Strona główna Historia Golgota mieszkańców Bogdańca (cz. I)

Golgota mieszkańców Bogdańca (cz. I)

940
0
PODZIEL SIĘ
Stanisława Ziomska u wujostwa Szymaniaków w Pawłówku
Drodzy czytelnicy. Tragedia wsi Bogdaniec, a szczególnie jej mieszkańców, wyciśnie może łzy lub wprowadzi w stan zadumy, ale taka była prawda. Postanowiłem, jako potomek tych, których dotyczy ta historia, choćby w skrócie Państwu ją ujawnić i jak najdokładniej opisać –  stwierdza Adam Misiak.
Adam Misiak nazywa swoją rodzinną miejscowość Bandziorówek, choć w rzeczywistości nosi kojarzącą się literacko nazwę Bogdaniec. Położona jest zaledwie 9 kilometrów od Sochaczewa.
Ponura historia, której wysłuchaliśmy podczas wizyty u pana Adama, opowiada o bandyckim procederze, jakim parało się kilku mieszkańców tej wioski i tragedii, jaka dotknęła całą wieś, będącej jego następstwem. O zbrodni w Bogdańcu niewielu już pamięta. Dzięki panu Adamowi, którego rodzina padła jej ofiarą, udało nam się zrekonstruować jej przyczyny, przebieg, oraz zidentyfikować nazwiska choć części ofiar.
Podane informacje pochodzą z relacji ocalałych członków rodziny i sąsiadów pana Adama, oraz mieszkańców pobliskich wsi, którzy byli obecni przy tzw. „biciu” Bogdańca.
Bandyckim szlakiem
Na przełomie lutego i marca 1944 roku zawiązała się w Bogdańcu banda, której rzekomym przywódcą był niejaki „Zgadyń”. Wciągnął on do bandy W. oraz jego brata J. a wkrótce jeszcze jedną osobę z wioski. W ciągu trzech tygodni banda rozrosła się do kilkunastu osób i połączyła z bandą „Kuby” Gacia, który był jej dowódcą na cały rewir, a zakres ich działania obejmował sporą połać Guberni, od Kampinosu po okolice Łowicza.
– Grasowali po chałupach, wpadali, stawiali swoją gorzałę na stół, gospodarzom kazali bić kury na zagryzkę, a dwóch bandziorów stało wtenczas na czatach. Nie ograniczając się do biesiadowania na cudzy koszt, brali z chałup, co im się tylko wydawało przydatne, lub wartościowe. Dochodziło też niejednokrotnie do gwałtu na młodych kobietach, nawet nieletnich dziewczętach – wspomina Adam Misiak.
Wygląda na to, że bandy dysponowały też swego rodzaju wywiadem, gdyż trafiały tam, gdzie potencjalnie spodziewali się łupu wśród regularnie nękanej kontyngentami i zbiedniałej ludności.
Pewien gospodarz z Jeżówki pojawił się w kościele, w nowych skórzanych butach. Na odwiedziny nie trzeba było długo czekać, herszt powiedział mu nawet wprost: –  Kupiłeś sobie ładne skórzane buty, a my mamy takie liche. Oddaj nam swoje.
– Ja nie wiem o jakich butach mówicie – bronił się. Nie było jednak dyskusji, bandyta zdzielił go w twarz, aby dać do zrozumienia, że nie żartuje i buty zabrano. Bandyci posuwali się do daleko bardziej brutalnych metod, by zdobyć łup: – Gospodarzowi z Gnatowic ten W. wiercił dziury w nodze świdrem do drzewa po tym, jak się dowiedział, że ten sprzedał krowę, konia i parę świń. Człowiek ten nie chciał oddać pieniędzy, a bandyci zostawili go prawie konającego – relacjonuje pan Misiak.
Gdy Akowcy z Kampinosu dowiedzieli się o bandyckich poczynaniach bandy, postanowili położyć temu kres, gdyż jej działalność psuła opinię ugrupowaniom konspiracyjnym działającym na tych terenach. Postanowiono bandę zlikwidować. Uzbrojeni w dwa CKM-y, pistolety maszynowe oraz granaty Akowcy zastawili zasadzkę po obydwu stronach mostu w Szczytnie. Od końca maja 1944 roku przez około miesiąc bezskutecznie usiłowano tam zwabić bandę. Jej członków jednak najprawdopodobniej ktoś ostrzegł, i zrobili przeprawę przez Utratę około 15 kilometrów dalej, na wysokości Skarbikowa.
Adam Misiak w miejscu gdzie stał dom gospodarzy Ziomskich
Pogrom w Łazach
Bandyci, choć przedstawiali się jako partyzanci, nie mogli poszczycić się zbyt wielką liczbą potyczek z Niemcami. Powodem, dla którego decydowali się na taki krok, była z reguły chęć zdobycia broni.
Napad na posterunek w Łazach, który zaplanowali, nie był udany. Niemcy wszczęli alarm i na odsiecz przyjechał kolejny oddział z Kampinosu. Bandyci zaczęli uciekać w łąki, jeden z nich ukrył się w jednym z pomieszczeń w piecu chlebowym. Gdy strzelanina przycichła, a Niemcy ruszyli w pościg za uciekającymi kompanami, zdecydował się wyjść, lecz pech chciał, że natrafił na jakiegoś spóźnionego Niemca. Zastrzelił go wprawdzie, ale strzał sprowadził innych. Skrytego ponownie w piecu, zabito za pomocą granatu. Podczas akcji zginęło 11 bandziorów, dwóch zostało schwytanych.
Niewiele się udało żandarmom z nich wyciągnąć, dopiero gdy na drodze Paski – Topołowa schwytano kolejnego i wszystkich trzech sprowadzono do pałacu w Paskach na przesłuchania, nastąpił przełom. Przywieziony z Łaz Ch. sypnął niesłusznie Antoniego Guta, który rzekomo miał chodzić razem z bandą. Natomiast Ł. zadeklarował, że pokaże, kto z bandą trzymał. Żandarmi zabrali ich i ruszyli do Bogdańca na tzw. „wychwytkę”. W jej wyniku zabrano na posterunek w Paskach Antoniego Guta, oraz wskazane przez Ł. kobiety: Rudnicką, Piotrowską, Włodarczyk i Drzewiecką.
–  Po tych ludziach ślad zaginął. Według tego co słyszałem od świadka tych wydarzeń Wacława Włodarczyka, podobno zastrzelono ich i pochowano, a ich miejscem pochówku może być las kożuszkowski – dodaje Adam Misiak.
Pierwsze „bicie” Bogdańca
 – To, co teraz opowiem, można nazwać „Golgotą Straceńców –  pan Adam nie kryje emocji – Nie trzeba było długo czekać na dalsze poczynania Niemców. Wczesnym rankiem na początku lipca 1944 roku, o godzinie wpół do czwartej rano, gestapo najechało mieszkańców wsi Bogdaniec. Okrążyli ją i zaczęli wyciągać zaspanych mieszkańców z domów, zaczynając od zachodu. Wyprowadzono Felicję i Jana Gutów, Więckowską, małżeństwo Drzewieckich z synem, oraz Stanisława Ziomskiego – drugiego męża mojej babci Franciszki. Kazano im zabrać ze sobą szpadle. Nie wyprowadzili ich daleko, bo około 10 metrów od ścieżki, która wówczas biegła przez całą wieś. Na tę pokazówkę w międzyczasie ściągnęli kilku mieszkańców ze Szczytna i Feliksowa.
Wytypowanych siedem osób zostało rozstrzelanych i pochowanych w polu. Miała to być kara i przestroga dla wsi, co czeka za pomaganie partyzantom.
Około 20 sierpnia, staraniem Jadwigi Gut i jej rodziny, zabici zostali odkopani i pochowani na cmentarzu w Sochaczewie.
Kapliczka upamiętniająca rozstrzelanych w Bogdańcu
Pan Adam kontynuuje swoją opowieść: – Nic nie wiedząc o wydarzeniach w Bogdańcu, do swojej mamy wraca Kazimiera Dąbrowska (córka Franciszki Ziomskiej z pierwszego małżeństwa), czyli moja mama. Kiedy babcia Frania ją zobaczyła, rozpłakała się bardzo. Po przywitaniu wszystko jej opowiedziała. „Kaziu, Niemcy bili Bogdaniec, zabili siedem osób, a w tym tatę. Zakopali ich koło Jagodzińskich. Uciekaj Kazia do ciotki do Warszawy, bo szkopy powiedzieli, że tu wrócą“. Już wcześniej do wujostwa w Pawłówku uciekła Stasia, siostra Kazimiery. Mama niewiele myśląc, pożegnała się z matką i rodzeństwem, poszła do Piasecznicy na pociąg i odjechała. Niestety, było to jej ostatnie spotkanie z matką i siostrą Heleną.
W niedługim czasie odbył się kolejny epizod „Golgoty”. Pod koniec lipca, przed odpustem w Zawadach Niemcy zjawili się nad ranem ponownie w wiosce. Scenariusz był niemal identyczny, co poprzednio. Okrążyli całą wieś, nie interesując się jednym tylko gospodarstwem.
O drugim „biciu” Bogdańca opowiemy kolejnym odcinku.
Radosław Jarosiński