysuszono je i zrobiono trumny. Pomordowanych pochowano na cmentarzu w Trojanowie  – dodaje Adam Misiak.
Ostatnim rozdziałem było odnalezienie winnego donosu. Podejrzewano ocalałego z pogromu mieszkańca wsi, który jednak przysięgał się, że to nie on. W końcu przyciśnięty wyjawił, że mógł to być jego ojciec. Ktoś o tym fakcie doniósł na UB, które zaczęło tego człowieka prześladować i grozić śmiercią. Być może z tego powodu sam odebrał sobie życie.
Kaźń dotknęła niewinnych ludzi, ale prawdziwi bandyci uniknęli sprawiedliwości. Można powiedzieć, że mieli niebywałe wręcz szczęście, unikając wpadki w ręce Niemców. W. również uciekł z rodzinnej wsi, ukrywając się u rodziny w Gnatowicach. Przez jakiś czas pracował w zakładach chodakowskich. Przyszło tam czterech żandarmów. Traf chciał, że przy wejściu trafili akurat na niego. Gdy zaczęli wypytywać, podając nazwisko, bandzior wyczuł pismo nosem i podał fałszywe, a Niemców posłał do kierownika. Gdy tylko się oddalili, W. skoczył przez płot i uciekł.
Natomiast J., który już przed egzekucjami w Bogdańcu ukrywał się, wyjechał na roboty do Rzeszy.
Po wojnie ścigała go przestępcza przeszłość. Te czasy pan Adam już doskonale pamięta:Ludzie rozpoznawali go w różnych miejscach. Raz musiał uciekać z targowicy w Sochaczewie, gdy rozpoznał go okradziony podczas wojny gospodarz z łowickiego. Rozgniewany mężczyzna chciał się z nim rozliczyć „po chłopsku”, za pomocą orczyka. Innym razem u małżonki J. rozpoznał ktoś, jako swoją pamiątkę rodzinną, trefny zegarek, który dostała od męża. Kobieta dopiero poniewczasie dowiedziała się o bandyckiej przeszłości małżonka i często na tym tle wybuchały awantury.
Władze PRL –owskie, z powodu raczej skromnej działalności antyniemieckiej lewicowej partyzantki, roztoczyły parasol ochronny nad bandytami, którzy przyznawali się do przynależności do AL lub GL. Większość grasujących po okolicy łobuzów zapisała się po wojnie do partii, ORMO itp. Znajdując niejednokrotnie wśród funkcjonariuszy służb dawnych kolegów z czasów „partyzanckich”. Z biegiem czasu zaczęli się nawet ubiegać o świadczenia kombatanckie i szukali poświadczeń dla potwierdzenia swojej przeszłości.
Pan Adam nie ma wątpliwości, że wynikiem tych starań było wezwanie, jakie dostała jego matka do siedziby SB w Warszawie: Matkę wezwano raz w latach 70. do Warszawy, bodajże do siedziby SB. Oficer zaczął wypytywać ją o działalność partyzancką w wiosce. Matka była zdziwiona, odpowiedziała mu, że nie było żadnych partyzantów, tylko bandyci. Funkcjonariusz się wtedy wściekł. Naubliżał matce, krzycząc, aby zapamiętała sobie, że to byli partyzanci. Przestraszona, żeby uniknąć kłopotów stwierdziła, że od wojny minęło tyle czasu, że nie pamięta.
Ślady prowadzą w przeszłość
Na zakończenie wizyty w Bogdańcu poszliśmy jeszcze na mały spacer po Bogdańcu. Pan Adam zaprowadził nas na miejsce egzekucji mieszkańców wsi. Dziś jest to normalny, orny grunt nie wyróżniający się niczym szczególnym, chyba że niewielkim wgłębieniem terenu.
Po domu gospodarza Ziomskiego nie zostało ani śladu, rosną w tym miejscu młode brzozy, jedynie zasypana od lat studnia odznacza się wśród trawy. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi kapliczka, którą też odwiedzamy. Nie ma na niej żadnej inskrypcji, ale pan Adam objaśnia nam, że postawiono ją w intencji zamordowanych tu ludzi. Jej fundatorem był Grzegorz Ziąmbski, a wykonawcą Stefan Lipiński.
Na zakończenie pan Adam wyjaśnił nam, dlaczego nadał wsi nazwę Bandziorówek, i zdradził, że nie wszystko był w stanie zawrzeć podczas naszej rozmowy, dlatego planuje napisanie książki.
– Nadałem swojej rodzinnej wsi ten przydomek, przez wzgląd na to, że mieszkali tu trzej bandyci, którzy pospołu z grupą „Kuby“ siali postrach w okolicy. Ci ludzie już nie żyją, ale byli ogólnie rozpoznawalni w okolicy, ja również znałem ich osobiście, i w moich oczach bandziorami pozostali do śmierci. Mam poważne plany wydania książki i chcę w niej dokładniej opisać działalność band „Kuby” oraz katorgę mieszkańców Bogdańca, którzy swój żywot skończyli w dole wykopanym w polu. Posiadam sporo informacji od bliższej i dalszej rodziny, od mieszkańców innych wsi, świadków tragedii, a także od wuja Franciszka Stępniaka,  AK-owca z Feliksowa, który również widział wszystko na własne oczy. Od lat interesowałem się tą historią, gdyż dotyczyła mojej rodzinnej miejscowości i moich przodków. Ponadto uważam, że takie ważne wydarzenia historyczne powinny być przypominane i ujawniane  – kończy pan Adam swoją opowieść.
Radosław Jarosiński