Strona główna Kronika kryminalna Bandyta z Sochaczewa twierdzi, że brał udział w zabójstwie Jarosława Ziętary

Bandyta z Sochaczewa twierdzi, że brał udział w zabójstwie Jarosława Ziętary

52
0
PODZIEL SIĘ

Mariusz N. jest niezwykle niebezpiecznym i przebiegłym przestępcą. Jak sam twierdzi, ma wiedzę o wielu poważnych zdarzeniach kryminalnych, jak morderstwa, porwania, napady, haracze, podżeganie do zabójstwa funkcjonariuszy czy hurtowy handel narkotykami. Chętnie obciąża innych, w tym swoich kolegów, a siebie wybiela. Prawdopodobnie ma jednak na sumieniu najcięższe zbrodnie, które pozostają do dziś niewyjaśnione. Od lat przebywa w zakładach karnych, ale siedzi za inne, bardziej błahe czyny.
Nikt dotąd nie udowodnił mu najpoważniejszych przestępstw. Mariusz N. wkrótce może wyjść na wolność, jeśli tak się stanie, będzie zagrożeniem dla innych. To wyjątkowo niebezpieczny osobnik.
Podjąłem się prześledzenia losów tego człowieka. Stało się tak w pewnym stopniu na jego życzenie. Mężczyzna ten bowiem wielokrotnie zza krat kontaktował się ze mną. Sprawiło to, że postanowiłem przyjrzeć się Mariuszowi N. bardziej wnikliwie. Postawiłem sobie także za cel poszukać odpowiedzi na niewyjaśnione pytania, dotyczące zbrodni sprzed lat, o którą podejrzewają go śledczy.
W tej sprawie wspólnie z Fundacją „Na Tropie” podjąłem działania latem ubiegłego roku, za kilka tygodni powrócimy do nich. O tej zbrodni napiszę wkrótce.
Świadek wielu zbrodni
Tymczasem historię Mariusza N. rozpoczniemy od innych zdarzeń. Jest ich do opisania sporo.
Zwłaszcza, że bohater tej historii bywa gadatliwy. Sporo wiedzą o tym śledczy, a także personel kolejnych aresztów i zakładów karnych, do których trafia. Wiele razy zgłaszał się do śledczych, rodzin ofiar, ale także i do mnie z rewelacjami w głośnych sprawach kryminalnych, m.in. Krzysztofa Olewnika, Iwony Wieczorek, czy poznańskiego dziennikarza Jarosławy Ziętary. Przy zabójstwie tego ostatniego miał być ponoć obecny, zdał z tego nawet szczegółową relację. Dziś ją przytoczymy. Czy jest to tylko konfabulacja, czy tkwi w tym jakieś ziarno prawdy?
Jarosław Ziętara był dziennikarzem Gazety Poznańskiej (pracował też we Wprost i Gazecie Wyborczej). Zajmował się m.in. dziennikarstwem śledczym, badał afery gospodarcze. 1 września 1992 roku w drodze do pracy Ziętara został prawdopodobnie uprowadzony i zamordowany. Jednak jego ciała nie odnaleziono do dziś. Nie ustalono też sprawców tej zbrodni. W 2014 roku pod zarzutem podżegania do zabójstwa Ziętary zatrzymano byłego senatora, Aleksandra Gawronika. Jego proces toczy się przed sądem w Poznaniu.
Jaki związek z tą sprawą mają przestępcy z Sochaczewa? Zdaniem Mariusza N. jest on znaczący. Jednak chyba jego wersja zdarzeń nie do końca przemówiła do śledczych. Niemniej jest warta przytoczenia, choćby ze względu całokształt działań tego człowieka, o czym jeszcze będziemy kilkakrotnie pisali.
Głodny pieniędzy
– Zdarzenie, które chcę opisać, polegało na tym, że miało być to uprowadzenie osoby a wyszło zabójstwo. To był początek mojej znajomości z ludźmi, o których zeznaję. Wtedy byłem młody i potrzebowałem pieniędzy – mówił Mariusz N. – O ile kojarzę, był to wrzesień 1992 roku. Miałem w tamtym czasie kolegów, którzy stali dość mocno w sochaczewskim półświatku, był to Jarosław S. i Przemysław G. Ten drugi nie żyje już od kilku lat. Dał się zastrzelić na swojej posesji, a oficjalnie mówi się, że umarł. Ale to na pewno nie był przypadek, z tego co wiem. Doskonale wie o tym jego żona, ale jej nikt o to nie pytał – tak twierdzi Mariusz N, który w poszukiwaniu dobrze płatnej i niezbyt męczącej pracy zgłosił się do Przemysława G.
– Zapytałem go, czy nie ma dla mnie jakiejś pracy. Wiedziałem, czym się on zajmuje i nie liczyłem na robotę na budowie. Zależało mi na szybkich pieniądzach. Brałem pod uwagę, że mogą być one nawet z przestępstwa. Obiecał, że pomyśli.
Po pewnym czasie Przemysław przyjechał do Mariusza i zakomunikował mu, że ma dla niego zajęcie na początek współpracy: – Powiedział, że pojedziemy do Poznania obserwować pewnego typa. Mówił o nim, że komuś szkodzi w interesach i jest zlecenie, aby go uspokoić. Potem dowiedziałem się, że on pracuje w mediach w Poznaniu, nie wiem, czy to była telewizja czy prasa. Ten dziennikarz nazywał się Ziętarski, czy jakoś podobnie dodaje Mariusz N.
Jak mówi, do Poznania pojechali we trzech: on, Przemysław G. i Jarosław S.
– Ja byłem tam tylko jako kierowca – zastrzega od razu – Miałem wtedy jakiegoś fiata 125, rejestracji jednak nie pamiętam, gdyż nigdy go na siebie nie rejestrowałem.
Według jego relacji przyjechali pod kamienicę, w której dziennikarz mieszkał z dziewczyną: – Nazwy tej ulicy w Poznaniu nie jestem teraz w stanie podać, ale trafiłbym tam bez problemu – stwierdza, i kontynuuje swoją opowieść – Po około dwóch tygodniach obserwacji Przemek stwierdził, że tego klienta trzeba na jakiś czas wyeliminować. Postanowił zgarnąć go z ulicy i wywieźć z Poznania do Sochaczewa.
Jak mówi, wszystko przebiegło zgodnie z planem. Ziętara został zaatakowany, gdy wychodził z kamienicy: – Dostał w łeb dla ogłuszenia i wrzucili go na tylne siedzenie – twierdzi Mariusz N.
Zakopany w puszczy
Przestępcy obawiali się, że uprowadzony dziennikarz może im po drodze narobić problemów, zatem postanowili go upić: – Po drodze Jarek poił go wódką, mimo że tamten nie chciał pić. Zmuszał go i na siłę wlewał mu alkohol w usta. Mężczyzna ten mówił do Przemka po imieniu. Wyglądało, że się znają: „Co ty odpierdalasz?” – zapytał. Ale Przemek nie chciał z nim gadać i kazał mu się zamknąć.
Mariusz N. twierdzi, że porwanego mężczyznę bandyci zawieźli do mieszkania w bloku przy ulicy Topolowej w Sochaczewie. I rzekomo w tym mieszkaniu Jarosław Ziętara był przetrzymywany przez tydzień.
– W tym czasie Przemek jeździł do firmy koło Poznania, którą chcieli przejąć. To były chyba jakieś duże usługi transportowe. Właśnie uprowadzenie tego dziennikarza wiązało się z tą firmą, bo on jakieś ich przekręty nagłośnił – opowiadał swoją wersję słynnej zbrodni Mariusz N.
Według jego relacji, po tygodniu Przemysław G. doszedł do wniosku, że porwanego mężczyznę trzeba porządnie postraszyć: – Wtedy poprosił mnie, abym ich zawiózł w okolice miejscowości Kampinos. Pojechaliśmy do lasu, dość daleko od zabudowań. Ten dziennikarz był strasznie pijany, bo przez cały czas poili go wódką. Jak tam zajechaliśmy, to w pobliżu miejsca, gdzie zaparkowałem samochód, był wykopany dół. Jednak zaraz wepchali go do tego dołu i Przemek strzelił do niego z pistoletu. Następnie Jarek wziął od niego pistolet i strzelił kilka razy. Nie zaglądałem do tego dołu, bo się bardzo bałem i pilnowałem, czy ktoś nie idzie. Byłem pewien, że oni go tylko postraszą, nie miałem pojęcia, że chcą go zabić.
Mariusz N. twierdził, że o tym zdarzeniu dlatego nie mówił wcześniej, gdyż bał się swoich kumpli: – To byli niebezpieczni ludzie. Przemek był przecież w tym czasie największym gangsterem w Sochaczewie. Strasznie się bałem, pierwszy raz byłem przy takim zdarzeniu. W trakcie tego wszystkiego oni mówili do mnie, abym milczał i nikomu się nie wygadał, bo mnie odstrzelą. Wróciliśmy do Sochaczewa i Jarek S. złagodził to wszystko, dał mi pewną kwotę pieniędzy i powiedział, że jeśli chcę, to wezmą mnie na jeszcze inną robotę – kończy swoją opowieść Mariusz N. i dodaje z nadzieją w głosie – Wskażę, gdzie są zakopane zwłoki, jeśli dostanę przerwę w odbywaniu kary lub przepustkę.
O kolejnej zbrodni – tym razem starszego małżeństwa z Sochaczewa – do której zaprosili go rzekomo Jarosław S. i Przemysław G., napiszę za tydzień.
Janusz Szostak
Niektóre inicjały zostały zmienione