Strona główna Sport NA SPORCIE SIĘ NIĘ DOROBIŁEM

NA SPORCIE SIĘ NIĘ DOROBIŁEM

195
0
PODZIEL SIĘ

 Z Józefem Szajewskim, wiceprezesem i trenerem Orkana Sochaczew oraz długoletnim działaczem i trenerem Bzury Chodaków, rozmawia Janusz Szostak

Jakiej drużyny jesteś teraz kibicem?

Polonii Warszawa i Widzewa Łódź.

A na mecze Bzury jeszcze chodzisz, kibicujesz chodakowianom?

Teraz bardzo rzadko jestem na stadionie w Chodakowie, ale nadal kibicuję tej drużynie.

To jednak serce jest po stronie Bzury?
Na pewno. Gdy jest się przez lata związanym z klubem, to nie zapomina się o nim tak szybko.
Przez wiele lat byłeś utożsamiany z Bzurą, właściwie były takie lata, że ciągnąłeś klub w pojedynkę.
Tak było od 1992 do 2013 roku. Po upadku Chemitexu jego pracownicy zostali zwolnieni z przyczyn ekonomicznych, produkcja stanęła. Wtedy też los klubu, który był dotąd przyzakładowym, stał się niepewny. Wówczas dyrektor Łuszcz poprosił mnie i Macieja Zalejskiego na spotkanie, i zaproponowano mi, abym przejął klub. Wiadomo, że zakład padł i trzeba było liczyć tylko na samego siebie. Pieniędzy na klub nie było żadnych, były za to długi.

Musiałeś zatem sam zorganizować pieniądze, a zawodnicy chociaż byli w tym czasie?
Tak, zawodnicy byli, ale nie było nic więcej. Na początku wszystko musiałem załatwiać praktycznie sam. Po pewnym czasie zaczęli mi pomagać inni, między innymi Mieczysław Grzegorowski, Czesław Ćwikliński, czy Robert i Czesław Tarczyk. Były też inne osoby, bez pomocy których sam nie byłbym w stanie wiele zwojować.
Byłeś w klubie na etacie, otrzymywałeś wynagrodzenie?
Nie miałem etatu przez 21 lat pracy w klubie. Nie mam zatem stażu pracy za ten okres. Klubu nie było stać w tym czasie, aby płacić mi pensję.
Na klubie zatem się nie dorobiłeś, czy dlatego rozstałeś się z Bzurą?
Na pewno nie z tego powodu odszedłem z klubu. To jednak jest temat na dłuższą rozmowę. Rozstanie nie było przyjemne, zostałem bardzo źle potraktowany przez pewnych ludzi związanych z Chodakowem.
Konkretnie przez kogo, przez działaczy, piłkarzy?
Przez pseudokibiców i ludzi podszywających się pod działaczy. Nie będę wymieniał nazwisk, bo nie ma takiej potrzeby. Po prostu już nie mogłem sobie pozwolić na takie traktowanie. Jest takie przysłowie „Chcesz być szanowany, szanuj się sam”. Wolałem zatem odejść z klubu, dla którego zrobiłem w życiu wiele.
Co byś uznał za swój największy sukces z Bzurą?
Na pewno fakt, że prowadziłem ją przez 21 lat, do 2013 roku, i że Bzura przetrwała i istnieje nadal.
Bez Ciebie Bzury już dawno by nie było.
Prawdopodobnie nikt inny nie przejąłby klubu w ówczesnej jego sytuacji. A z klubem jest się na dobre i na złe, i w związku z tym robiłem wszystko, aby Bzura przetrwała, mimo że nie było pieniędzy. Doprowadziłem drużynę do IV ligi. Były w tym czasie bardzo trudne sytuacje. Jak wówczas, gdy spalił się budynek klubu. Nie było nawet gdzie po meczu się rozebrać, nie było sprzętu, nie było nic. Wtedy pomógł nam nieżyjący już starosta Marcin Kubiak, przekazał nam budynek dawnej stołówki na cele klubowe. Gdy teraz wspominam, jak klub przetrwał ten okres, to sam się temu dziwię. W tamtym czasie władze miasta nie patrzyły przychylnym okiem na Bzurę. Uważano, że to jest w dalszym ciągu Chodaków a nie Sochaczew, i nie warto się tym zajmować. Nikt nie pomagał klubowi. Na szczęście złe czasy dla Bzury minęły. Dzisiaj wszystkie kluby mają się dobrze, na wszystko mają zagwarantowane pieniądze. Samorząd zapewnia niemal wszystko. Ja, łącznie przez 21 lat działania w Bzurze, nie dostałem z miasta na klub tyle, co Bzura ma teraz w ciągu jednego roku.
Myślisz jeszcze o powrocie do Bzury Chodaków?
Ponoć dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Zatem nie myślę o powrocie do Bzury.
Z Bzury trafiłeś do Orkana, którego fanem raczej nie byłeś. Jak to wytłumaczysz?
No może nie byłem wielkim fanem Orkana, ale i wrogiem na pewno też nie. Wychowałem się blisko stadionu, mój ojciec grał w Orkanie. Ja nie byłem nigdy źle nastawiony do zawodników czy do klubu, tylko do ówczesnych działaczy, którzy mnie źle traktowali, podobnie zresztą jak ówczesne władze miasta.
Czyli to nie była niechęć do klubu, tylko do ludzi ?
Tak, gdyż nie tylko mnie źle traktowano, ale wszystkich działaczy z Chodakowa. Nazywali nas „siarczki”. Taka jest druga strona medalu a nie, że ja miałem niechęć do Orkana.
Teraz jednak jesteś w Orkanie, to najniższa klasa rozgrywek. Jest szansa na awans?
Praktycznie nie ma. Jednak w sporcie różnie bywa. I do końca teoretycznie szansa zawsze jest, bo wystarczy wygrać wszystkie mecze i jest awans.
Co jest potrzebne Orkanowi w tej chwili?
W Orkanie jest inna sytuacja, niż miałem przed laty w Bzurze. Są pieniądze na działalność, jest grono osób, które angażują się w działania na rzecz klubu. Wydaje mi się, że brakuje nam jedynie zawodników. Trudno zrobić drużynę od podstaw z zawodników, którzy czasami nigdy nie grali w piłkę, albo takich, którzy grali gdzieś tam troszeczkę. Wielu dobrych zawodników z Orkana pokończyło grę, albo poodchodziło do innych klubów. Teraz nie ma w klubie nawet jednego zawodnika, który grałby tu wcześniej.
Żeby byli zawodnicy, potrzeba pieniędzy, bo czym można skusić dobrego zawodnika?
Do B klasy nie można niczym przyciągnąć. Na tym poziomie rozgrywek nie wyobrażam sobie, żeby płacić zawodnikowi.
Czy twoim zdaniem Sochaczew stać na klub piłkarski grający chociaż w drugiej lidze? Już nie mówię o pierwszej, bo i w mniejszych miejscowościach są pierwszoligowe kluby.
To, czy stać, czy nie stać, nie zależy tylko od samego klubu, lecz od samorządu i sponsorów, generalnie od pieniędzy. Wiadomo też, że przede wszystkim musi być szkolenie zawodników, drużyn młodzieżowych, żeby mieć narybek takich 16-, 17-letnich piłkarzy. Uważam, że Sochaczew mógłby mieć klub w wyższych ligach niż obecnie. W tej chwili, z tymi pieniędzmi, które są, można zrobić III ligę w Bzurze.
A gdyby tak połączyć Bzurę i Orkan, może wtedy powstałby jeden, silny klub?
Uważam, że tego nie powinno się robić. To są kluby każdy prawie ze 100-letnią tradycją i działalnością, i ciężko byłoby je łączyć. To jakby połączyć Widzew z ŁKS lub Polonię i Legię. Nie da się tego zrobić.
Było już jednak takie połączenie, też byłeś wówczas temu przeciwny?
Na początku byłem za tym, aby kluby połączyć. Szybko jednak się okazało, że to pomyłka i wiele osób robiło wszystko, żeby znów kluby rozłączyć. Nikt nie próbował ich scalić. Już po miesiącu robiono wszystko, żeby to rozwalić i tak się stało.
Jak ocenisz to, co robią obecne władze miasta dla sportu w Sochaczewie?
Według mojej oceny, to co jest teraz, a to co było za poprzednich władz miasta, to nie ma porównania. Wiadomo, że każdy oczekiwałby, żeby dostać jeszcze więcej pieniędzy. Ale czy w Sochaczewie potrzeba ponad 50 stowarzyszeń, które finansuje miasto? Władze miasta robią co mogą, aby wspierać sport. Ale oczekiwania niektórych czasami są zbyt duże.
 Na razie jednak Sochaczew nie ma nawet porządnego stadionu.
To prawda, wizytówką miasta, jeśli idzie o sport, zawsze są stadiony. W Sochaczewie każdy widzi, jak jest, i że obiekt choćby Orkana jest w katastrofalnym stanie. Z tego co wiem, burmistrz stara się, aby powstał nowy obiekt i przypuszczam, że dotrzyma słowa.
Sprzedałeś kiedyś mecz?
Nigdy. Ale takie propozycje miałem, zdarzało się w dawniejszych czasach, że ktoś przyszedł i mówi, że chce wygrać mecz.
I co, dogadaliście się?
Nawet nie próbowałem. Zresztą, ja sam nie mógłbym tego zrobić. Trener nie jest tu stroną, to zawodnicy musieliby zrobić.
Zdarzyło się, że tak zrobili, że miałeś podejrzenie, że mecz sprzedany?
Zdarzyło się, że było takie podejrzenie, bo widać było po grze, że bardzo się nie kleiła niektórym.
Myślisz, że nadal się sprzedaje mecze?
Trudno mi powiedzieć, kiedyś to było nagminne. Teraz poziom się zmienił, i w każdej klasie rozgrywkowej każdy może wygrać z każdym. Jest niższy poziom, bo powstało za wiele lig. Nawet w ekstraklasie najsłabszy może wygrać, a najlepszy może przegrać.
A sędziowie sprzedają mecze?
Teraz są sędziowie zawodowi, którzy są na etatach w PZPN, i nie bardzo by się im opłacało sprzedawać mecze, to raczej nie wchodzi w rachubę. To za duże dla nich ryzyko. Czasami jednak się mylą.
Jak długo grałeś w piłkę, do którego roku życia?
Do 55. roku życia jako czynny zawodnik. Potem jeszcze w drużynie oldboyów.
Chyba zatem byłeś najdłużej grającym zawodnikiem w Polsce. A teraz jeszcze grasz w piłkę?
W tej chwili nie, gdyż drużyna oldboyów się rozpadła. Nie ma składu, w związku z tym nie gram, ale jeszcze rok temu grałem.
W piłkę grałeś nie tylko w Bzurze Chodaków.
Byłem zawodnikiem w Pelikanie Łowicz, w Żyrardowiance, w drugoligowej Wiśle Płock.
Miałeś też epizod trenerski w drużynie Partyzanta Leszno. Przez pewien czas trenował tam Robert Lewandowski.
Robert Lewandowski jako chłopiec zaczynał karierę w warszawskich klubach. Ale był okres, że trenował w Lesznie, gdyż tam mieszkał z rodzicami, był wówczas trampkarzem, miał 14 lat. Miał ogromną ambicję, siłę walki. On po treningach codziennie zostawał i trenował sam. Pamiętam, jak piłki sobie ustawiał i na puste bramki strzelał. Tak było praktycznie codziennie. W tym czasie umiejętności za dużych nie miał, ale miał ogromną wolę walki.
Czy w Twojej karierze trenerskiej był taki zawodnik, jak Robert Lewandowski, który miał duży potencjał i ambicje, i mógł zostać gwiazdą?
Tak, Mariusz Makulski, mój wychowanek mógł zrobić dużą karierę piłkarską. Ale to były inne, trudniejsze czasy. Mariusz miał szansę grać w Widzewie. Pojechałem z nim i obecnym posłem Maciejem Małeckim do Łodzi. Przez tydzień go trzymano w Widzewie, spodobał się trenerowi Kasalikowi. Rozmawiałem z prezesami Widzewie, ale oni oczekiwali, że my im jeszcze zapłacimy za to, że Mariusz do nich przejdzie. Takie były wówczas układy, a my nie mieliśmy na to pieniędzy. Mariusz to był nieprzeciętny talent, był niesamowicie zdolny. Zmarnował się przez to, że nie trafił do dobrego klubu, i się tym podłamał.
Czym oprócz sportu lubisz się zajmować?
Latem lubię się opalać i kąpać w morzu, a jesienią zbierać grzyby.
To życzę Ci słonecznej pogody latem, grzybów jesienią i awansu Orkana.
Fot. Krzysztof Lewandowski