Strona główna Kultura JESTEM URODZONYM OPTYMISTĄ I SZCZĘŚLIWYM CZŁOWIEKIEM

JESTEM URODZONYM OPTYMISTĄ I SZCZĘŚLIWYM CZŁOWIEKIEM

127
0
PODZIEL SIĘ
Z Jerzym Czubackim, muzykiem, specjalistą medycyny naturalnej rozmawia Janusz Szostak
 Ostatnio wrzuciłeś na Facebooku zdjęcie zespołu, z którym grałeś w latach szkolnych? Ile to już lat zajmujesz się muzyką?
 Pierwsze moje zderzenie z „Wielką Muzą” miało miejsce, gdy miałem dwa tygodnie życia. Chopin urodził się 1 marca, a ja 28 lutego. Właśnie, gdy miałem 2 tygodnie, do Żelazowej Woli przyjechała ekipa kręcić film „Młodość Chopina” Aleksandra Forda. Potrzebowali małego dzieciaka i wybrali mnie. Może fluidy Żelazowej Woli miały jakiś wpływ na późniejsze zainteresowanie się dziedziną muzyki? Rodzice nie mogli zrobić ze mnie Chopina, ponieważ fortepian w tym czasie był za drogi. Kupili mi akordeon i wysłali do Ogniska Muzycznego. W pierwszej klasie Technikum Ekonomicznego w szkolnym zespole grałem już na fortepianie.
Z czyjej inspiracji powstały Demony, zespół, który do dziś wspomina wielu mieszkańców nie tylko naszego powiatu?
The Beatles, The Rolling Stones, Czerwone Gitary – tej muzyki wtedy słuchałem. W moim życiu przyszedł czas na trzy gitary i perkusję, a więc chwyciłem gitarę i w 1966 roku założyłem zespół „Demony”. Nie wiem, skąd wzięła mi się ta nazwa, ale dzisiaj wolałbym nazywać grupę bardziej anielsko. W krótkim czasie znalazł w zespole miejsce starszy brat Bogdan, a gdy Janek (najmłodszy z braci) skończył 13 lat, otrzymał pałeczki do perkusji i dołączył do grupy „Demony”. Gdybyśmy mieszkali w tym czasie np. w USA, to bez problemu nazwalibyśmy się Czubacki Brothers. Nazwa „Brothers” jednak niebawem pojawiła się w szyldzie naszej grupy, gdy do zespołu dołączyło dwóch braci Kruk (Darek i Lidek). Myśleliśmy wtedy, jak wypłynąć na szersze wody. Ponieważ słowo „Demony” nie było zrozumiałe dla publiczności międzynarodowej, nazwaliśmy się Demon Brothers. Nawiązałem współpracę z Estradą Warszawską. Rozpoczęliśmy pracę w warszawskim Grand Hotelu. Później byliśmy już pod opieką Pagartu i otrzymaliśmy pierwszy zawodowy kontrakt na wybrzeże pięknej Jugosławii. Przez 2 lata graliśmy w Night Club „Labirynt” w Dubrowniku. Gdy nabraliśmy międzynarodowego doświadczenia, otrzymywaliśmy kontrakty w kolejnych kurortach Słowenii, już bliżej Wenecji.
Co to znaczy międzynarodowe doświadczenia?
 Nigdy nie wiesz, co może cię spotkać, rozpoczynając pracę za granicą. Byliśmy pewni, że będziemy grali tylko w pięknych klubach dla międzynarodowej publiczności. Gdy rano dotarliśmy na miejsce przeznaczenia, okazało się, że w przerwach naszego muzykowania będzie międzynarodowe show, a my będziemy musieli dawać swoje podkłady muzyczne dla iluzjonistów, żonglerów, striptizerek czy cyrkowców. Przedstawiciel agencji zagranicznej podszedł do mnie jako kierownika zespołu, powiedział jedno zdanie i odszedł: „Od dzisiaj będziesz prowadził program artystyczny w 4 językach”. Zanim się ocknąłem, widziałem już tylko jego plecy. Dobrze, że słyszał to czeski iluzjonista, który widział moje przerażenie. Ponieważ miał on duże doświadczenie w tym zawodzie, to szybko rozpisaliśmy partie programu po angielsku, niemiecku, włosku i serbsko – chorwacku. Cały dzień spacerowałem po plaży nad Adriatykiem i wkuwałem tekst. Wieczorem poprowadziłem program, podobno bez pomyłek. Krotko mówiąc, człowiek nawet nie wie, do czego jest jeszcze zdolny, kiedy musi pokonać poprzeczkę.
Graliście m.in. jako zespół towarzyszący Irenie Santor, Hance Bielickiej, występowaliście w telewizji razem z Czerwonymi Gitarami. Jaki był Twoim zdaniem Wasz największy sukces?
Na osiągniecie sukcesu miało wpływ wiele życiowych czynników. Zjednoczenie się grupy 5 chłopaków, którzy mieli świadomą dyscyplinę, artystyczne zainteresowania i potrafili ze sobą współpracować. Przez długie, długie lata już było bezcennym sukcesem. Najmniejszy owoc, jaki zrodził się z naszej pracy, też stawał się sukcesem i motywacją do dalszego działania. Nawiązanie współpracy z Pierwszą Damą Polskiej Piosenki Ireną Santor i Pierwszą Damą Polskiego Humoru Hanką Bielicką, można uznać za nasz największy sukces. W ten sposób otworzyły nam się nowe ścieżki na drugim kontynencie, które nie były tylko chwilowym miejscem zatrzymania, ale zapisały się trwałym śladem w naszych życiorysach. Dzięki muzyce, która jest międzynarodowym językiem, poznawaliśmy świat. Oklaskiwali nas Amerykanie, Koreańczycy, Kanadyjczycy, Meksykanie.
Jest wiele Waszych zdjęć z tamtych czasów, a czy zachowały się jakieś archiwalne nagrania Demonów?
Na pewno w Polskim Radiu i Telewizji Polskiej są w archiwach nasze nagrania. Niedawno Wojciech Mann w swojej audycji puszczał nasze kompozycje z tamtych czasów. Przebywając długo w USA, zespół nasz zmieniał swoje oblicze. Ostatnio nazywaliśmy się Extra Band Chicago, i pod tym hasłem ktoś wstawił na You Tube nasze muzykowanie. Oczywiście mieliśmy bardzo dużo propozycji, aby nagrać jakieś płyty ze swoją muzyką. Ale wydawało nam się, że jest jeszcze za wcześnie. Jedyne, co zostało utrwalone przez wielbicieli naszej muzyki, to nasze show. Materiału jest nawet dużo, ale jakoś nie mam odwagi puścić tego na You Tube.
Jest szansa, że jeszcze kiedyś zagracie razem dla sochaczewskiej publiczności?
Jest to moje marzenie. Musimy popracować nad tym, aby zebrać wszystkich muzyków w jednym czasie i na okres nawet tygodnia przylecieć do Sochaczewa. Nie zapominajmy, że tu w Ameryce praca zawodowa jest dla każdego z nas podstawowym obowiązkiem, a muzyka stała się bardziej hobby i przyjemnością.
Przez pewien czas kierowałeś domem kultury w Sochaczewie. Były to bardzo dobre lata dla tej placówki, która była do późnych godzin otwarta dla młodzieży. A Tobie udawało się zapraszać do Sochaczewa nie tylko gwiazdy krajowej estrady, ale też bardzo popularne wówczas w Polsce zespoły węgierskie, jak Omega, General czy Lokomotiv Gt. Na ich koncertach były tłumy, publiczność przyjeżdżała także z okolicznych miast. Niestety, dość szybko przestałeś kierować tą placówką, i wróciła ona do bardziej przaśnych propozycji kulturalnych. Czemu odszedłeś z DK?
Dziękuję za bardzo przyjemne opinie. Funkcja administratora nie była mi jednak pisana na dłuższy czas. Kalendarz imprez był zawsze pełny, bo umiałem dogadywać się z dyrekcjami wielkich Estrad. Przyszedł jednak czas, by smykałkę organizatora zacząć wykorzystywać dla potrzeb swojego zespołu.   Gdy „Pagart” ogłosił, że przyjeżdża impresario z Jugosławii, szybko odnalazłem jugosłowiańskich pilotów, którzy przywieźli mi najnowsze przeboje ze Splitu, gdzie odbywał się w tym czasie ich Krajowy Festiwal Piosenki. Później tak brzmiały słowa szefa komisji: „To ja wczoraj słyszałem te najnowsze przeboje w swoim ojczystym kraju, a wy już je gracie. Super. Jesteście dobrzy. Zabieram Was do Jugosławii”. Oczywiście chęć poznawania pięknych kurortów Morza Adriatyckiego była silniejsza od pracy w Domu Kultury. Na deptaku w Dubrowniku widziałem min: księżnę Annę, króla Gustawa, Kissingera i wiele innych sławnych postaci ze świata kultury czy polityki.
Sporo czasu jako zespół spędziliście w USA, między innymi Ty zostałeś tam na dłużej. Nie ciągnęło Cię, aby wrócić do Polski?
Jestem bardzo dumny, że pochodzę z Polski. Trzy razy wracałem do kraju, ale los chciał inaczej. Podczas ostatniego pobytu, gdy dzieci poszły już do amerykańskich szkół, a sytuacja ekonomiczna w Polsce nie sprzyjała tak jak kiedyś, postanowiłem zostać w USA. Dużo podróżowałem po świecie i mimo że przy każdej okazji dumnie zaznaczałem swoje pochodzenie, to różnie bywało z jego odczytywaniem. Kiedy na dalekich Hawajach recepcjonista zapytał, jak czyta się moje nazwisko i skąd pochodzę, odpowiedziałem „Warsaw”. Kręcił głową, że nie zna, więc mówię „Poland”. Też nie zna takiego kraju. Gdy powiedziałem „Fryderyk Chopin”. Uśmiechnął się: „O, Tak! Tak! Znam, znam”. Teraz wiemy, że dla każdego sochaczewianina jest to mocna pieczątka pochodzenia.
Przez ten czas nie utrzymywałeś się wyłącznie z muzyki?
Graliśmy w klubach tylko w piątki, soboty i niedziele. Pracując w Ameryce tylko przez 3 dni w tygodniu, nie masz szans, aby utrzymać rodzinę. Wszedłem więc w układ z japońską firmą Nikken, i razem z bratem Jankiem otworzyliśmy w Chicago biznes Czubacki-Brothers. Ponieważ ta decyzja okazała się dobra, to z czasem otwierałem placówki w Detroit, w Nowym Jorku, i w Arizonie.
Czy słuchasz polskiej muzyki, jakiej?
Polska muzyka nigdy nie będzie dla mnie obca. Ponieważ nadal gram w zespole muzycznym, to każdy najnowszy przebój musi znaleźć się w naszym repertuarze. Ale ze względu na dojrzałość ciała i ducha, najbardziej przemawia dzisiaj do mnie muzyka pisana nutą miłości. Gdy w domu gram na pianinie, moja partnerka siada przy sztaludze malarskiej i przelewa na płótno wrażliwość swojej duszy. Synek podgląda mamę i maluje podobnie. Kocham taką atmosferę. Oczywiście w wolnych chwilach słucham takiej muzy, której dźwięki wypływające z serca kompozytora najsubtelniej osiadają w mojej przestrzeni. Otwierają gruczoł szczęścia, który napełnia się bogactwem wszechświata, a ukryte talenty wypływają z głębi duszy, pielęgnując unikalne wartości człowieczej doskonałości. W świadomej wolności czuję się najbardziej prawdziwym dziełem stworzenia.
Ostatnie wybory prezydenckie w USA, i to co się po nich dzieje, bardzo przypomina mi polskie scenariusze. Czy Amerykanie są tak mocno podzieleni politycznie, jak Polacy?
Jest naprawdę trudno uchwycić na bieżąco ostatnie wydarzenia polityczne. Po wyborach było dużo buntu, zgromadzeń. Co chwila słyszy się niby najważniejsze wiadomości, które za chwile przebijane są jeszcze bardziej ważnymi. Można się po prostu pogubić. Co chwila jakieś szkolne strajki lub namawianie na uliczne manifestacje. Jest tego po prostu za dużo. Czuje się, że pieniądz odgrywa tu bardzo ważną rolę. Wszystko zależy od tego, kto ile dostał w danym momencie do ręki, wtedy tam pójdzie i będzie manifestował. Jak wiemy, polityka ma to do siebie, że może być przekupna, zmienna, dlatego ja nie wyczuwam tu specjalnie silnych podziałów wśród Amerykanów. Bardziej ostre spięcia powstają w polskich rodzinach, gdy omawiane są tematy polityczne. Jak wiem, że niejedno spotkanie imieninowe rozpadło się z powodu podziałów politycznych przy rodzinnym stole. Dlatego teraz, gdy goście się spotykają, to tematy polityki pozostawia się w garażu.
Czy Polacy mają szansę zrobić w USA karierę?
Niewielkie mają szanse. W każdej dziedzinie rynek jest tu bardzo mocno chroniony i pierwszeństwo mają ziomkowie. Jak mówi historia, tylko Zbigniew Brzeziński czy Dan Rostenkowski w polityce odegrali jakąś niewielką rolę. Gdy pierwszy raz wylądowałem w Chicago, obserwowałem, jak wielu wspaniałych polskich artystów próbowało przebić się na amerykański rynek. Grupa Lady Pank była blisko, ale jednak nie udało się. W latach 90. śpiewał z nami w Chicago Waldemar Kocoń. Przyjechało dwóch impresario. Usłyszeliśmy same pochwały. Wkrótce zorganizowano jeszcze większy pokaz z udziałem przedstawicieli ważnych kanałów telewizyjnych. Co z tego, że były brawa, jak nikt kontraktu nie podpisał. Widocznie komuś zależy na tym, aby nie mieszać w ich twardym rynku muzycznym, który mocno opanowany jest przez wielkie pieniądze. Nie tylko o Polaków tu chodzi. Podobnie jest z innymi narodowościami. Chociażby włoskie piosenki, które prezentują przecież doskonały poziom, i na rynku europejskim są dobrze znane. W Ameryce liczebność obywateli włoskich jest bardzo duża i mają silne organizacje swoich przedstawicieli na wysokich stanowiskach. Co z tego, skoro na rynek artystyczny USA nie są dopuszczani.
Bywasz w Sochaczewie, jak oceniasz nasze miasto, zachodzące w nim zmiany?
Kontakt z Sochaczewem mam prawie na co dzień, dzięki między innymi również waszej wspaniałej gazecie. Co chwilę spoglądam przez Internet na „Express Sochaczewski”, i dlatego wiem prawie wszystko, co się u Was dzieje. Z wielką radością obserwuje pozytywne zmiany. Cieszę się bardzo, że aglomeracja się rozbudowuje i robi się coraz ładniejsza. To miasto na zawsze mocno zapisane jest w moim sercu. To tu wziąłem swój pierwszy oddech życia. Ta wspaniała Ziemia Chopina karmiła mnie swoją mocą i umiejętnościami. Zasiała bezcenne ziarno szczęścia. Wdzięczny jestem jej za to, że z tak mocnym szyldem mogę dzisiaj dumnie prezentować się na każdym kontynencie ziemi.
Zajmujesz się także medycyną naturalną, i patrząc na Ciebie trzeba przyznać, że bardzo Ci służy. Trudno uwierzyć, że jesteś emerytem. Jesteś bardzo aktywnym człowiekiem. Powiedz, czym zajmuje się obecnie były lider Demonów?
Za dwa lata skończę 70 lat, ale ta liczba w ogóle do mnie nie dociera. Swoją witalność oceniam na 45. Jestem urodzonym optymistą, a ponieważ los podarował mi jeszcze 3-letniego kochanego synka, to ja na swoich urodzinach każę sobie śpiewać „135 lat”. Jeżeli w zdrowiu dotrwam do 125, to i tak nie będę miał do nikogo pretensji, że tylko tyle udało mi się przetrwać na tym ziemskim padole. Jak łatwo zauważyć, los po raz kolejny wysoko podniósł mi poprzeczkę. Nie jest to łatwe i proste zadanie, gdyż zawsze muszę być zdrowy i młody, by nie przynieść wstydu mojej partnerce. Jako modelka przebywa ona w otoczeniu osób ze swojej branży, gdzie czasami i ja się muszę pokazać. Na szczęście nadal sprzyja mi szczupła sylwetka i doskonała kondycja zdrowotna. Mój organizm nie potrzebuje żadnych leczniczych tabletek łącznie z okularami (nawet do czytania). Ale, aby tak było, to mocno nad tym pracujemy. Włączając dietę, nie zapominamy o spokoju w umyśle, który ma niesamowity wpływ na zdrowie i urodę. W tym przypadku pomocne są nam relaksujące podróże do Brazylii, Meksyku, w czerwone Góry Sedony, czy lekko niebezpieczne wyprawy do Peru, (centrum Puszczy Amazońskiej), gdzie do pierwszej ulicy mieliśmy 1000 km. Tak wygląda moje obecne życie, ale zaznaczyć też muszę, że na tak pozytywne wyniki mojego zdrowia zapracował mój cały życiorys. Zaczynając od daty urodzenia, czyli „Czym skorupka za młodu nasiąknie….” Bezstresowe dzieciństwo było moim najcenniejszym skarbem. Miałem to wielkie szczęście, że wychowywałem się w rodzinie, gdzie alkohol, nikotyna nigdy nie istniały. Nigdy też przez całe życie nie usłyszałem w domu ani razu brzydkiego słowa. Nigdy, nawet przez sekundę, żadne z dzieci nie spojrzało na siebie nieprzyjaznym wzrokiem. Kierowaliśmy się tylko potrzebą serca, którą podarowali nam kochana mama i tata (dawny Franciszkanin) wychowywany w Niepokalanowie pod skrzydłami św. Ojca Maksymiliana Kolbe. Wyrastałem na człowieka zdrowego i silnego – karmiony rodzicielską energią czystej miłości. Nie umiem dzisiaj inaczej nazwać swojego bardzo szczęśliwego życia. Kiedy dojrzewałem, łatwiej rozumiałem bezcenne ziarno mego dzieciństwa. Wszystkie owoce sukcesu na płaszczyźnie pracy i zdrowia zawdzięczam tylko moim ukochanym rodzicom. Dorastanie w atmosferze miłości bezwarunkowej otwierało mi drogi szczęścia w każdej dziedzinie. Dzisiaj umacniam już tylko swoje poglądy i z każdym napotkanym człowiekiem dzielę się doświadczeniem z mojej pięknej przeszłości. Na pewno stąd też moim kolejnym zamiłowaniem okazała się dziedzina medycyny naturalnej. Zawsze chciałem „Pomagać, nie szkodząc”. Mam dwa ośrodki Aum-Bio Central (Alternatywna Uniwersalna Medycyna). Kieruję się hasłem „Nie ma chorób nieuleczalnych”. Pamiętając, że w „zdrowym ciele zdrowy duch”. Jestem zawsze w pełni świadomy, że aby młodość i uśmiech jak najdłużej gościły na twarzy, trzeba każdą napotkaną sytuację życiową przyjmować ze spokojem i pokorą. Trzeba też zawsze otwierać serce dla każdego człowieka.

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWybuduja most przez Bzurę
Następny artykułJazzowo i nie tylko