Strona główna Młodzieszyn Droga do kapłaństwa księdza Antoniego Wiśniewskiego

Droga do kapłaństwa księdza Antoniego Wiśniewskiego

23
0
PODZIEL SIĘ
O księdzu Antonim Wiśniewskim już na łamach Expressu pisałem, zaliczając go w poczet najwybitniejszych młodzieszyńskich proboszczów. Opowieść o nim dotyczyła jednak głównie budowy obecnej świątyni, natomiast mało kto wie, że ten lubiany kapłan   opisał swe bogate życie w formie niepublikowanego dotychczas maszynopisu.
Otrzymałem go od obecnego młodzieszyńskiego proboszcza, księdza Dariusza Kuźmińskiego. Maszynopis zawiera informacje nie tylko o jego pobycie w Młodzieszynie, ale także wiele innych, dotychczas nie publikowanych faktów z jego życia. Oddajmy więc głos naszemu bohaterowi.
Urodziłem się 15 stycznia 1911 roku ziemi sochaczewskiej. Wtedy to moja matka przebywała u dziadków Wiśniewskich we wsi Szczytnówek, niedaleko Sochaczewa. Rodzice moi – Jan i Władysława z domu Łaszczewska – mieszkali w Warszawie przy ulicy Świętojerskiej 26 w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Nowym Mieście. Urodziłem się jako dziewiąte dziecko w rodzinie.
Ówczesne warunki życiowe rodziny w mieście były bardzo trudne – po pierwszej wojnie w Warszawie panował głód. Rodzice moi, niejednokrotnie pieszo, wędrowali po chleb i ziemniaki na wieś do dziadków, aż pod Sochaczew. Wracając bali się, by Niemcy tej żywności nie zabrali, bo na rogatkach przy wejściu do Warszawy każdego rewidowali. Niedożywione dzieci umierały w 8 – 10 roku życia. Pamiętam, jak moja siostra Wacława umierała, mając 18 lat; a umierając, martwiła się, jak mama da sobie radę z chłopcami.
Obecnie z rodzeństwa żyję tylko ja. Starsze rodzeństwo poginęło w czasie Powstania Warszawskiego, a dwoje w obozie koncentracyjnym. W Warszawie przeżyłem lata mojego dzieciństwa, biegając z dziećmi po placu Krasińskich. Również w Warszawie spędziłem lata młodzieńcze aż do chwili wstąpienia do Seminarium Duchownego. Ojciec mój pracował w fabryce firmy ,,Targoński”, a później Łypczewskich właśnie przy ulicy Świętojerskiej.
W roku 1920 przyjąłem I Komunię św. w kościele Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny na Nowym Mieście z rąk ks. Infułata Kazimierza Bączkiewicza, ówczesnego proboszcza tej parafii. Z uroczystości I Komunii św. do dziś pozostał mi tylko obrazek, ponieważ inne pamiątki straciłem podczas Powstania Warszawskiego.
Na szczególną uwagę zasługuje opowiadanie mojej Mamy, z którego dowiedziałem się, że moje życie zostało uratowane przez Boskie Serce Pana Jezusa, albowiem byłem prawie umierający. W mojej intencji wszyscy odmawiali litanię do Serca Pana Jezusa. Cudem odzyskałem zdrowie. W domu rodzice wychowywali dzieci religijne i w surowości obyczajów polskich. Nie wolno było kłamać. Wieczorem wspólnie odmawialiśmy pacierz. Moi rodzice zachęcali swe dzieci do odmawiania choćby jednej tajemnicy różańcowej, sami zaś odmawiali cały różaniec, tj. trzy części w całości.
Kiedy skończyłem szkołę podstawową, wówczas ojciec mój, nie mając możliwości by mnie kształcić, zaplanował, bym został krawcem – krójczym, ponieważ dobrze rysowałem. Ks. Prałat Kępiński, kiedy to usłyszał, zaraz dał mi list polecający do księży Marianów na Bielawy koło Warszawy, do ich Gimnazjum. Księża Marianie przyjęli mnie chętnie, a już szczególnie zaopiekował się mną ks. Jan Sobczak. Maturę w tym Gimnazjum otrzymałem w 1931 r. Wspomnę moich kolegów klasowych, którzy byli bardzo przyjacielscy: Stanisława Grocholskiego, Grabskiego, Sołtana (zginął w Katyniu), Edmunda Osmańczyka. Księża Marianie, którym tak dużo zawdzięczam, chcieli bym został w ich gronie. Mnie jednak pociągało wojsko. Dopiero, kiedy zetknąłem się z ks. Szwejnicem – rektorem kościoła akademickiego, zdecydowałem się wstąpić do Diecezjalnego Seminarium Duchownego w Warszawie.
Wdzięczny Bogu i Niepokalanej za 90 lat życia i 64 lata kapłaństwa – ks. A. Wiśniewski.
opr. Marek Orzechowski

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKarolina w czołówce
Następny artykułOczarował nie tylko walc