Strona główna Sport Mam w sobie coś z wojowniczki

Mam w sobie coś z wojowniczki

58
0
PODZIEL SIĘ
Z Joanną Jankowską, zawodniczką MMA rozmowia Tomasz Ertman.    
Od wielu lat można Cię spotkać na galach MMA. Co tam robisz?
Rzeczywiście, moja przygoda z MMA trwa już od kilku lat. Ale rozpoczęła się nie od gal zawodowych, a od amatorskich zawodów w Sochaczewie. W 2011 roku trener sochaczewskiego Dragona, Sławomir Cypel, skontaktował się ze mną, pytając czy byłabym zainteresowana współpracą przy organizowanych przez niego zawodach amatorskiego MMA. Przyjęłam propozycję i nasza współpraca trwa do teraz. Moim zadaniem jest udzielenie pierwszej pomocy w razie urazu, kontuzji, jaką zawodnicy odniosą podczas walki, i podjęcie decyzji, czy uraz jest na tyle minimalny, że może kontynuować starcie, czy w tym momencie jego udział w zawodach niestety dobiega końca. Natomiast nieco inaczej przedstawia się moja praca podczas gal zawodowych – pełnię wówczas rolę cutmana. Moim zadaniem jest wówczas przygotowanie zawodnika do wyjścia do walki (zabezpieczenie kosmetyczną wazeliną najwrażliwszych na obrażenia części twarzoczaszki) oraz interwencja w przypadku urazu – oceniam, czy obrażenie zezwala na kontynuowanie walki, czy konieczna jest pomoc ratowników medycznych.
Jednak nie tylko odruchy samarytańskie powodują, że doprowadzasz wojowników do „stanu używalności”. Ty chyba po prostu lubisz ten sport. Dlaczego?
Zgadza się, lubię ten sport. Może niektórym wydaje się to dziwne, że kobieta może lubić tak „niekobiecą” dyscyplinę, ale mnie podoba się jego złożoność, to, że zawodnicy, aby wygrać, muszą udowodnić swoją wszechstronność. Jak zapewne każdy widz, lubię również oglądać efektowne techniki czy poddania.
Zawodników MMA poznajesz od trochę innej strony. Jacy są w chwilach słabości?
Zawodnicy nawet w chwilach słabości pozostają zawodnikami – twardzi, skoncentrowani na swoim zadaniu. Mimo niejednokrotnie naprawdę poważnej kontuzji, chcą walczyć dalej, czasem górę biorą emocje – nie chcą pogodzić się z myślą, że niestety ich udział w tych zawodach dobiegł końca.
Który z polskich zawodników robi na tobie największe wrażenie?
Wielu jest zawodników i zawodniczek, których szanuję i podziwiam, niektórych z nich miałam przyjemność poznać osobiście podczas gal zawodowych. Największe wrażenie zrobił na mnie obecny zawodnik UFC – największej federacji MMA na świecie, Krzysztof Jotko. Poznałam go podczas zawodów amatorskich, na których startował właśnie w Sochaczewie. Nikt chyba nie przypuszczał wtedy, że chłopak z małej miejscowości będzie kiedyś znany na całym świecie. Podziwiam go właśnie za to, że nie poprzestał na małych sukcesach, tylko odważył się spełnić swoje marzenie, że po przegranej nie poddał się, tylko tak jak prawdziwy wojownik – podniósł się i walczył dalej. Zawsze trzymam kciuki, kiedy walczy i życzę mu, aby został numerem jeden w UFC.
 Jakimi cechami musi się wykazywać osoba taka jak Ty, czyli ratownik medyczny, podczas walk MMA?
Zacznę może nie od cechy, ale od „podstawy podstaw”. Dobry ratownik medyczny, który podejmuje się pracy przy zawodach pełnokontaktowych, musi nie tylko posiadać gruntowną wiedzę z zakresu ratownictwa medycznego, ale umieć wykorzystać ją w przypadku specyficznych urazów odnoszonych w sportach walki. Oczywiście trzeba być bardzo stanowczym – niejednokrotnie zawodnicy czy ich trenerzy próbują wpłynąć na decyzję o kontynuowaniu walki. Należy wykazywać się również umiejętnością koncentracji i pracy pod presją czasu – na udzielenie pomocy jednemu zawodnikowi mamy tylko trzy minuty.
Krew i siniaki to Twoja codzienność. Jakie miałaś najcięższe przypadki podczas zawodów sportowych?
Rzeczywiście, krwi i obrażeń różnego stopnia podczas zawodów MMA nie brakuje. Najpoważniejsze urazy, z jakimi miałam do czynienia, to złamanie kości piszczelowej i pęknięta żuchwa. Z ostatnich zawodów, grudniowych Mistrzostw Polski MMA w Sochaczewie, pamiętam również wyjątkowo liczne przypadki wybitych barków – kontuzji na pewno mniej poważnych, jednak równie bolesnych.
Jak zachowują się kobiety, kiedy się nimi zajmujesz? Czy są twardsze od mężczyzn?
Tak zwana przez niektórych słaba płeć wcale nie musi być słaba. Kobieta, która decyduje się na start w tej dyscyplinie, na pewno jest bardziej przyzwyczajona do bólu niż jej koleżanki, które nie zajmują się tym sportem. Prawdę mówiąc, po latach pracy podczas zawodów MMA zauważyłam, że reakcja ludzi tak naprawdę nie zależy od płci.
Spotykałam się zarówno z „twardymi” kobietami, jak i mężczyznami, którym puszczają nerwy. Na pewno duże znaczenie ma też doświadczenie, jakie mają w sportach walki, czy jest to ich debiut zawodniczy, czy   ktoś startują od kilku lat.
Czy jako ratownik medyczny obstawiałaś inne dyscypliny sportowe?
Tak, niejednokrotnie obstawiałam zawody grapplingowe, jak również siatkówkę i futsal. Muszę przyznać, że żaden z nich nie wymaga tylu interwencji, i nie powoduje takich urazów jak MMA. Ale pamiętać należy, że MMA to sport pełnokontaktowy, dlatego tak naprawdę trudno przyrównywać go do sportów zespołowych.
Jaka jesteś prywatnie? Czy drzemie w Tobie dusza wojowniczki?
Myślę, że można powiedzieć, że mam w sobie coś z wojowniczki. Kiedy wyznaczę sobie jakiś cel, to nie czekam, tylko podejmuję działania, aby go osiągnąć. Kiedy napotkam na jakieś przeszkody, szukam sposobów, aby je pokonać, kiedy spotka mnie niepowodzenie – nie poddaję się, tylko dalej działam.
Czego życzysz sportowcom, wojownikom MMA, naszym czytelnikom oraz sobie w Nowym Roku?
Przede wszystkim sukcesów i jak najmniej kontuzji. Każdemu, także sobie, życzę siły i wytrwałości w dążeniu do celu, aby marzenia – nie tylko te sportowe – stały się rzeczywistością.
Życzę Ci spełnienia wszystkich życzeń i dziękuję za sympatyczną rozmowę.
Fot. Tomasz Ertman