Strona główna Kronika kryminalna CO SIĘ STAŁO Z MARZENĄ CICHOCKĄ?

CO SIĘ STAŁO Z MARZENĄ CICHOCKĄ?

25
0
PODZIEL SIĘ

Zniknięcie Marzeny Cichockiej z Sochaczewa, to jedno z bardziej mrocznych zaginięć lat 90. minionego wieku. Prawdopodobnie kobieta nie żyje. Zaś śledczy od początku mają wytypowanego mordercę. Problem w tym, że nie sposób mu cokolwiek udowodnić. Mimo że kilkakrotnie zeznawał na temat tej zbrodni i wskazywał miejsce ukrycia ciała. To była tylko jego gra. Mężczyzna ten wielokrotnie kontaktował się także ze mną.
Zaginionej sochaczewianki szukała policja, Krzysztof Rutkowski, Krzysztof Jackowski, Michał Fajbusiewicz, fundacja Itaka i wiele innych osób. Bez najmniejszego efektu.
– To zniknięcie od początku wiązałem z osobami z kręgu znajomych dziewczyny. Ona wsiadła do auta z kimś, komu ufała. I to był jej błąd – twierdzi Rutkowski i na tym jego ustalenia się kończą.
Sprawdziłem, jak było naprawdę. 28 maja 1999 roku 22-letnia Marzena Cichocka po pracy wybierała się ze swoim chłopakiem Arkadiuszem na dyskotekę. Jednak z pracy nie wróciła do domu.

Zaufała mordercy?

Marzena był zatrudniona w fabryce telewizorów Thomson w Żyrardowie. Po skończonej zmianie jej kolega z pracy Mariusz N. zaproponował, że odwiezie ją do domu. Podobnie jak Marzena, mieszkał w Sochaczewie. Dziewczyna znała go z pracy, więc przystała na jego propozycję. Chciała być wcześniej w domu, aby przygotować się do wyjścia na dyskotekę.
Do domu jednak już nie wróciła. Wiadomo, że wsiadła do samochodu Mariusza N. Co się z nią stało dalej, to wie zapewne tylko on. Jednak jego relacja wydaje się być mało wiarygodna, tym bardziej, że wielokrotnie ją zmieniał.
Według Mariusza N. wraz z nim i Marzeną był tego wieczora jej chłopak, Arkadiusz. W trójkę podjechali pod „Sam” na ulicy Pokoju w Sochaczewie. Jak twierdzi Mariusz N., tam po raz ostatni widział dziewczynę żywą. W czasie przesłuchania zeznał, że po Marzenę i Arkadiusza przyjechał audi niejaki „Pele”.
– Arek powiedział, że pojedzie z nim i z Marzeną, i wrócą za 30 – 40 minut. Ale przyjechali późno w nocy, a ja czekałem cały czas w samochodzie pod sklepem. Wyszedł tylko Arkadiusz. Jak go zapytałem, gdzie Marzena, to mi powiedział, że wpierdolili ją do jakiegoś rowu w lesie. Gdy stwierdziłem, że mu nie wierzę, to on zaproponował: „To chodź pojedziemy tam, pokażę ci, gdzie ją zostawiliśmy”. Pojechaliśmy do lasu w Młodzieszynie. Ona leżała nago w dole, a obok niej ubranie. Widziałem to wszystko w światłach samochodu. Arek wszedł do dołu i powiedział: „Kurwa, ona nie żyje”. Zaraz zadzwonił po „Pelego”, a ten przyjechał autem ojca. Z bagażnika wyjął szpadle i we dwóch ją zasypywali. Ja nie mogłem na to patrzeć i poszedłem na drogę. Potem razem wróciliśmy do Sochaczewa. Po drodze Arkadiusz wyrzucił z samochodu torebkę Marzeny.
Mężczyzna bardzo szczegółowo opisał przebieg oraz wymienił także innych uczestników tego zdarzenia: osoby z sochaczewskiego półświatka. I to im przypisał zbrodnię.
– Bałem się ich zemsty, dlatego wcześniej o tym nie mówiłem. Oni są niebezpieczni, każdy w Sochaczewie to wie. Wiedzieli nawet, kiedy będę wzywany na policję, uprzedzali mnie o tym i pouczali, jak mam zeznawać – wyznał i stwierdził, że teraz ruszyło go sumienie. Trudno w to uwierzyć, gdyż, jak ustaliłem, dzwonił on do matki zaginionej z propozycją, aby mu dała 5 tysięcy złotych, to powie, gdzie jest ciało jej córki.
Na pewno w zabójstwie Marzeny nie uczestniczyli „Pele”, Arkadiusz oraz inne osoby wymienione przez Mariusza N. Czy zatem on sam zajął się dziewczyną? Do dziś nie ustalono, co wydarzyło się 28 maja 1999 roku.
– Tego wieczora Mariusz N. został zatrzymany do kontroli dokumentów na jednej ze stacji paliw – mówi mi były sochaczewski policjant, który wówczas zajmował się tą sprawą. – Nie było z nim jednak Marzeny. Chyba, że już była schowana w bagażniku, ale tego nikt nie sprawdzał, to była rutynowa kontrola dokumentów – dodaje.
Jak się okazuje, Mariusz N. oskarżył potem kontrolującego go policjanta o przyjęcie łapówki. Funkcjonariusz miał z tego powodu sporo problemów. Bo Mariusz N. potrafi być przekonywujący. Świadczy o tym choćby fakt, że zadzwonił z zakładu karnego do Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców, i przedstawiając się za policjanta, zdobył dane adresowe i inne jednej z funkcjonariuszek więziennych, która akurat wpadła mu w oko.

Manipulacje i konfabulacje

Co prawda Mariusz N. przebywa od lat w zakładach karnych, ale nikt mu nie udowodnił zabójstwa Marzeny. Siedzi za inne czyny. O wielu z nich pisałem w ciągu ostatnich tygodni. Wskazują one na dość mroczną i zaburzoną psychikę tego mężczyzny. Jest on także doskonałym manipulatorem.
Po jednym z moich artykułów na jego temat, zgłosiła się do mnie adwokatka spod Warszawy. Kobieta twierdzi, że przez długi czas była ofiarą swoistego stalkingu i szantażu ze strony Mariusza N. Mimo że się nie znali i nigdy nie spotkali, to gnębił ją zza murów więzienia. Robił to tak skutecznie, że kobieta żyła w ciągłym poczuciu strachu. Mimo że jest prawnikiem, i powinna sobie radzić w takich sytuacjach. Jednak sposób działania i zasób wiadomości, jaki miał o niej Mariusz N., zaskoczyły ją. Mężczyzna – nie wiadomo skąd – posiadał bardzo rozległą wiedzę o jej życiu prywatnym i zawodowym, m.in. o prowadzonych sprawach sądowych itp.
Usiłował manipulować kobietą i wpływać na jej działania, telefonując i pisząc do niej z więzienia. Na dobrą sprawę nie było wiadomo, do czego zmierza.
– Znajomy prokurator z Sochaczewa powiedział mi wprost, abym uważała, bo to jest psychopata – dodaje moja rozmówczyni. Udało jej się uwolnić od prześladowcy dopiero po bardzo zdecydowanych działaniach z jej strony.
Mariusz N. znany jest z wyjątkowej skłonności do konfabulacji. Wiele o tym wiedzą śledczy, a także personel kolejnych aresztów i zakładów karnych, do których trafia. Niejednokrotnie zgłaszał się do śledczych, rodzin ofiar, ale także i do mnie z rewelacjami w głośnych sprawach kryminalnych, m.in. Krzysztofa Olewnika, Iwony Wieczorek, czy Jarosława Ziętary.
– On jakby szukał rozgłosu, sławy. Ale ma też w tym jakieś swoje kalkulacje – ocenia płk Jan Morozowski, dyrektor zakładu karnego w Sztumie, gdzie do niedawna przebywał Mariusz N.
W swoich zeznaniach opowiadał barwnie i sugestywnie także o wielu niewyjaśnionych morderstwach w okolicach Sochaczewa. Zwykle ich sprawstwem obciążał znanych miejscowych przestępców. Sam zwykle był jedynie biernym świadkiem.

Ostrzeżenie zza krat

Mariusz N. przez wiele miesięcy kontaktował się także ze mną. Praktycznie co tydzień telefonował z więzienia, pisał listy. Kilka razy mieliśmy się spotkać, lecz on jakby bał się mojej wizyty.
Tak pisał o tym w jednym z listów i ostrzegał mnie jednocześnie: „Dowiedziałem się, w pewnych kręgach w Trójmieście, że źle się mówi o Panu i Pana działalności. Nie będę pisał szczegółów, ale proszę mi wierzyć, że gdybym spotkał się z Panem tu w zakładzie, to byłbym skończony. Znam przypadki ludzi, którzy byli zbyt rozmowni i dziś już ich nie ma. Albo zaginęli, albo mieszkają na osiedlu domów bez kominów. Ja oczywiście nic do Pana i Pana pracy nie mam, bo każdy musi z czegoś żyć. Jedni żyją z popełniania przestępstw, inni z pisania o tych przestępstwach. Panie Januszu, coś Panu powiem, otóż stąpa Pan po bardzo cienkim lodzie. Dlatego dam Panu dobrą radę. Niech Pan ma oczy szeroko otwarte, bo gdy nadepnie Pan na odcisk nieodpowiedniej osobie, to może zgasnąć światło”.
Pod koniec ubiegłego roku kontakt z nim urwał się, pewnie wyczuł moje intencje. W ostatnim liście zwrócił się do mnie ze swoistymi prośbami: „Z racji tego, czym się Pan zajmuje, pewnie ma Pan kontakt z policją w Sochaczewie. Więc mam do Pana prośbę. Otóż oni zapewne są święcie przekonani, że wszystko o mnie wiedzą. Niech ich Pan nie wyprowadza z błędu. Niech myślą sobie tak dalej (…) Jeśli Pan będzie wobec mnie w porządku, to ja odwdzięczę się tym samym. Mam na myśli, aby Pan o mnie nie pisał. Poniosłem już w życiu karę za swej czyny i rozgłos medialny nie jest mi potrzebny. Mogę Panu obiecać, że nie straci Pan na tym” – zapewnia, nie informując jednak, co się stanie, gdy nie usłucham jego próśb.

Zwodzi śledczych

Zdaniem śledczych, którzy zajmują się sprawą zaginięcia Marzeny Cichockiej, wiele wskazuje na to, że została ona zamordowana właśnie przez Mariusza N. Brak jednak na to dowodów, a mężczyzna jest wyjątkowo przebiegły i tworzy kolejne wersje zdarzenia. Przypisuje zbrodnię coraz to innym osobom, oraz wskazuje kolejne miejsca ukrycia ciała.
W 2011 roku zeznał, że zwłoki zakopano w lesie w Mistrzewicach, nieopodal żwirowisk, które dziś stanowi zbiornik wodny. 15 września 2011 roku Mariusz N. został przywieziony przez policjantów z Kielc do Mistrzewic. Tu odbyła się wizja lokalna, w trakcie której więzień pokazał, gdzie rzekomo zakopano ciało. Miało to zdarzyć się tuż przy leśnej drodze.
– Był tam zapadnięty piasek, taka duża wyrwa, jakby lej – relacjonował wówczas – Wrzucili ją do tego dołu i obsunęli piach, zwaliła się na nią jego cała masa.
We wskazanym miejscu szukano ciała 16 września 2011 roku. Wykopano tam dół o rozmiarach 5 na 5 metrów i głęboki na 2 metry. Znaleziono jedynie bluzkę i rajstopy. Nie wiadomo jednak, do kogo należały. Po ciele nie było śladu. Gdy byłem tam następnego dnia, dół był już zasypany. Jak powiedziała mi wówczas Justyna Błaszczyk z biura prasowego Świętokrzyskiej Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach: – Czynności poszukiwawcze prowadzono w ramach tzw. Archiwum X, czyli spraw niewyjaśnionych.
Innym razem Mariusz N. zeznał, że ciało zostało zakopane w pobliżu Domu Pomocy Społecznej w Młodzieszynie. To także teren zalesiony. 27 maja 2014 roku szukano tam zwłok Marzeny z użyciem georadaru. Również bezskutecznie.
W obu przypadkach Mariusz N. miał być mimowolnym świadkiem zakopywania dziewczyny w lesie.

Leśny cmentarz ofiar

Tymczasem w sierpniu 2016 roku pozyskałem informacje, które mogą pomóc wyjaśnić, co stało się z Marzeną Cichocką. W pewnym sensie pomógł w tym nieświadomie sam Mariusz N. Tym razem nie jest to żadne z miejsc ukrycia ciała, które wcześniej wskazywał policji.
24 sierpnia 2016 roku fundacja Na Tropie, której jestem założycielem, rozpoczęła w tym rejonie poszukiwania. Informacje o naszych działaniach przekazaliśmy śledczym z Komendy Powiatowej Policji w Sochaczewie. Poszukiwania jednak prowadziliśmy sami. Na skraju Puszczy Kampinoskiej – na obrzeżach Sochaczewa – ustaliliśmy miejsce, gdzie być może ukryto ciało kobiety. Prowadzone wykopaliska musieliśmy przerwać po dwóch dniach, z niezależnych od nas przyczyn. Na miejsce poszukiwań wróciliśmy dopiero 6 grudnia 2016 roku. Zaś poszukiwania wznowimy wiosną tego roku.
Według nas rejon, w którym szukaliśmy w sierpniu ubiegłego roku, może kryć kilka mogił zaginionych osób. Niewykluczone, że na tym terenie znajdują się także zakopane ciała jeszcze 6-7 innych osób, które zaginęły przed laty w niewyjaśnionych okolicznościach. Mogą być tam pogrzebane między innymi młode kobiety pochodzące z byłego ZSRR, a także nastoletnie uciekinierki z różnych stron Polski. O niektórych z tych zbrodni Mariusz N. opowiadał śledczym, zmieniając nieco fakty i miejsca ukrycia zwłok. Relacjonował jednak w taki sposób, jakby był uczestnikiem zbrodni.
Do tej sprawy wrócimy za kilka tygodni.
Janusz Szostak

Fot. Osoby mające wiedzę na temat zaniknięcia Marzeny Cichockiej, prosimy o kontakt z fundacją Na Tropie (tel. 46 862 15 82) zapewniamy dyskrecję.