Strona główna Historia Z kryminalnego archiwum Sochaczewa

Z kryminalnego archiwum Sochaczewa

119
0
PODZIEL SIĘ
Poniżej przytoczone historie mogłyby się zdarzyć także dzisiaj. Ale znalazłem je w starych, przedwojennych gazetach. Jak się okazuje, Sochaczew i jego okolice często wówczas gościły na łamach prasy w kronikach kryminalnych.
 Pierwsza opowiada o pewnym rozrywkowym lekarzu, który postanowił dotrzeć na wesele dość niekonwencjonalnym środkiem transportu, a o całej sprawie napisał czerwcowy „Nowy Kurier” z roku 1931, w numerze 140.
Pościg za karetką
„Warszawa, 19.6. Dzienniki warszawskie przynoszą opis niezwykłego wypadku, który wydarzył się na szosie pod Sochaczewem. We wsi, sąsiadującej z terenem miasta, odbywało się wesele, na które zaproszono lekarza sochaczewskiej Kasy Chorych. Nie mając pod ręką innego wehikułu, lekarz pojechał na wesele karetką pogotowia Kasy (U), biorąc udział w zabawie wraz z szoferem. Po jakimś czasie szofer, który nie wylewał za kołnierz licznych kieliszków wódki, z polecenia lekarza odwoził karetkę z powrotem do Sochaczewa. Będąc pijanym, jechał w sposób groźny dla spotkanych wozów i przechodniów.
To też zauważywszy jego niepokojący sposób kierowania karetką, puścili się za nim w pogoń dwaj oficerowie, którzy nadjechali tam motocyklem. Na krzyki ich, aby zatrzymał karetkę, pijany szofer przyśpieszył jeszcze bieg wozu i w najszybszym pędzie wjechał tuż pod Sochaczewem na stojącego na drodze cyklistę Jana Zwierzchowskiego, który rozmawiał z jakąś panienką. Zwierzchowski został zabity na miejscu. Widząc ten okropny wypadek, oficerowie przyśpieszyli swój motocykl i poczęli strzelać w opony karetki, aby w ten sposób zatrzymać jej szaleńczy pęd przez miasto. To poskutkowało i wreszcie karetka stanęła. Szofer wyskoczył ze swego siedzenia i zbiegł do lasu. Zabity Zwierzchowski osierocił żonę – i kilkoro dzieci. Śledztwo w toku. Wypadek ten poruszył ludność Sochaczewa i okolicy”.
Swoją drogą nieszczęśnik musiał mieć niezwykłego pecha, aby w latach 30. ubiegłego wieku zginąć pod kołami auta, i to jeszcze prowadzonego przez służbę zdrowia. Inna sprawa, może dziś szokująca, ale przed wojną przepis zabraniający jazdy po pijanemu… nie przewidywał żadnej kary za jego złamanie.
Punkt 50. rozporządzenia Ministra Robót Publicznych i Ministra Spraw Wewnętrznych ze stycznia 1928 roku stanowił wprawdzie, że „zabrania się kierowcy prowadzić pojazd będąc w stanie nietrzeźwym”. Ale nijak nie precyzował, co oznacza stan nietrzeźwy. Policjant zresztą i tak mógł to zbadać tylko metodą na chuch, bo alkomatów na wyposażeniu oczywiście nie było.
Mord w Kurdwanowie
Druga sprawa dotyczy pewnej zbrodni sprzed lat, dokładnie z roku 1937, która miała miejsce w pobliskim Kurdwanowie. 30 maja 1937 roku taką wzmiankę podała Gazeta Wągrowiecka.
„Wieś Kurdwanowo w pow. Sochaczewskim była widownią krwawej i niesamowitej tragedii. W majątku Łukasza Teofilaka dwaj jego synowie na tle zatargu majątkowego zastrzelili siedmioma strzałami z rewolweru trzeciego syna Teofilaka – Teodora. Na odgłos strzałów do pokoju, w którym rozegrała się tragedia, wszedł ojciec i na widok zwłok syna osunął l się martwy na ziemię. Jak stwierdziło badanie lekarskie, zamarł on na anewryzm serca, wskutek silnego wzruszenia. Obaj mordercy zbiegli po zbrodni. Policja wszczęła pościg” – tyle podaje gazeta.
Zupełnym przypadkiem, podczas rozmowy z mieszkanką Kurdwanowa, w ramach ciekawostki przytoczyłem tę opowieść. Okazało się, że sędziwa babcia mojej znajomej pamiętała jeszcze to zajście, i była w stanie uzupełnić je o zupełnie nowe fakty. Rzecz działa się faktycznie w majątku Łukasza Teofilaka, ale nie jego synowie dokonali mordu. Pan Teofilak, którego żona zmarła, poślubił wdowę (podobno rodzina o tym nazwisku mieszka do dziś w Kurdwanowie, więc go nie podam), i to jej synowie z pierwszego małżeństwa – obawiając się, że majątek pozostanie w rękach Teodora – zamordowali go. Młody człowiek, który pobierał nauki w Warszawie przyjechał akurat do domu pomóc ojcu w gospodarstwie. Po dokonaniu zbrodni próbowali ucieczki, ale zostali zatrzymani przez policję.
Do tematów ze starej prasy jeszcze na łamach Expressu wrócę. A może nasi czytelnicy pamiętają jakieś ciekawe historie?
Radosław Jarosiński
Fot. Wzmianka z Gazety Wągrowieckiej, z maja 1937 roku