Strona główna Historia OGRÓD SASKI NA CMENTARZU

OGRÓD SASKI NA CMENTARZU

36
0
PODZIEL SIĘ

Ogród Saski kojarzy się ówcześnie ze stolicą, a mało kto wie, że mieliśmy przed wiekiem również w Sochaczewie podobne miejsce relaksu i odpoczynku. Jego historia sięga 1871 roku, kiedy postanowiono ostatecznie zlikwidować rumowisko pozostałe po kościele farnym zniszczonym w 1794 roku i przylegający do niego nieużywany cmentarz.

Obecnie w miejscu ogrodu znajduje się Szkoła Podstawowa numer 4. Jak podaje „Kalendarz Familijny Warszawianina”, na rok 1887: „Cmentarz ten nieogrodzony, był miejscem, gdzie pasły się krowy, a często i świnia ryjem wyciągnęła z ziemi kość nieboszczyka” .
Wtedy to pozostałe szczątki ludzkie wyzbierano i przeniesiono na cmentarz komunalny, a teren zagospodarowano, tworząc w miejscu dawnej świątyni i nekropolii ogród. Kalendarz opisuje dalej jego wygląd: „Cały otoczony porządnemi sztachetami i żywopłotem, podzielony na kwietniki i trawniki, pomiędzy któremi idą szerokie dosyć wyżwirowane dróżki. Drzew dzikich i dosyć osobliwych jest znaczna ilość, a cienia mnóstwo, szczególnie w pięknym chodniku, obie strony którego obrośnięte rozłożystemi grabami. Dla zmęczonych jest kilkanaście żelaznych ławek, a w razie deszczu można się ukryć pod dach, bo w ogrodzie znajduje się kilka altan. Dla ozdoby rzeczywistej są tu różne pięknie kwitnące rośliny, wreszcie fontanna (wodotrysk), z której woda tryska wysoko do góry. Nie każde miasto może się pochwalić takim ładnym ogrodem z którego mogą korzystać wszystcy mieszkańcy, bo drzwi stoją zawsze otworem”.

Wielka wystawa rolnicza

Ogród, był w XIX wieku chlubą miasta, miejscem również ekspozycyjnym, gdyż kolejna istotna wzmianka odnośnie naszego ogrodu pochodzi z 1911 roku. W mieście odbyła się wówczas prestiżowa wystawa rolnicza, o której rozpisywała się okoliczna prasa. Wtedy pojawia się również nazwa „Ogrodu Saskiego”, na terenie którego miała się odbyć wystawa.
Z bliższych i dalszych stron powiatu przybyły na nią rzesze wystawców. Rozdawano medale, dyplomy, wyróżnienia, propagowano nowatorskie metody upraw i hodowli, oraz wygłaszano edukacyjne pogadanki w dziedzinie agronomii.
Przemówienie prezesa wystawy Wincentego Smoleńskiego, podówczas dziedzica Kuznocina, było natomiast patriotycznym manifestem: „W dawnych wiekach przodkowie nasi, gdy zagrażało narodowi niebezpieczeństwo, rozsyłali wici, chwytali za oręż i w heroicznych walkach mieczem i poświęceniem ocalano Rzeczpospolitą. Dziś inne są metody. Naród zdolny do życia musi się przystosować do nowych warunków. Dziś praca może posłużyć za oręż, ale nie ta praca, o której mówi stara maksyma: „Czyń każdy w swem kółku, co każe Duch Boży, a całości sama się złoży“. Dziś już nie każdy w pojedynkę ma pracować, lecz wszyscy społem. Jednać się, zrzeszać, nauczać wzajemnie i Społem pracować – oto wskazania na dzisiejsze czasy. Droga to mozolna, ale jedyna do zdobycia lepszej przyszłości dla narodu”.
Czyż nie było to nawoływanie do pracy organicznej, jako siły mogącej wyrwać Rzeczpospolitą z zaborczych okowów? Nie był to przykład pozytywistycznego etosu pracy, jako czynnika uszlachetniającego jednostkę ludzką?
Wystawę zaszczycił swą obecnością kwiat lokalnego ziemiaństwa. Jak donosił „Kurier Warszawski”, komitet urządzający ją składał się z włościanek: przewodniczącej sochaczewskiego Koła Ziemianek Emilii Bolechowskiej z Tułowic, Garbolewskiej z Czerwonki, Lasockiej z Brochowa, Zielińskiej z Gradowa, Suskiej z Kozłowa Biskupiego, oraz W. Smoleńskiego z Kuznocina – prezesa wystawy, i gospodarzy poszczególnych działów: Zygmunta Brudzińskiego, Zygmunta Donimirskiego, Włodzimierza Garbolewskiego, Kazimierza Szeliskiego.
Dzięki opisom powierzchni wystawowej dowiedzieć się możemy, że oprócz mnogości okazów zwierząt gospodarskich, płodów rolnych, oraz narzędzi i maszyn rolniczych, znalazły się też pawiloniki z wyrobami ludowymi, wykonanymi przez dzieci z ochronek wiejskich, które utrzymywane były przez okoliczne ziemianki. Ba, również one pochwalić się mogły swoimi robótkami, w których każda była zapewne biegła. Choćby koronkami typu point-lace, tkanych w całości igłą, a więc bardzo czasochłonnymi, za które srebrne medale pani Bolechowska z majątku Rozlazłów zdobywała nie tylko w Sochaczewie, ale też w Kaliszu.
Takie oto niecodzienne wydarzenie miało miejsce w Sochaczewskim Ogrodzie Saskim w ciepłe dni końca sierpnia 1911 roku.

Co się stało z ogrodem?

Trudno powiedzieć, co się w końcu stało z ogrodem, prawdopodobnie ucierpiał podczas I Wojny Światowej. Ziemia od wieków należała do Kościoła i z końcem panoszenia się na naszych terenach administracji carskiej, która jej go pozbawiła, wróciła do właściciela.
Opowieści o nim przetrwały już z drugiej ręki. Jeszcze po 1920 roku na terenie Szkoły Podstawowej numer 4 znajdowało się kilka wspaniałych drzew, również owocowych, które wyglądały na pozostałości po jakimś wspaniałym ogrodzie.
Radosław Jarosiński

Fot. Zdjęcie pochodzi z gazety „Świat” nr 36 z 9 września 1911 roku