Strona główna Kultura WIERZĘ, ŻE MODA NA RĘKODZIEŁO POWRÓCI

WIERZĘ, ŻE MODA NA RĘKODZIEŁO POWRÓCI

81
0
PODZIEL SIĘ

Z Romaną Borecką, rękodzielniczką, hafciarką, członkiem Stowarzyszenia Towarzystwo Kampinoskie oraz Uniwersytetu Trzeciego Wieku i animatorką kultury, rozmawia Bogumiła Nowak

Co było impulsem, aby zająć się rękodziełem?

Można powiedzieć, że całe moje życie inspirowało mnie do zajęcia się robótkami i sztuką. Wychowałam się w domu, gdzie na ścianach wisiały piękne wyszywanki. Wykonane w dwóch kolorach na zmianę. Takie popularne niegdyś w dawnych domach – od „Myj się czystą wodą, a będziesz czystą i młodą” do „Myj zęby”. Raczej się ich już nie spotyka. Przynajmniej ja takich nie widuję, a zbieram te unikalne wzory, aby uchronić od zapomnienia. To taka cząsteczka naszej kultury ludowej w szerokim rozumieniu. Takie wyszywanki były popularne nie tylko na wsiach, ale również w miastach, głównie w robotniczych dzielnicach. Moja mama, kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem, wyszywała takie serwetki i makatki. W tym czasie, przyglądając się jej pracy, też wyszyłam taką małą serweteczkę. Tak to się w moim przypadku zaczęło, ta moja pasja do haftu. W szkole podstawowej na pracach ręcznych zawsze miałam piątkę, bo były to zajęcia, które lubiłam. I to niezależnie, co na nich robiliśmy, czy szyliśmy fartuszki, czy przecinaliśmy szklaną butelkę sznurkiem. Zawsze pasjonowały mnie twórcze działania i tak mam do dziś. Cały czas odkrywam nowe pomysły i poszukuję stale różnych inspiracji.

Główne Pani artystyczne zainteresowania to…

Tkanie na drewnianej ramie, specjalnie do tego celu przygotowanej. Na przybitych w niej gwoździkach zakłada się nitki, tak zwane osnowy, przez które przesuwa się wątek. Tak powstaje tkanina. To żmudna praca i wymagająca wiele wysiłku. Jednak bardzo lubię przekładać nitki na osnowie palcami, dopasowywać ich kolorystykę poprzez melanż barw aż do oryginału. Dobierając wszystko starannie do wykonywanego wzoru, czyli odbitego zarysu obrazu. Im większy wysiłek, staranność wykonania, tym lepszy efekt końcowy. Taki gobelin, którym mogę się poszczycić, i który kosztował mnie wiele pracy, wykonałam według znanego obrazu Władysława Ślewińskiego – „Kobieta czesząca się”. Wystawiłam go na wystawie tkaniny dla amatorów w Bydgoszczy. Zebrałam po niej wiele sympatycznych opinii, i to nie tylko od publiczności, ale też artystów, znających się na tkaninie i tkactwie.

Skąd czerpie Pani inspiracje do powstających prac, wzory i pomysły?

Cały świat, który mnie otacza jest pełen barw i podpowiada ciekawe rozwiązania. Dużo inspiracji jednak czerpię, zwiedzając wystawy obrazów w Sochaczewskich Domach Kultury, w Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą, a ostatnio w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Kramnicach Miejskich przytrafiła się fascynująca wystawa koleżanki, Neli Bryłowskiej. To wtedy rodzą się pomysły na nowe tkaniny, nowe wzory – z klimatu oglądanych dzieł, jakiegoś nastroju, czy nawet wycinka jakiejś pracy. Oglądam także wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdzie prezentowane są najlepsze dzieła nie tylko polskich twórców. Warto uczyć się od najlepszych.
Sama też wystawiam swoje skromne prace. Prezentowałam je w Boryszewie oraz w Kramnicach Miejskich. Wspólnie z Mirosławą Pabiś wystawiałam swoje gobeliny i kwiaty z tkaniny. Te ostatnie wzbudziły spore zainteresowanie, gdyż tak wykonane artystyczne kwiaty dopiero zaczynają się pojawiać na wystawach. W zeszłym roku, również w Kramnicach była prezentowana wystawa moja i Włodzimierza Chilickiego, „Kobiety w kwiatach”. Przygotowaliśmy ją wspólnie. Włodziu maluje piękne portrety, dlatego wymyśliłam tę wystawę. Skusiło mnie, aby w takim wspaniałym sąsiedztwie pokazać wykonane przez siebie kwiaty.

Ulubiona działalność twórcza to…

Oj, trudno to określić. Bardzo wiele rzeczy lubiłam i lubię robić nadal. Zawsze byłam osobą bardzo aktywną i poszukującą. Jednak kiedy urodziłam pierwszą córkę, to tak rozpierała mnie energia, że nie mogłam usiedzieć i zaczęłam rozwijać się twórczo. Wtedy pod koniec lat siedemdziesiątych brak było możliwości ubrania się modnie i gustownie. Sklepy były puste i oferowały rzeczy raczej brzydkie, sztampowe. Postanowiłam iść na kurs szycia w Ośrodku Praktyczna Pani we Wrocławiu. Tak to się zaczęło, jak mówię z nadmiaru własnej energii i potrzeby działania. Zaliczałam kurs po kursie. Zdecydowałam, że będę szyć w pierwszej kolejności dla siebie i swych bliskich. Potem zdarzało mi się obszywać znajome i koleżanki.
We Wrocławiu, kiedy dzieci były małe, należałam do grupy hafciarskiej. Utworzył ją Czesław Rodziewicz, twórca Haftu Wrocławskiego. Co rok były organizowane przepiękne wystawy, składające się z obrusów, serwet, serweteczek i bluzek. Był to ciekawy okres. Motywowałyśmy się nawzajem i wyszywanie szło nam szybko.
Gdy w jednym z dzielnicowych domów kultury zobaczyłam w gablocie kwiaty z tkanin, to tak się nimi zachwyciłam, że zaraz się zapisałam na ostatni kurs. W tamtych czasach nie było tak popularnych obecnie, plastikowych czy papierowych chińskich kwiatów. Prowadziłam wtedy dokładne notatki, które później się przydały. Nadal z nich korzystam w pracy. Wszelkie rękodzieło wymaga dużo cierpliwości, dokładności, wypracowania szczegółów, poświęcenia ogromu czasu i sprawnych rąk. Za to potem możemy cieszyć oko i czuć zadowolenie wykonanego z dzieła.
Jakby to było mało, to jeszcze fotografuję. Biorę ze sobą aparat i pstrykam, pstrykam, pstrykam. Wszystko, co mnie otacza – architekturę, jej elementy, ciekawe sytuacje, zwierzęta, ogólnie przyrodę. Jestem kronikarzem imprez, pielgrzymek, wycieczek. Będąc tak blisko z Puszczą Kampinoską, udało mi się zrobić ryczącego jelenia. A, że był bardzo daleko ode mnie, to wyszedł jak malowany – za to zdjęcie zajęłam III miejsce w konkursie fotograficznym w gazecie „Wokół Kampinosu”. Zbiera się powoli archiwum fotograficzne. Mam dużo ciekawych zdjęć. W przyszłości planuję zrobić z nich wystawę.

Wykonywanie kwiatów z tkaniny, co nie jest łatwe, jeśli to ma być rzecz piękna, stylowa i estetycznie wykonana jest Pani marką. Jak osiągnąć taki kunszt?

Do wszystkiego dochodzi się powoli, krok po kroku. Tak jest z kwiatami z tkaniny, które robię. Kiedy zachorował tato, przyjechałam do gminy Kampinos i zaczęłam pomagać mamie opiekować się nim. A, że ta praca nie wypełniała mi całego czasu, a ja nie lubię siedzieć po próżnicy, przypomniałam sobie o kwiatach. Przywiozłam z Wrocławia przyrządy i zaczęłam w wolnych chwilach je robić. Pochwaliłam się tym przyjaciółce, Mirosławie Pabiś. Pooglądała moje dzieła i powiedziała, że teraz musimy zrobić wspólnie wystawę. I tak od roku 2002 przez 10 lat robiłyśmy, co roku w wybraną niedzielę, jednodniową Wystawę Plenerową we wsi Pasikonie. Mirka wystawiała swoje obrazy i gobeliny. Z kolei ja gobeliny i kwiaty z tkanin, a mama wyszywanki.

Działa Pani również aktywnie w Stowarzyszeniu Towarzystwo Kampinoskie?

Owszem. Gdy zapuściłam już korzenie na terenie gminy Kampinos, zostałam zaproszona do Stowarzyszenia Towarzystwo Kampinoskie przez Barbarę Szułczyńską, prezes tego Towarzystwa. Pełnię w nim drugą kadencję funkcję skarbnika. Zżyłam się z członkami tego stowarzyszenia i po tych 10 latach widzę, że to jest moje miejsce, w którym dobrze się czuję. Praca w Towarzystwie Kampinoskim to coś, co mnie zaciekawiło odkąd zaczęłam w nim działać.
W statucie mamy zapisane podtrzymywanie Dziedzictwa Narodowego. Mamy użyczoną od Kampinoskiego Parku Narodowego „Chatę Kampinoską” w Granicy, gdzie robimy nasze imprezy, takie jak „Szukanie Kwiatu Paproci”, które połączone jest z Pokazem Twórczości Ludowej Powiatu Warszawsko-Zachodniego. Sama jestem wtedy jednym z wystawców. W tym roku „Szukanie Kwiatu Paproci” organizujemy 25 czerwca, już od godziny 14. Gorąco zapraszam wszystkich chętnych. Naprawdę warto się pokusić na tę niezwykłą wyprawę. Idziemy całą gromadką. Zdzisio Wachnik przygrywa na akordeonie i prowadzi nas w puszczę. Potem wracamy i zaprzyjaźniona Kapela Senior Band gra do tańca. Impreza kończy się pod wieczór. Również zapraszam na organizowane u nas co roku Pokazy Wieńców Dożynkowych. W tym roku przygotowujemy je w niedzielę, 3 września. Warto także zobaczyć, co mamy do zaoferowania na Facebooku.

Włączyła się Pani także w działalność Uniwersytetu Trzeciego Wieku?
Do Stowarzyszenia Uniwersytet Trzeciego Wieku należę już 10 lat. Jak przyszłam się zapisać, to Alicja Ozimek, prezes stowarzyszenia nie omieszkała się mnie wypytać, co umiem i mogę zaoferować. A ja, nie wiedząc czym to grozi, wyśpiewałam jak na spowiedzi wszystko. Tym sposobem jestem opiekunką Sekcji Plastycznej. Prowadzę warsztaty – „Kwiaty z tkanin” i Tkacki – w środy, na zmianę. Natomiast sekcję malarską prowadzi Nela Bryłowska.
O tym, że to bardzo aktywna działalność, niech świadczy to, że zrobiłyśmy około 60 różnych kwiatów. A nie powstają przecież one taśmowo. Co roku staram się robić wystawy i pokazujemy nasz dorobek. Prezentowaliśmy te prace m.in. w Wyższej Szkole Zarządzania i Marketingu, Urzędzie Miejskim w Sochaczewie, w domach kultury w Boryszewie i Chodakowie, w Galerii Kramnice. Ostatnio w ramach projektu „Czas dla Seniora” robiłam wystawę w domu kultury przy ulicy Żeromskiego. Wystawiłam wraz z Halinką Sobieszek kwiaty – wonny kielichowiec, oraz tkaniny, obrazy koleżanek i kolegi.
Ale to nie tylko te działania. Staram się odpowiadać na różne propozycje z terenu. Podczas wystawy plenerowej pani z Koła Gospodyń z Leoncina poprosiła mnie, abym poprowadziła kurs sztucznych kwiatów z tkanin. Chciała, aby jej koleżanki nauczyły się je wykonywać i tym sposobem dorabiać sobie.

A inne Pani artystyczne dokonania, wystawy i prezentacje?

Dwa spotkania, z forsycją i gwiazdą betlejemską, zrobiłam dla koleżanek w Klubie 50+ Babie Lato w Kampinosie, prowadzonych przez Hannę Buciak, Marysię Michałowską i Marylę Ciurę. Jednak chyba największym sukcesem w mojej twórczej działalności było zaproszenie mnie przez Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne LeRondini z Rzymu. Poleciałam tam uczyć robienia z tkaniny kwiatów polskich, takich jak stokrotki, chabry, kaczeńce i maki. Chciały narobić ich jak najwięcej, aby potem złożyć je na Monte Casino. Zostawić tam swój skromny ślad.
W zeszłym roku w Towarzystwie Kampinoskim realizowaliśmy Projekt Urzędu Marszałkowskiego „Warsztaty Rękodzielnicze w Chacie Kampinoskiej”. W jego ramach prezentowane były różne formy rękodzielniczej aktywności – sztuczne kwiaty, tkactwo, hafty i wyszywanki, wyrób wieńców dożynkowych. Chcemy te umiejętności przekazać młodszemu pokoleniu. Lubię przekazywać swoją wiedzę, coś nauczyć, sama coś podpatrzyć. Kocham ludzi i z nimi przebywać, bo to jest sens życia. W moim pokoiku wisi wycięte z gazety „Życie jest piękne” – to jest moje motto.

Na Mazowszu działa i mieszka Pani od niedawna. Co sprawiło, że wybrała Pani ten region?

Właściwie z Sochaczewem i Kampinosem związana jestem od dzieciństwa. Mama urodziła się w Zamościu, wsi, która wtedy należała do powiatu sochaczewskiego. Sochaczew był miastem powiatowym dla gminy Kampinos. Rodzice zamieszkali we Wrocławiu. Potem wrócili do Kampinosu, gdyż woleli wieś. Ja zostałam, mieszkałam we Wrocławiu i pracowałam tam. Potem, jak wspomniałam, tata chorował i wróciłam do rodziców. Teraz mieszkam wspólnie z mamą we wsi Pasikonie, gdzie jestem sołtysem. Zajmuję się mamą, bo to już osoba w podeszłym wieku i wymaga nie tyle stałej opieki, co zainteresowania i troski. Mama doskonale sobie radzi i dotrzymuje mi kroku. Stara się wszędzie mi towarzyszyć.

A jakie ma Pani plany i zamierzenia na przyszłość?

Póki mama dotrzymuje mi kroku, to korzystam z życia. Jak już nie da ona rady tak aktywnie mi towarzyszyć, to zajmę się tkaniem w domu i nadal będziemy wspólnie spędzać czas, jak to ma miejsce teraz. Tkactwo to moja wielka pasja, życiowa pasja. Wiem, co będę tkała. Mam już zaplanowane tematy i wzory na ten czas. Moda na prawdziwą tkaninę wróci. To tylko kwestia czasu. Coraz mniej ludziom podoba się fabryczna tkanina, która jest może perfekcyjna, doskonała, ale nie ma duszy. Rękodzieło ma naprawdę wielką wartość. I warto je rozwijać, pielęgnować i tworzyć na nowo.

Życzę więc osiągania artystycznych wyżyn i nowych wystaw.