Strona główna Kultura Dzieci najlepiej krytykują to, co robię

Dzieci najlepiej krytykują to, co robię

85
0
PODZIEL SIĘ
z Magdaleną Szymańską-Chołuj, artystą plastykiem tworzącym zabawki i maskotki dla dzieci rozmawia Bogumiła Nowak
 Swoje wyroby sygnuje Pani zagadkową etykietą „Palcem robione”. Skąd taka nazwa się wzięła?
Nie jest z tym związana jakaś specjalna historia. Po prostu to wymyślił mój mąż. On ma taką smykałkę do takich dziwnych nazw. Chyba się przejęzyczył w tym przypadku. Ktoś go zapytał „Kto robi takie rzeczy”. On odparł, że żona i zamiast powiedzieć, że są one ręcznie robione powiedział palcem robione. Spojrzeliśmy na siebie i zaczęliśmy się z tego śmiać. Potem gdzieś to nam umknęło. Kiedy jednak później zaczęłam robić maskotki dla moich dzieci, to po jakimś czasie pojawiła sprawa szerszej mojej wytwórczości. Jednak w pewnym momencie stanęła sprawa nazwy, i zaczęłam się zastanawiać jak będzie się nazywać moja działalność. To było potrzebne, gdyż chciałam się pokazać i jakoś określić moje wyroby. I wtedy przypomniało mi się to „Palcem robione”. No i tak już pozostało.
Wspomniała Pani, że zaczęła najpierw robić drobiazgi dla swoich dzieci.
Mam 11-letnią córkę i zawsze coś dla niej sama robiłam. Szyłam, dziergałam, a nawet cerowałam. Gdy zaszłam w drugą ciążę, zaczęła się moja przygoda z szyciem szmacianych laleczek. Robiłam to bardziej dla wypełnienia wolnego czasu, ale z myślą o moich córkach. Drobne zabaweczki powstawały ze skrawków materiału, które dostałam od babci, a ta była krawcową i zawsze miała jakieś skarby.
To babcia nauczyła Panią szyć?
Babcia próbowała uczyć mnie szycia na maszynie od najmłodszych lat, ale ja wolałam jednak tradycyjnie w ręku. Natomiast druga babcia miała talent dziergania i haftu. Jako dziecko siadałam z babcią i razem dziergałyśmy – ja szaliczki dla lalek, babcia narzuty, serwety. Obydwie babcie przyczyniły się w dużej mierze do tego, czym teraz się zajmuję. Czasem sięgałam do babcinej szafy po jakieś skarby – a to niteczki, guziczki, z których można było coś wyczarować.
Wspomniała Pani, że ma zawód związany z plastyką. Czym zajmowała się Pani wcześniej?
To takie trochę na wyrost powiedziane. Skończyłam studium wizażu i charakteryzacji i stąd blisko mi do wykształcenia plastycznego. To nieco inny zakres działania. Jednak zawsze czułam się bardzo związana z działaniami plastycznymi. Nawet w szkole, jak nas pytano, kim w przyszłości będziemy? Koledzy odpowiadali, że lekarzami, prawnikami, a ja już wtedy wiedziałam że będzie to związane z jakąś twórczością. Wtedy marzyło mi się zostać dekoratorem wnętrz. Co prawda tak się nie stało, minęłam się z celem, ale dziś robię to, co kocham.
Wcześniej zajmowałam się wizażem i stylizacją paznokci. Pracowałam w salonie kosmetycznym. Też mile wspominam ten okres w moim życiu. Poznałam wtedy dużo wspaniałych osób. Ale ostatecznie zajęłam się szyciem, choć obawiałam się szycia na maszynie. Nie potrafiłam z początku się do tego przekonać, ale mojemu kochanemu mężowi zawdzięczam, że w końcu przekonałam się do maszynowego szycia.
W jaki sposób zachęcił Panią do tego? Kupił Pani maszynę?
Właśnie tak. Był to prezent kupiony z premedytacją.
Czy taką wielofunkcyjną, co wszystko potrafi?
Tak. Na moje potrzeby w sam raz. Pierwszą maszynę dała mi babcia, ale był to taki stareńki „Łucznik”, na którym nie potrafiłam nic uszyć i właśnie to mnie zraziło. Dużo zawdzięczam mojemu mężowi, gdyż to on wpadł na pomysł zakupu. Próbowałam go odwieść od tego pomysłu, ale jak widać nie dał się przekonać. Nowa maszyna przeleżała dwa miesiące w szafie. Wiktoria, moja starsza córka, wielokrotnie mnie prosiła o podusie do jej pokoju. Chciała ich mieć dużo. I jak tu odmówić dziecku w spełnieniu jego marzenia, w dodatku takiego, które jest w zasięgu ręki.
I jak wyszło to bojowe zadanie?
Było bardzo ciężko, ale z końcowego efektu córka była zadowolona.
Można więc powiedzieć, że mając maszynę do szycia zaczęła Pani tworzyć niemal hurtowo, jeśli chodzi o tempo wykonywania prac.
Aż tak to nie. Oczywiście szycie na maszynie umożliwiło mi zrealizowanie większych projektów i w dodatku w szybszym czasie, ale nadal muszę się jeszcze wiele nauczyć. Jestem samoukiem. Nie znam profesjonalnego nazewnictwa tych wszystkich wykrojów, ściegów i materiałów. U mnie to tak działa z pasji do życia i działania. Kocham to, co robię. To sprawia mi taką frajdę. Wyłączam się po prostu od wszystkiego. Odpoczywam w pracy.
Więc chyba pojawia się potrzeba stworzenia sobie własnego warsztatu?
Na razie tylko to planuję Może przyszłości uda mi się uruchomić jakąś pracownię poza domem. Potrzebny jest na to wszystko czas, a przy dzieciach nie ma kiedy zająć się aktywniej pracą rękodzielniczą. Jednak powoli wszystko się rozwija. Poza tym ważny jest też czas i dla rodziny, siebie i dla realizacji własnych pomysłów.
A co Panią najbardziej inspiruje do pracy?
Co mnie inspiruje? Tak szczerze powiedziawszy to chyba ludzie. Oni zawsze dają mi takie ciekawe pomysły. Znajomi mówią mi: „To zrobisz, tamto zrobisz”, no i ja to robię. Zawsze krytycznym okiem patrzę na to, co robię. Nie mam wiary w siebie. Zawsze się zastanawiam czy dam radę, ale staram się zmobilizować do pracy. Dodatkowo mobilizują mnie do realizacji różnych pomysłów moje dzieci. To najlepsi moi krytycy.
Czy pamięta Pani swoją, pierwszą pracę-maskotkę, którą Pani wykonała?
Oczywiście, że pamiętam. To był dzidziuś Franio, taki z pieluszką. Maskotka szmaciana dla Zuzi. Do dziś stoi na półeczce na honorowym miejscu. To było pierwsze moje dzieło, które wykonałam, i które zapoczątkowało moją twórczość.
A teraz, co Pani robi? Czy w przypadku maskotek dla dzieci można mówić, że panuje jakaś moda?
Tak, oczywiście. Trendy i moda obowiązują także i w tej dziedzinie. Raz są to podusie, maskotki w pastelowych, delikatnych kolorach. Niekiedy też kontrasty – czarny w połączeniu z bielą i pastelami.
Co ostatnio jest najpopularniejsze?
Sporo dziergam maskotek. One są raczej zawsze na topie. Zajmują sporo czasu, ale są bardzo wdzięczne. Szyję ozdoby do dziecinnego pokoju. Raczej większość moich dzieł przeznaczona jest głównie dla maluszków. Chociaż u mnie znajdzie się zawsze coś dla każdego, w każdym wieku, jak na przykład torby na ramię czy poduszki. Ale najczęściej jednak tworzę dla dzieci. Muszę przyznać, że dużo z tego, co robię rozdaję.
A dlaczego? Przecież zarabia Pani w ten sposób.
To prawda. Jest to moja praca, ale już tak mam, że po prostu lubię obdarowywać ludzi, a szczególnie tych małych. Gdy widzę radosną buźkę, to i ja jestem szczęśliwa.
Co maluchy najbardziej lubią?
To zależy od wieku, ale z doświadczenia wiem, że musi to być mięciutkie i kolorowe. Nawet prostokątna poduszka, której doszyje się uszy, cieszy dziecko. Tulą się do niej i są szczęśliwe. Wydaje mi się, że dzieci są bardziej szczere. Otwarcie mówią, co im się podoba, a co nie, nie przejmując się konwenansami. Podobnie jest z moimi córkami. Jeśli mnie o coś poproszą musi być tak, jak sobie zażyczą.
Czy podejrzewała Pani, że ta pasja stanie się Pani zawodem, bo chyba jest to już w tej chwili Pani profesja?
Nie sądziłam, że właśnie rękodzieło stanie się moją zawodową pasją. Jednak założyłam już działalność gospodarczą i zajmuję się nim.
No, a co z wykształconymi umiejętnościami w sztuce wizażu? Czy są całkowicie zapomniane?
Niezupełnie. Czasami zdarza mi się malować jakąś znajomą na ważną uroczystość na przykład ślub. Bardzo lubię to robić. Niestety, a nawet teraz stety, z powodu zmiany miejsca zamieszkania musiałam zrezygnować z pracy jako wizażystka i manikiurzystka.
Pani początki jako rękodzielnika nie były takie różowe.
Owszem, ale wszystko się z biegiem czasu potoczyło zgodnie z moimi oczekiwaniami. Co prawda wówczas, gdy najmłodsza córka poszła do przedszkola, wtedy zaczęłam szukać pracy. Jednak mąż doradził mi, żebym nie zaprzepaszczała tego, co robię, tylko żebym   pomyślała o otwarciu własnej firmy.   Mnie się to w ostatecznym rozrachunku spodobało, choć z początku się przeraziłam. Nie wierzyłam, że nie podołam. Teraz jednak cieszę się z tej decyzji.
Wiele Pani produktów można znaleźć na kiermaszach. Czy one są pomocne dla takich twórców, jak Pani?
Owszem brałam udział w wielu jarmarkach i kiermaszach. Pokazuję i sprzedaję też moje wyroby online. Kiermasze bardzo pomagają w reklamie. Przychodzi na nie wielu ludzi i jest z nimi żywy kontakt. Po takich imprezach wzrasta zainteresowanie, a nie tylko sprzedaż produktów. Bardzo cieszę się, że tak wiele w Sochaczewie się dzieje w tym kierunku. Dzięki takim imprezom poznałam tylu wspaniałych ludzi i twórców, z którymi wymieniamy się doświadczeniami.
Sztuka pozwala mi się otworzyć na ludzi i jednocześnie pokazać to, co potrafię, a bez tego nie osiągnęłabym swych celów, nie przełamała się. W pracy na każdym kroku wspiera mnie moja rodzina. Mam wspaniałą rodzinę. To było moje największe marzenie, które się spełniło.
Więc życzę, aby dalej Pani pragnienia się spełniały w twórczym działaniu. Dziękuje za rozmowę.