Strona główna Świat MISJE POMOGŁY MI ZROZUMIEĆ ŚWIAT

MISJE POMOGŁY MI ZROZUMIEĆ ŚWIAT

100
0
PODZIEL SIĘ

Z majorem Arkadiuszem Rzepkowskim, oficerem Wojska Polskiego z III Warszawskiej Brygady Obrony Powietrznej w Bielicach, biorącym udział w misjach stabilizacyjnych na świecie jako zawodowy Obserwator Wojskowy ONZ, rozmawia Bogumiła Nowak

Czy służba wojskowa jest Pana świadomym wyborem, czy kwestią przypadku?
Zdecydowanie to w pełni mój wybór. Już jako kilkuletni chłopak wiedziałem, że będę żołnierzem. Zawsze chciałem być żołnierzem. Tylko jako dziecko nie wybiera się rodzaju służby. Na wybór konkretnej służby przychodzi czas w późniejszych latach. Ja jako dziecko wiedziałem tylko jedno – chcę być żołnierzem i już.
Jednym z czynników wybrania późniejszej kariery było dostanie się do Szkoły Oficerskiej Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie. Mieszkałem w Szczecinku i ta właśnie szkoła była najbliższa mego miejsca zamieszkania. To między innymi z tego powodu ją wybrałem. Jednak wybór ten, uważam z perspektywy lat, za dobry. Szkoła spełniła moje oczekiwania i dobrze przygotowała mnie do późniejszej służby.

Jednak wtedy, na początku nie wiedział Pan jeszcze, że będzie uczestniczyć w misjach pokojowych. Jak to się stało, że został Pan uczestnikiem misji rozjemczych?
To przyszło dość późno. Z początku służyłem na terenie Polski, choć miewałem kontakty z innymi siłami wojskowymi niż polskie z racji szkoleń, ćwiczeń i manewrów, w jakich nasza armia uczestniczyła. Z tematem misji zetknąłem się dużo wcześniej, ale nie zdecydowałem się od razu uczestniczyć w misjach. Miałem małe dzieci, a takie wyjazdy to poważna sprawa. Dopiero w 2010 roku podjąłem decyzję o uczestniczeniu w siłach pokojowych. Wyjechałem na Bałkany z misją stabilizacyjną KFOR, czyli pokojowych sił zbrojnych do Kosowa.

Jak wypadł ten pierwszy kontakt z misjami?
Rzeczywiście to był pierwszy kontakt, ale nie ze służbą zagraniczną. Bywałem na szkoleniach i ćwiczeniach za granicą. Przed wyjazdem na misję przeszedłem kurs języka angielskiego i dokładne przygotowanie do pracy w strukturach międzynarodowych. Myślę, że sposób przygotowania polskich żołnierzy do misji jest bardzo dobry. Wszyscy przed wyjazdem przechodzą bardzo dokładne szkolenia określone przez procedury i przeznaczone w służbie. W strukturach NATO i ONZ polscy żołnierze uczestniczący w misjach pokojowych są bardzo dobrze oceniani. Ich stan przygotowania jest na wysokim poziomie. W NATO i ONZ kładziony jest ogromny nacisk na odpowiednie przeszkolenie. Nikt nie wyjedzie na misję, jeśli nie pozna obyczajów, kultury, sposobów komunikowania się i mentalności obywateli danego kraju, do którego jest kierowany. Takie przeszkolenie przechodzą wszyscy, jeśli są wysyłane kontyngenty wojskowe – od szeregowca do generała. Na każdym, kolejnym etapie szkolenia jest certyfikacja. Bez tych certyfikatów nikt nie wyjedzie. Na misjach żołnierze muszą być dobrze przygotowani pod każdym względem. Nieznajomość jakiegoś elementu może mieć przykre konsekwencje i być niebezpieczna dla powodzenia misji.
Po Kosowie były kolejne wyjazdy i nie mniejsze wyzwania.
Dwa lata później, czyli w 2012 roku wyjechałem na misję ISAS do Afganistanu. Ta misja, jak i wcześniejsza, były misjami kontyngentów wojskowych. Nie byłem więc na nich jedynym Polakiem. Natomiast w trzeciej misji było to coś nowego. Pojechałem do Sahary Zachodniej jako obserwator z ramienia ONZ, i przez większą część swego pobytu byłem tam jedynym Polakiem. Obserwatorzy ONZ, do których należałem, działają w tej części świata jako siły rozjemcze i starają się od 1991 roku – w ramach misji MINURSO – doprowadzić do referendum. Przez prawie 26 lat to się nie udało, gdyż na pustyni trudno jest ocenić, kto może, a kto nie może uczestniczyć w referendum. Zwłaszcza, gdy większość mieszkańców to wiecznie wędrujący po Saharze nomadzi.

Czy wybór tych krajów, do których wyjechał Pan na misje, był przypadkiem czy wyborem?
W misjach stabilizacyjnych padły konkretne propozycje i kraje. W przypadku misji w charakterze obserwatora ONZ było kilka propozycji do wyboru. Były to takie kraje, jak m.in. Liberia, Kongo, Republika Środkowej Afryki, Gruzja i Sahara Zachodnia. Zdecydowałem się na Saharę. Zaciekawił mnie ten kraj, o którym w gruncie rzeczy niewiele w Polsce wiemy. Przed wyjazdem musiałem się trochę przygotować, poczytać i poznać historię tego kraju. O Saharze większość z nas Polaków wie tylko, że to morze piasku, ale to tylko część prawdy. Sahara mnie zupełnie zaskoczyła swą urodą, zmiennymi krajobrazami. Jest zupełnie inna niż wyobrażenia o pustyni. To bardzo ciekawy rejon i chciałem tego doświadczyć.
Czy te trzy wyjazdy na misje są porównywalne? Co je różni, a co jest wspólnym mianownikiem?
W zasadzie każdy z tych wyjazdów był inny. To były trzy bardzo różne wyjazdy. Każdy miał inną specyfikę i inne cele. Każdy też wymagał dokładnego przygotowania, poznania obyczajów w tych krajach i zasad, jakie tam obowiązują. Inny jest konflikt europejski na Bałkanach, gdzie stronami są Albańczycy i Serbowie z Kosowa, a inny w Afganistanie, gdzie dochodzi jeszcze walka z terroryzmem. Różnice obyczajowe są bardzo duże i konieczne jest bardzo dobre zrozumienie tych spraw. A co jest wspólne? Konieczność całkowitego poświęcenia się wykonywanemu zadaniu, rozłąka z rodziną i cały czas, który jest poświęcony na zbiór zadań do realizacji.

Która z misji była najtrudniejsza?
Wszystkie na swój sposób były trudne, ale sądzę, że chyba najwięcej obaw rodziło się przy afgańskiej. Tylko na tej misji odczuwałem bezpośrednie zagrożenie utraty życia. Co prawda żołnierz cały czas jest przygotowywany do tego, że biorąc do ręki broń, kiedyś będzie musiał jej użyć. Jest tak szkolony nawet w czasie pokoju. Dopiero w Afganistanie poczułem, że jestem po drugiej stronie lufy, poczułem to zagrożenie. Jednak mimo to trzeba było z tym żyć i dawać sobie radę.

Co najbardziej na Pana zadziałało i utkwiło w pamięci z misji?
Chyba to, że widziałem prawdziwą biedę i niewyobrażalną nędzę. Tak wielką, jaka u nas jest nieznana. Widziałem dzieci w tak skrajnej nędzy, jakiej nawet nie są w stanie wyobrazić sobie polskie dzieci, ani dorośli. Najbardziej poruszająca jest ta sytuacja. Nieszczęście dzieciaków, które żyją w krajach ogarniętych wojną. To tak bardzo mnie porusza, gdyż sam jestem ojcem i los dziecka nie jest mi obojętny. Może gdybym nie miał własnych dzieci, nie przeżywałbym losu tamtych dzieci tak mocno.

Czego nauczyły Pana misje, bo zapewne każdy z tych wyjazdów to spore doświadczenie?
Nauczyły mnie cierpliwości, pokory i bez wątpienia tolerancji dla innych, dla tych, których zwykliśmy uważać za obcych. Jestem jak najdalej od tego i mówię to stale ludziom, że wszystkich ludzi trzeba rozumieć bez względu na pochodzenie, kolor skóry i przekonania religijne. Trzeba uznać fakt, że są różnowiercy i odmienne obyczaje. Z uchodźcami jak uważam, nie jest tak, jak się u nas powszechnie myśli. To, że ci ludzie uciekają z krajów ogarniętych wojną, że chcą mieć lepiej w życiu trzeba zrozumieć. Trzeba nauczyć się tolerować innowierców, uchodźców, ich dążenia do zmiany życia. To też ludzie, którzy mają marzenia i chcą coś zmienić w swym życiu. Tego się właśnie nauczyłem na misjach – szacunku i tolerancji dla odmienności.

Zapewne była też potrzeba przystosowania się do różnych klimatów.
Kosowo, Afganistan i Sahara Zachodnia to różne klimaty. Bardzo odmienne od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Najmniej dolegliwa była aura w Kosowie. Klimat jest tam zbliżony do naszego w górach. Natomiast w Afganistanie i na Saharze trzeba było zaliczyć okres aklimatyzowania i przystosować się. Afgański klimat cechuje bardzo niskie ciśnienie, gdyż jest to rejon wysokogórski oraz wyraziste pory roku – gorące i bardzo upalne lato oraz ostra, mroźna zima. Natomiast na Saharze pory roku nie są tak wyraźnie rozdzielone, ale za to bardzo dokuczliwe są skoki temperatur. Tam w ciągu jednej doby różnica może wynieść nawet ponad 30 stopni. W ciągu dnia jest plus 45-50 stopni, a w nocy temperatura spada do plus 10-12 stopni. To dla nas Europejczyków jest bardzo trudne, ale można się do tego przyzwyczaić i przystosować. Zwłaszcza, że na Saharze te 45 stopni nie jest tak dokuczliwe jak nasze 35 stopni w Polsce. To kwestia wilgotności powietrza. U nas jest znacznie większa ta wilgotność, a na Saharze minimalna. Upał jest bardziej dokuczliwy przy wysokiej wilgotności powietrza.

Jak rodzina przyjęła pańską decyzję o wyjeździe na misje, czy to był wspólny pomysł? Czy bliscy radzą sobie z tym i wspierają Pana?
Ta moja decyzja, to raczej było postawienie żony pod ścianą. Jednak jak wspomniałem, podjąłem ją wtedy, gdy dzieci stały się w pewnym stopniu dojrzalsze i bardziej samodzielne. Również oderwanie od rodziny nie było tak dotkliwe, jak moich kolegów, którzy jako pierwsi wyjeżdżali na misje na Wzgórza Golan. Wtedy, na początku lat 80. były tylko listy, które bardzo długo wędrowały. Obecnie nawet na pustyni działa Internet i różne komunikatory. Tak więc, jest jakaś namiastka bliskości z rodziną za ich pośrednictwem i ten kontakt był utrzymywany.
Choć z drugiej strony i syn, i córka zdawali maturę, i szli na studia w momencie, gdy mnie nie było w domu. Tylko dzięki wsparciu rodziny moje wyjazdy na misje były możliwe. Wiele rzeczy, które mężczyzna robi w domu, jakieś drobne awarie i naprawy spadły wtedy na syna i musiał sobie z tym poradzić. Jednak dzięki takiej sytuacji dzieci szybciej wydoroślały. Życie nauczyło ich odpowiedzialności. Ot, taka transakcja wiązana – mój wyjazd i ich szybsze dorastanie.

Czy nadal będzie Pan uczestniczył w misjach rozjemczych?
Jeśli tylko przełożeni uznają, że powinienem udać się w jakiś rejon świata, to w każdej chwili jestem gotów. Sądzę, że moje doświadczenie zawsze gdzieś się przyda.

Czy groźba wybuchu wojny jest realna w obecnych czasach? I misje pokojowe w obecnym kształcie są potrzebne i mają rację bytu?
Wojna trwa nieprzerwanie na świecie od wieków. Jak na razie w historii nie było ani jednego dnia pokoju. Wojna jest zawsze realna i trzeba się do niej przygotowywać. Zawsze powinniśmy być do niej gotowi, mimo że tego nie chcemy. Wojny nie należy się bać, ale do niej być przygotowanym.
Misje pokojowe w obecnym kształcie są zdecydowanie najlepsze. Nie ma żadnej zbędnej czynności do utrzymania pokoju. Jeśli pomiędzy dwoma zwaśnionymi stronami pojawiają się „błękitne hełmy”, to jest szansa, że obie strony zaprzestaną konfliktu i pojawi się pokój. Nie ma rzeczy, której nie zrobi się dla utrzymania pokoju. To wartość nadrzędna. Trzeba robić wszystko, aby uniknąć wojny. Dopóki można rozmawiać, to trzeba to robić. To zawsze lepsze od walki.

Zapewne ma Pan z racji służby niewiele wolnego czasu. Jak go Pan spędza?
Rzeczywiście nie mam zbyt wiele czasu na odpoczynek. Bardzo dużo czytam. Jestem historykiem i jeśli chodzi o moje wybory książkowe, to wybieram głównie pozycje z zakresu historii. Gdy mam więcej czasu, staram się wypocząć. Mam moje ukochane miejsce na ziemi, to Bieszczady. W górach szukam przede wszystkim odejścia od cywilizacji, wytchnienia i spokoju. W Bieszczady wyprawiam się głównie z żoną, ale czasem też jadę tam sam. Naszą wspólną pasją jest poznawanie świata, ale inaczej. W naszych wędrówkach kierujemy się nieutartymi szlakami, żaden all inclusive i ekstra hotele. Wybieramy, jak w ostatniej wyprawie do Maroka, wynajęty samochód i sami zwiedzamy mało uczęszczane trasy. Tak najlepiej można poznać miejsca, kulturę i ludzi. Nawet bez znajomości języka zawsze jakoś można się dogadać. Znajomość języków z obu stron nie jest do tego konieczna. To żaden problem, jeśli się tego chce.

Życzę udanych przyszłych misji i tego, aby wojenne rzemiosło nie było Panu potrzebne w życiu. Dziękuje za rozmowę.